Wyzwania i powroty
Rząd Rzeczypospolitej musi walczyć o prawa Polaków mieszkających za kanałem La Manche, zwanym nie przypadkiem przez Brytyjczyków Kanałem Angielskim.
Profesor Duncan McDonnell, irlandzki naukowiec, ale wykładający w Australii, którego goszczę w moim gabinecie w PE, doskonale wie, że w jego kraju – ale też w sąsiednim Zjednoczonym Królestwie – największą mniejszość narodową stanowią Polacy.
Dziwi się jednak, gdy mu mówię, że moi rodacy to również największa mniejszość w… Islandii. Profesor McDonnell dobrze rozumie to, o czym rozmawiamy: przecież Polacy i Irlandczycy to narody, które w XIX i XX w. spośród europejskich nacji wydały najwięcej emigrantów. No, można jeszcze dodać tu Włochów.
190 tys. polskich dzieci!
W moich rozważaniach skupię się na polskiej diasporze na Wyspach Brytyjskich. Oficjalne polskie dane mówią o zarejestrowanych tam 960 tys. polskich obywateli, ale wszyscy podkreślają, że rzeczywista „Polish Community” jest zdecydowanie większa: sięga 1,5 mln, a może nawet i powyżej tej liczby. Polski rząd szacuje, że ok. dwóch piątych z tych ujętych w oficjalnych spisach naszych rodaków może podjąć decyzję o powrocie do Polski. Bardzo bym się z tego cieszył, bo dla Rzeczypospolitej byłby to wielki zastrzyk i kapitału, i ludzi. Jednak jestem mniejszym optymistą niż nasz, mocno przeze mnie zresztą wspierany, rząd. Nie wierzę w owe 400 tys. tworzących „polską falę powrotną”. Będzie ich mniej – ale będą.
Żeby zdać sobie sprawę, jak wielką i młodą mamy brytyjską Polonię, warto przywołać fakt, że na terytorium Zjednoczonego Królestwa mieszka aż 187 tys. polskich dzieci poniżej 14. roku życia. Z tych blisko 190 tys., mniej więcej jedna trzecia, czyli ponad 60 tys., uczęszcza do polskich szkół sobotnich zorganizowanych przez Polską Macierz Szkolną lub w dużo mniejszym stopniu przez Ambasadę RP w Londynie. Wynika z tego, że aż dwie trzecie polskich dzieciaków w Wielkiej Brytanii nie jest objętych polskim nauczaniem!
Nie mniej ciekawe są statystyki, że z tego oceanu polskich dzieci 22 tys. pochodzi z polskich matek, a „tylko” 17 tys. z polskich ojców. Widać wyraźnie, że na brytyjskim rynku matrymonialnym polskie kobiety są bardziej atrakcyjne niż polscy mężczyźni.
Nasz język ojczysty jest drugim językiem używanym w domu, oczywiście po angielskim. Rzecz jasna Hindusów z dawnych brytyjskich kolonii jest więcej niż Polaków, ale mówią oni w gronie rodzinnym kilkoma językami: poza hindi, także na przykład gudżarackim czy też bengali.
Powroty przemyślane, powroty niechciane
Ma to miejsce już po brexicie. Brexit – na razie – niczego tu nie zmienił. Choć zmienić może. Na razie głównie – według polskich działaczy na Wyspach – wyjeżdżają single, ci, którym wyjechać najłatwiej, bo nie mają zobowiązań rodzinnych czy (i) kredytowych, dzieci w szkołach etc. Powroty całych rodzin są rzadsze, choć już mają miejsce. Sam takich znam: świetnie zarabiający finansista z City, mieszkający z rodziną w najlepszej dzielnicy Londynu, z synkiem w jednej z dziesięciu najlepszych szkół w Wielkiej Brytanii, podjął wraz z żoną decyzję o powrocie, gdy w szkole jego dziecka miały miejsce, jeden po drugim, dwa alerty bombowe w związku z zagrożeniem terrorystycznym.
Jeden z polskich aktywistów zaskakująco mówi mi o nieznanym w kraju procederze „niechcianych powrotów”. Dotyczy to przede wszystkim bezdomnych Polaków, którzy są ponoć skutecznie namawiani do opuszczenia Zjednoczonego Królestwa i zmniejszenia przez to spektakularnego zjawiska bezdomności na ulicach Londynu. Polaków koczujących z kloszardami, śpiących, gdzie popadnie, w tym także w miejscach turystycznych atrakcji. W owej akcji biorą udział wolontariusze, którzy jakoś skutecznie przekonują naszych rodaków do szukania szczęścia nad Wisłą, a nie nad Tamizą.
„Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”...
Pogarsza się sytuacja, gdy chodzi o leczenie Polaków przebywających na Wyspach Brytyjskich. Osoby, które nie pracują, a były na utrzymaniu współmałżonków, mają problemy z bezpłatnym dostępem do podstawowych usług medycznych – żąda się od nich specjalnych dokumentów, wcześniej nigdy niewymaganych. To rodzi poczucie tymczasowości czy bezradności i rzeczywiście może skutkować zwiększeniem fali powrotów, a w tym reexodusie wezmą udział niekoniecznie głównie ci, którym się nie powiodło i brexit potraktują jako pretekst do powrotu. Będą to także ludzie sukcesu, którzy dorobili się w Anglii, a nie chcą uczestniczyć w atmosferze niepewności czy też być – oni i członkowie ich rodzin – ofiarami brytyjskiej niechęci do cudzoziemców. Z naszego punktu widzenia im więcej wróci, tym lepiej – choć to będzie zawsze ich indywidualna decyzja, do której można zachęcać, pokazując argumenty „za”, ale na pewno nie należy jej forsować („musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce”...).
Brytyjskie społeczeństwo było podzielone niemal równo pół na pół w sprawie brexitu – i jest podzielone nadal. Cztery dni przed ukazaniem się tego tekstu we wpływowym dzienniku „Times” opublikowano wyniki sondażu, według których 45 proc. obywateli Wielkiej Brytanii jest za „remain”, czyli pozostaniem ich państwa w Unii Europejskiej, a 44 proc. za wyjściem. Minimalna przewaga zwolenników utrzymania status quo niewiele się różni od niewiele większej przewagi zwolenników brexitu w referendum w czerwcu 2016 r.
Na ile zaboli brexit?
Brexit z politycznego hasła i po części międzypartyjnego, a po części wewnątrzpartyjnego ping-ponga, staje się rzeczywistością do bólu (sic!) konkretną. Chodzi tu nie tylko o obywateli Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, ale także o cudzoziemców, którzy na Wyspach oficjalnie pracują, ba, mają prawo do stałego pobytu. Jest też coraz więcej poddanych Jej Królewskiej Mości, którzy stali się obywatelami brytyjskimi, choć nadal zachowują polską, włoską, hiszpańską, portugalską itd. tożsamość. Spośród tych ludzi procentowo najwięcej rekrutuje się zwolenników kontynuacji obecności Londynu w UE.
Warto wspomnieć o inicjatywie „3 miliony”, która upomina się o prawa cudzoziemców – obywateli krajów członkowskich UE mieszkających na terenie Wielkiej Brytanii. Mają w tej inicjatywie istotny udział także Polacy, choć przeważają przedstawiciele państw „starej Unii”, czyli dawnej „piętnastki”. To wspólny, ponadnarodowy, a więc może tym bardziej skuteczny front na rzecz utrzymania tych wszystkich przywilejów obywateli pozostałych 27 państw UE, które dotychczas, do brexitu, są ich udziałem.
A że rzecz dotyczy w wielkiej mierze naszych rodaków, pokazuje to oficjalna statystyka dotycząca narodowości pracowników NHS, czyli National Health Services – państwowej brytyjskiej służby zdrowia. Polacy w liczbie 7451 są na drugim miejscu spośród krajów Unii (po brytyjskich sąsiadach Irlandczykach – 13 307), a na czwartym miejscu wśród nacji z całego świata (więcej niż naszych jest tylko obywateli, a raczej obywatelek Filipin – 13 797) oraz obywateli Indii (17 823).
Rząd Rzeczypospolitej musi walczyć o prawa Polaków mieszkających za kanałem La Manche, zwanym nie przypadkiem przez Brytyjczyków Kanałem Angielskim. Nawet jeśli – i słusznie – chcemy, aby jak najwięcej naszych rodaków wróciło do Polski, aby pracować na rzecz dobrobytu Rzeczypospolitej, a nie nawet gościnnego, ale obcego państwa.