Śmierć po hindusku – lekcja pokory
O piątej rano świt obejmuje Waranasi całunem spokoju. Prawie w ogóle nie widać samochodów. Ale to tylko złudzenie. Zaraz usłyszę akustyczny symbol Indii – trąbienie aut.
Straszą puste riksze – skrzynki bez kierowców. Nie widać, jak w piosence Gershwina, „świateł wielkiego miasta”, tylko jego brudy. Widzę pijaka – co tu jest bardzo rzadkie – pijącego wprost z butelki. Jest grupa muzułmanów – znak, że w świętym mieście hinduistów jest jednak multi-kulti. Ledwo wstał świt, a już jest 25 st. Celsjusza. Za chwilę, jakby na znak boga Sziwy czy Wisznu, słychać już gwar. Przy brzegu Gangesu widzę oczekujących na wejście do hinduskich świątyń. Ludzie będą stali tak ponad cztery godziny. Idę środkiem, między stojącym karnie w dwóch kolejkach tłumem. Ludzie burzą się, że chcę ominąć kolejkę. Uspokajają się dopiero, gdy rozpoznają cudzoziemca.
Wszechobecna świętość
Jestem w mieście, w którym w zasadzie każdy stary dom jest świątynią. Przed niektórymi z nich ciżba stoi na zewnątrz, a bramini zajmują się obrządkami religijnymi. Nieraz w ciągu domów w każdym jest świątynia i wszystkie są zapełnione. Na wielu budynkach widnieje hinduska swastyka, na której mieli wzorować się Niemcy. Tłum faluje – tłok coraz większy, czuję coraz większy napór ludzi. Nie można wpadać w panikę ani też gorączkowo się przepychać. Trzeba dać się nieść tłumowi. Wreszcie cisza bocznych uliczek, w których załatwiają swoje potrzeby święte krowy. Miejscowy przewodnik, lokalny elegant z farbowanymi włosami, uśmiecha się i mówi: „Holly cows, holly shits”...
Hindusi uważają, że są święte, bo żywią ludzi, dając im mleko. Tych krów nie wolno jeść. Nie wolno ich bić. Okazuje się za to, że można na nie krzyczeć, wprawdzie nie za głośno, ale jednak, aby zeszły z drogi i nie utrudniały życia ludziom.
Płoną zwłoki na brzegu Gangesu
W tym miejscu dokonuje się kremacji w tradycyjny sposób. Zgodnie ze starą hinduską tradycją ciała są palone na brzegach świętej rzeki Ganges. Codziennie płoną tu zwłoki 100–150 Hindusów, przywożone z całych Indii. Chłodna statystyka: żeby spalić jednego człowieka, potrzeba ok. 360 kg drewna (!) i trzech godzin. Popyt jest duży: kremacje odbywają się też w nocy. Zwykle pali się doczesne szczątki na samym dole, przy Gangesie. Teraz dzieje się to na górze, bo rzeka wezbrała, w związku z tym dotychczasowe paleniska są pod wodą. Podczas ceremonii członkowie rodziny pięciokrotnie obchodzą stos. Symbolizuje to pięć żywiołów: ogień, ziemię, powietrze, wodę i eter. Ciała spowite w kolorowy całun, na specjalnych marach, zanurzane są w Gangesie. Płoną potem, mimo że całun jest mokry. Rano następuje pora czyszczenia.
W takich miejscach człowiek pokornieje. A przynajmniej powinien.
Są specjalne kategorie ludzi, których zwłoki, z różnych powodów, nie mogą być palone. To święci, trędowaci, ukąszeni przez kobrę i dzieci. Pytam o dzieci. Słyszę odpowiedź, że osoby poniżej 10. roku życia jakby jeszcze nie żyły.
Majestat śmierci po hindusku. Ale też różnice po śmierci: ciało bogatego wyląduje bliżej Gangesu, biednego – dalej. Bogaci mają krótszą drogę do hinduistycznego raju. Śmierć nie zaciera nierówności majątkowych. Przynajmniej nie w Indiach.
Inaczej niż w Europie
Niedziela i poniedziałek to najważniejsze dni modlitewne w Waranasi. Akurat jestem w tym miejscu w wigilię najistotniejszego święta Hindusów: 1 sierpnia to święto ku czci boga Sziwy. Prawdopodobnie dlatego spotykam tylu mężczyzn z włosami ufarbowanymi na niemal rudo. Pomarańczowy to według wierzeń Hindusów najświętszy z kolorów. Reprezentuje ogień, który spala nieczystości, symbolizuje czystość duchową, ascezę, ofiarę.
W Waranasi święte krowy są tak mądre, że poruszają się zgodnie z kierunkiem jazdy. Wykazują stoicki spokój i nie przejmują się dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy przybywają tu tłumnie zwłaszcza w lipcu i w sierpniu.
Kobiety na motocyklach siedzą z tyłu, ale nie okrakiem – jak w Europie czy Ameryce – tylko bokiem, trzymając jedną ręką swojego mężczyznę za ramię.
Nierzadki jest tu widok mężczyzn śpiących na murkach.
W nowoczesnych, nawet ładnych blokach pranie wisi na poręczach balkonów lub w oknach. W naszym kręgu kulturowym, czy to w dawnym ZSRS, czy we Włoszech, czy na Malcie, używa się do tego specjalnych sznurków.
Na lotnisko prowadzi specyficzna droga: klepisko przechodzące w stary asfalt, a na końcu – w całkiem solidną dwupasmówkę. Oczywiście drogi prowadzące do centralnego portu lotniczego w stołecznym Nowym Delhi są całkiem nowoczesne, choć niemiłosiernie zatłoczone, także o drugiej, trzeciej w nocy.
Na lotniskach zwyczaje niespotykane w Europie: tuż przy bramce w terminalu odlotów można kupić ubrania – dziecięce i dla dorosłych – a podnieść klasę podróżowania można jeszcze przy wchodzeniu na pokład lub w samym samolocie, oczywiście za dodatkową opłatą.
Kobiety za dużo płaczą...
Aż 30 proc. mieszkańców Waranasi stanowią muzułmanie. To wyjątkowo dużo jak na mniejszość religijną, w Indiach bowiem wyznawcy religii mieszkają raczej w jednolitych zwartych skupiskach, stanowiąc w miastach i okręgach administracyjnych zdecydowaną większość. Wyznawcy Mahometa żyją w Waranasi od XII w. i modlą się aż w 1400 meczetach. Świątyń hinduistycznych jest 3600.
Zawody są dziedziczne. Człowiek w średnim wieku, który od siedmiu lat wozi turystów hotelową bryczką, mówi mi, że robi to, co jego ojciec i dziadek. Zaznacza, że ojciec ojca, choć dosiadał słonia czy konia, nigdy w życiu nie jechał samochodem.
Poziom wód uniemożliwia przemieszczenie się łódką po Gangesie. Omija mnie więc fascynujący wschód słońca, gdy z rzeki widać dopalające się ciała. Charakterystyczne, że w tym rytuale uczestniczyć mogą wyłącznie mężczyźni. „Kobiety za dużo płaczą” – mówi mi człowiek, który żyje z oprowadzania turystów po miejscach, w których palą się zwłoki.
Medytacja za 100 rupii
Śródmieście. Przemykam między rikszami, przechodniami, motocyklami, rowerami, sprzedającymi i kupującymi oraz straganami, uważając, aby, Boże broń, nie nadepnąć na świętą krowę. Młodzi wyznawcy religii hinduistycznej maszerują gęsiego, ubrani na pomarańczowo, skandując rytmicznie: „Bol Bam, Bol Bam, Bol Bam”. Silni religijnym uniesieniem, ale też tym, że zawsze poruszają się w grupie, czasem po 17, czasem po 30, czasem tylko we trójkę.
Mijam żebrzące kaleki, chmarę dzieciaków. To duża sztuka poruszać się w takim tłumie. Po paru minutach mam już zakrwawione nogi. Dezynfekuję je, wiedząc, że trzeba wygrać wyścig z czasem i wszechobecnym brudem. Na moich oczach święta krowa omal nie wchodzi do luksusowego sklepu.
Przy Gangesie trwa religijna medytacja. Żeby móc ją obserwować, trzeba dać sto rupii (niespełna 6 zł) za miejscówkę na dachu budynku. W koszt wliczone jest również stare plastikowe krzesełko. Miły zapach kadzideł, co ciekawe, podobny do tego, który znam ze świątyń katolickich. Porządku strzegą policjanci z długą bronią. Zapewne rząd wyciągnął wnioski z dotychczasowych zamachów islamistów, m.in. w Bombaju. Policja potrzebna jest też na wypadek, gdyby doszło do wybuchu paniki. To zdarza się przecież regularnie.
Porównuję uliczne korki w Nowym Delhi i Waranasi. Te w stolicy są tworzone przez auta, te w Waranasi – przez riksze i motocykle, rzadko kiedy samochody. Hindusi bez przerwy trąbią, ale wypadków jest bardzo mało jak na taki uliczny horror.
Miasto 22 milionów ludzi
Nowe Delhi. To miasto zawsze przytłacza liczbą ludzi i samochodów, ruchem ulicznym, który trwa bez końca, także głęboką nocą i przed świtem, inaczej niż w europejskich i amerykańskich miastach. I tu też, w samym centrum 22-milionowej aglomeracji, w stolicy drugiego, a może niedługo już pierwszego pod względem liczby ludności państwa świata, można spotkać święte krowy. Wszędzie widzę ludzi, całe rodziny śpiące pod mostami czy wiaduktami, na specjalnych matach pod gołym niebem. Jestem akurat w porze deszczowej i widzę, jak ludzie mimo deszczu śpią czy koczują w pobliskim parku, by po szóstej rano składać swoje legowiska i iść w sobie tylko znanym kierunku. Wracają tu na kolejną noc.
Na ulicy widzę niewielki motorower objuczony towarem kilkakrotnie przekraczającym jego rozmiar. Morze aut, nie ma sekundy, aby nie usłyszeć trąbienia. Jeszcze nigdy tak blisko z hali lotniska nie widziałem startujących czy lądujących samolotów. Ale i tak pewnie bardziej zapamiętam samotnego wróbelka witającego mnie na dopiero niedawno otwartym lotnisku w Waranasi...
Jadę drogą, która ma po pięć pasów ruchu w każdym kierunku, dziesięć kawalkad samochodów posuwa się powoli, zrywami, trąbiąc, trąbiąc, trąbiąc. To może rodzić skojarzenia z Moskwą.
Od Nowego Delhi większy jest Bombaj, obecnie nazywany Mumbajem, prawdziwa finansowa stolica Indii (tak jak finansową stolicą Włoch jest Mediolan, a nie Rzym). Byłem tam przed 14 laty, na kilka lat przed tragicznym zamachem terrorystów islamskich z 2008 r., gdy w mieście tym zginęło co najmniej 195 osób, a 300 zostało rannych.
Dżajpur: „Czarnecki Sahib”
Jestem w Dżajpurze. Okazuje się, że w Indiach nie tylko krowy są święte. W pałacu Rambagh pawiom wolno niemal wszystko: krzyczeć, latać, gdzie tylko chcą (w Polsce nie widziałem nigdy pawia na czubku drzewa), siedzieć w zabytkowej lokomotywie czy na jej dachu. Są wielkie, majestatyczne. Na ogrodowej drodze ustępują autorowi tekstu niechętnie, za to z godnością.
Klucz do pokoju hotelowego jest elektroniczny, a na jego papierowej okładce czytam: „Czarnecki Sahib”.
Kilkaset metrów stąd panuje przeraźliwa bieda. Mimo to angielski ogród w pałacu Rambagh jest naprawdę angielski: przystrzyżone równo klomby są pieczołowicie pielęgnowaną pozostałością po brytyjskim kolonializmie.
Świt w Dżajpurze i szybka jazda na lotnisko. Choć nie ma tu porannych korków, to przed samym wjazdem do portu lotniczego stoi parędziesiąt aut: policjanci przed nami uważnie sprawdzają objuczone motorowery.
Słonie są tu wszędzie: na drogach, na spinkach, jako rzeźby, które podtrzymują wejście do budynku. W Ambere (to hinduska nazwa angielskiego Amber Fort) mieszają się wpływy islamskie i hinduistyczne. Muzułmanie preferują w sztuce motywy roślinne, hinduiści zwierzęta, głównie słonie właśnie.
Na lotnisku w Dżajpurze spędzam blisko pięć godzin, bo samolot z Nowego Delhi nie doleciał i nie mam jak dostać się do Udajpuru – a tam jest stąd tylko jeden lot dziennie. Wreszcie się udaje. Ląduję w Udajpurze na lotnisku Maharana Pratap. Po prawej stronie portu lotniczego pozostałości sporego muru obronnego wyrastającego z żywej zieleni pory deszczowej i zaraz świątynia boga Sziwy. Indie wciągają...