Tętniące serce Indii
Skrzyżowanie w New Delhi. Stoimy na światłach. Do auta podchodzi Hinduska z maleńkim dzieckiem na ręku. Chce nam sprzedać kwiaty. W pierwszym odruchu chcę kupić.
Intensywny kurs nadrabiania zaległości, gdy chodzi o zabytki. Wszyscy zachwycają się Tadż Mahal, ale i tu jest sporo do zwiedzania. Spotykam wielu hinduskich turystów. Całe wielopokoleniowe rodziny. Vishakha jest sympatyczną 24-latką urodzoną w New Delhi i bardzo miło się z nią rozmawia, ale pomysł, żeby to ona była moją przewodniczką po średniowiecznym Delhi, nie był, delikatnie mówiąc, dobry. Mówi mało, nie jest w stanie odpowiedzieć na żadne pogłębione pytanie. O grobowcu Szahdżahana, muzułmańskiego władcy niepopularnego z powodu swojego seksoholizmu, muszę zdobywać wiedzę sam.
Obiekty turystyczne w stolicy subkontynentu, jak Hindusi określają swoje państwo, bywają pasjonujące, ale należy je zwiedzać – i nic więcej. Poziom toalet jest zastraszający, to w zasadzie wychodki z pociętymi gazetami zamiast papieru toaletowego.
Restauracja przy siedzibie wywiadu, czyli... ostra kuchnia
Miejscowi zapraszają na specjalną kolację. Restauracja Bukhara w hotelu Maurya Sheraton. Kuchnia afgańsko-południowoindyjska i hinduska. Hotel chwali się swoimi dotychczasowymi gośćmi: Bill Clinton, Dalajlama, prezydent Egiptu Abd al-Fattah as-Sisi, Ugandy – Robert Mugabe, Somalii – Hassan Mohamud, tenisista Roger Federer, golfista Tiger Woods, Arnold Schwarzenegger, władca mody Tommy Hilfiger, Formuły 1 – Bernie Ecclestone, Cherie Blaire (żona premiera Jej Królewskiej Mości), wreszcie królowa Belgii czy prezydent Nigerii.
A jedzenie warte grzechu. Czyżby apetyt zaostrzał gościom fakt, że tuż obok restauracji znajduje się siedziba wywiadu Indii? Zapewne, mało kto z gości o tym wie...
Peshavni kebab to jagnięcina bez kości, marynowana w czerwonym chili, grillowana w specjalnych kamiennych piecach, z dodatkiem jogurtu z czosnkiem. Poza tym jeszcze seekh kebab – grillowana na ogniu jagnięcina w zielonym chili z kolendrą i szafranem plus tandoori ihirya, czyli krewetki na ostro w czerwonym chili, masala garam z dodatkiem jogurtu. Do tego jeszcze mureh malai kebab – kurczak bez kości z roztopionym serem – zielone chili, kolendra, przyrządzany w kamiennym piecu. A już dla całkiem wybrednych smakoszy paneer tikha, czyli danie wegetariańskie: wiejski ser z żółtym chili, z nasionami adżwan, wszystko grillowane. Fanatycznym gurmandzistom można jeszcze polecić ewentualnie tandoori aloo, czyli coś w rodzaju ziemniaczanego purée dobrze odparowanego i podanego z posiekanym zielonym chili, rodzynkami i orzechami nerkowca. Albo też i dal bukhara, czyli czarna soczewica, pomidory, żeń-szeń, czosnek duszone na wolnym ogniu, a prędzej najpewniej zapieczone z niesolonym masłem. Wreszcie pudina paratha – coś w rodzaju podpłomyków czy może naleśników, a może między jednym a drugim, za to w zielonym kolorze z żółtym tym razem chili, z nasionami adżwan, wszystko grillowane.
Bardzo to wszystko dobre, choć trzeba na uczcie spędzić kilka godzin, żeby skorzystać ze wszystkich darów Bożych. No i nie wolno zapomnieć o deserach. A tych jest szeroki wybór, choć wszystkie są specyficzne. I tak na przykład gulab jamun to rodzaj pierogów z pistacjami i kardamonem, mocno smażone i zanurzone w syropie z cukru. Albo żółte phirni, z wyglądu budyń, lekki, mleczny deser z ryżem basmati, kardamonem, posypany pistacjami i migdałami, uformowany w glinianym naczyniu. Albo choćby i kulfi – mrożony deser śmietankowy z migdałami, różanym syropem i cienkim makaronikiem z mąki kukurydzianej. Albo wreszcie rasmalai, trochę jak nasze pierogi ruskie, bo gotowane ze świeżego sera i zanurzone w szafranie. Grzechem wszak byłoby zapomnieć o hinduskich winach. Tu zawsze jest gorąco, więc warto polecić białe. Szczególnie Sula – zwłaszcza sauvignon blanc, ale też chenin blanc. To pierwsze doprawdy pierwszorzędne.
Hinduska kuchnia to ważna część szeroko rozumianej kultury Indii, a także sposób na promocję kraju. Poza tym warto odwiedzić pierwszą lepszą restaurację w hinduskiej metropolii w weekend czy w święta i zobaczyć, jak przy wspólnym stole kwitnie wielopokoleniowe życie Hindusów. Wspólne biesiadowanie krzewi familijne uczucia i więzi.
Dżajpur „zwycięskie miasto”
Jestem w jednym z dwóch najbogatszych stanów Indii – Radżasthanie. Jego stolica Dżajpur leży 600 km od granicy z Pakistanem, ale w mieście zabytków i kwitnącego handlu nie czuje się strachu przed islamskimi terrorystami muzułmańskiego sąsiada. Choć tu przecież też żyją wyznawcy proroka. Właśnie słyszę huczne, głośne wesele muzułmańskiej pary. Rytmiczne rytmy, niewierni aż przystają... Skądinąd wesela w tym kraju to coś wyjątkowego. Pasuje do Hindusów w tym względzie polskie porzekadło: „Zastaw się, a postaw się”.
Dżajpur zaczyna się budzić ok. 9–10 rano. Mieszka w nim 5 mln ludzi, z tego jeden w „starym” Dżajpurze. „Pur” oznacza „miasto”, „dżaj” – zwycięstwo. Niewątpliwie jest ono zwycięzcą w walce o turystów, także z zagranicy. Przyciągają ich pałace maharadżów, celebrowane mecze polo (jeden z nich nawet rozpocząłem jako gość honorowy). Nie odstraszają żebracy, pukający w szyby samochodów stojących w korku czy na skrzyżowaniu, nachalni aż do przesady.
Dla Modi nie ma alternatywy
W świątyni w Udajpurze (jeden z dystryktów Radżasthanu) można zobaczyć 350-letnie siedziska przeznaczone dla dziecka Kriszna. Miejscowi składają przy siedzisku ofiary. Jest złoto, srebro i owoce. Ale jest też srebrny stół ważący ćwierć tony. Obserwuję ceremonię przyniesienia „dzieciątka” Kriszny, do złudzenia przypominającą wyniesienie Najświętszego Sakramentu w naszym Kościele. Mnóstwo turystów. Nic dziwnego, że firma HRH (Heritage Resort and Hotels) rodziny królewskiej w Radżasthanie ma tu z 60–70 hoteli, także ulokowanych w pałacach.
Co Bogu – boskie, co cesarzowi – cesarskie. Rozmowa z Hindusem, poważnym przedsiębiorcą tekstylnym. „Dla Modi (nazwisko premiera) – nie ma alternatywy”. Podkreśla, że wreszcie jego kraj ma charyzmatycznego przywódcę, który potrafi mieć nawet 10-minutowe oklaski po swoim wystąpieniu.
W Waranasi witają święte krowy, które śpią, gdzie popadnie. W ruchu ulicznym widać słonia, a także wielbłąda. Są też śpiące na trotuarze między dwoma pasami jezdni muły albo zwierzęta mułopodobne. Na centralnym rondzie widać wywieszone dwie czerwone flagi, niczym na plaży. Sygnalizują duży ruch. To właśnie z Waranasi wywodzi się obecny premier Indii Narendra Modi. Ten sam, któremu kiedyś Amerykanie nie chcieli dać wizy do USA, gdy był gubernatorem stanu Gudżarat i rządził tam twardą ręką, a potem, gdy został szefem drugiego co do wielkości państwa świata, przyjmowali go, jakby był kolejnym wcieleniem boga Sziwy. To kolejna nauczka, że w polityce fortuna kołem się toczy.