Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
19.12.2016 17:04

​Angela Merkel stoi przed wyborem

Ostatnio 19-letnia studentka z Warszawy zadała mi pytanie identyczne, jak kamerzysta jednej z prywatnych telewizji: „Czy grozi nam wojna?”.

Ostatnio 19-letnia studentka z Warszawy zadała mi pytanie identyczne, jak kamerzysta jednej z prywatnych telewizji: „Czy grozi nam wojna?”. Odpowiedziałem zgodnie z przekonaniem, że na pewno nie. Na użytek tego artykułu sprecyzuję, że wojny lokalne, regionalne, poza Europą, na przykład w kontekście Morza Południowochińskiego, mogę sobie wyobrazić, ale nie wierzę w III wojną światową ani nawet w jakąś wojnę kontynentalną. 

O ile zatem wykluczam możliwość większego konfliktu militarnego, którym skądinąd ostatnio straszył w radiu pewien polityk PO (straszenie Polaków mają w naturze: wcześniej straszyli PiS-em...), o tyle oczywiście uważam za więcej niż prawdopodobne istotne przetasowania na światowej scenie politycznej, a na pewno na scenie europejskiej. Po wyborach prezydenckich w USA Stany Zjednoczone Ameryki Północnej pozostaną ważnym playmakerem w skali globalnej. Na zmniejszenie roli Waszyngtonu w świecie, może nawet wbrew poglądom takiego czy innego lokatora Białego Domu, nie pozwoli amerykańska administracja oraz choćby lobby zbrojeniowe czy biznesowe. To pewnik. Systematycznie będzie rosła rola Chin, ale też, choć w mniej spektakularny sposób – Indii. Stracą mocarstwa regionalne, które chciały być ponadregionalne, jak lider Ameryki Łacińskiej, czyli Brazylia, pogrążona w kryzysie gospodarczym oraz nieustających aferach korupcyjnych. Nie zmaleje aktywność międzynarodowa Chin – w wymiarze ekonomicznym i politycznym – zapowiadane schłodzenie gospodarki ChRL-u na razie nie ma większego wpływu na pozycję międzynarodową Pekinu i relatywnie ogromną w porównaniu z innymi dużymi państwami jego aktywność zewnętrzną. Chiny nadal będą playmakerem, wzbudzając nie tylko zazdrość USA i pobudzając gniewne wypowiedzi Donalda Johna Trumpa, ale też niechęć Europy, co ostatnio przejawiło się w kolejnym zwiększeniu niektórych ceł.

A jednak wzrost roli Ankary

Zapewne wzrastać będzie rola Turcji. Jakkolwiek by nazywać prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, zapewnił on stabilizację wewnętrzną (nie wchodząc w szczegóły zapewne denerwujące obrońców praw człowieka), co w perspektywie najbliższych lat umożliwi jeszcze większą ekspansję Turcji zarówno gospodarczą, jak i polityczną. Już w 2023 r. Turcja ma stać się jedną z dziesięciu czołowych gospodarek świata, już wcześniej prześcigając Rosję (taki przynajmniej ma cel, choć eksperci przewidują, że za 7 lat państwo tureckie będzie na ­13.–14. miejscu na świecie). Turcja bynajmniej nie zamierza za wszelką cenę wchodzić do Unii Europejskiej, a nawet – choć Ankara nigdy głośno tego nie powie – do UE, jak uważam, w ogóle wchodzić nie chce. Akces do struktury, która ingerowałaby, co już teraz wyraźnie widać, w wewnętrzne sprawy tego kluczowego państwa w regionie, jest dla Turków nie do przyjęcia. Ale pomijając względy stricte polityczne, decydować mogą też aspekty czysto gospodarcze. Oto bowiem turecka gospodarka rozwijała się w pierwszym kwartale tego roku w tempie ok. 5 proc. PKB, gdy tymczasem gospodarka strefy euro tylko 1,7 proc. PKB, a gospodarka całej UE 1,8 proc. Skądinąd w pierwszych trzech miesiącach tego roku identyczny wzrost PKB jak Unia odnotowały Stany Zjednoczone. Te dane i wyraźny kontrast między euroatlantycką stagnacją a skokiem nad Bosforem, to argumenty zachęcające Ankarę do pozostania państwem li tylko stowarzyszonym (od 53 lat!) z UE.

Quo vadis, Angelo?

Jednak to, co najciekawsze, dzieje się w samej Unii Europejskiej, gdzie następuje wyraźne przegrupowanie sił w związku z brexitem. Rzecz jest w toku i na pewno za wcześnie w tej chwili przesądzać, jaki ostateczny kształt będzie miała nowa architektura polityczna UE. Na razie obserwujemy nerwowe ruchy, a nawet rozbieżności wokół koncepcji integracyjnej w poszczególnych krajach. Także tych uchodzących za motor integracji europejskiej, jak Niemcy. Tu jak się wydaje rywalizacja między chadekami z CDU i CSU a socjaldemokratami z SPD wchodzi w decydującą fazę. To już wyszło poza grę w dobrego i złego policjanta. Niemiecki lewicowy minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier – już od lutego 2017 r. będzie pełnił funkcję prezydenta Republiki Federalnej Niemiec – wyśmiewał szczyt NATO w Warszawie, w którym uczestniczyli także niemieccy żołnierze wysłani tam przez niemiecką centroprawicową minister obrony Ursulę von der Leyen (CDU). Gdy tenże szef MSZ-etu RFN zgłaszał, skądinąd absurdalne, pomysły utworzenia jednego europaństwa, natychmiast był kontrowany nie tyle przez samą Angelę Merkel, ile przez szefa jej Urzędu Kanclerskiego Petera Altmaiera. Co więcej, niemiecki MSZ zwołał szczyt sześciu państw – założycieli Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – ale po kilku tygodniach jego chadecka szefowa, Frau Merkel, na wyraźnej kontrze do tej inicjatywy, wzięła udział w zupełnie innej formule – trzech największych, po brexicie, państw UE, czyli RFN, Francji i Włoch. Różnica między jedną i drugą koncepcją polega na tym, że w tej drugiej w ogóle nie ma Beneluxu! 

Merkel – polityk, którą trudno polubić – jest wszak bardziej pragmatyczna niż ideolodzy z SPD, chodzi po ziemi i wie, że bez porozumienia z „nową” Unią, której liderem jest Polska, może nastąpić „fragmentaryzacja” UE. Co gorsza, jeszcze bardziej niebezpieczne dla niemieckiego leadershipu w Unii będą tendencje odśrodkowe, będące reakcją na coraz bardziej niezdarne próby narzucenia przez Berlin swojej hegemonii. Wynik grudniowego referendum w Włoszech pokazuje, że jest to realna groźba, bo przecież beneficjentem porażki byłego już premiera Matteo Renziego jest Ruch Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo, którego głównym postulatem jest wyjście Republiki Włoskiej ze strefy euro, co w sposób znaczący osłabi niemieckie wpływy w Europie – dziś wyraźnie zwiększył on szanse na zwycięstwo w przyszłorocznych (lub na początku 2018 r.) wyborach do Camera dei deputati.

Zapewne CDU-CSU bardziej niż SPD zdaje sobie sprawę, że time is over dla bezkrytycznej akceptacji wśród krajów członkowskich UE dla Berlina jako totalnego europejskiego playmakera. Dzisiaj jest prosta alternatywa: albo Niemcy podzielą się władzą w UE, albo Unia, zżerana tendencjami odśrodkowymi i negacją przywództwa największych państw, stawać się będzie polityczną wydmuszką.

Angelo, wybór należy do Ciebie.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane