Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
19.09.2016 19:05

Geopolityka i bracia Lumière

Znajdujemy się w swoistym turning point dla świata, dla Europy. Zarówno w wymiarze politycznym, czy raczej geopolitycznym, jak i ekonomicznym. Mamy poczucie konieczności zmian.

Znajdujemy się w swoistym turning point dla świata, dla Europy. Zarówno w wymiarze politycznym, czy raczej geopolitycznym, jak i ekonomicznym. Mamy poczucie konieczności zmian. Wiemy, że są one nieuchronne i że nastąpią – bo brak tych zmian oznacza nie tyle przestój, spowolnienie gospodarcze, ile coś dużo gorszego: regres i chaos.

Na naszych oczach dopełnia się zmiana obrazu świata, który funkcjonował przez wieki. Mówię wprost i z pełną przykrością: maleje rola Europy i gospodarcza, i jako ważnego ośrodka na arenie międzynarodowej. Ale nie rośnie jednocześnie rola Ameryki. Niektórzy oczekują, że może ona w najbliższej dekadzie (lub dwóch) być ograniczona. Ja się z tym nie zgadzam, ale nie możemy całkiem odrzucać takiego scenariusza. Nie dlatego, że taki czy inny prezydent USA wybierze politykę splendid isolation, ale z powodu naturalnych procesów ekonomicznych na świecie.

Gdyby spojrzeć na geopolityczną mapę świata z góry i porównać zmiany z tym, co miało miejsce pół wieku temu, parę lat temu i teraz – to wyraźnie widać wzrost roli Azji ze spektakularnym wzrostem Chin i wyraźnym, postępującym, ale mniej efektownym wzrostem roli Indii. Generalnie widać wzrost znaczenia Azji i pogłębianie się dysproporcji między Ameryką, Europą, Azją a Afryką – ten dystans, który dzieli Afrykę od reszty świata w ostatnich kilkudziesięciu latach zwiększył się, a nie zmniejszył.

Widać też jednocześnie spowolnienie rozwoju Ameryki Łacińskiej, w której Brazylia, uznawana jeszcze niedawno za potencjalne mocarstwo ponadregionalne, uwikłała się w wewnętrzne problemy, czego spektakularnym przejawem jest impeachment wobec tamtejszej prezydent – o słowiańskich zresztą, bułgarskich korzeniach.

G20 nie taka jak kiedyś

Spotykamy się tuż po szczycie G20 w Chinach, na którym nastąpiło być może ostatnie spotkanie odchodzącego prezydenta USA z obecnym prezydentem Rosji. Mam jednak wrażenie, że 19 krajów tam obecnych plus jako dwudziesty partner – nasza UE – nie znajdują wspólnej odpowiedzi, jak przeciwdziałać globalnemu kryzysowi. Dobrze, że tego typu spotkania się odbywają. Szkoda, że są jednak mało efektywne, choć na pewno G20 jest bardziej efektywna niż G7 czy G8.

Ambitna Turcja: w 2023 r. w pierwszej dziesiątce

W Parlamencie Europejskim reprezentuję Polskę, szóste co do wielkości państwo Unii, a po Brexicie – piąte. Jest to jednocześnie największy kraj tzw. nowej Unii, a więc największy spośród 13 krajów, które weszły do Unii w ostatnich 12 latach. Polska jest też największym krajem Europy Wschodniej czy też Środkowo-Wschodniej.

Pamiętam, jak w grudniu 2004 r. – a jestem posłem do Parlamentu Europejskiego od 12 lat właśnie – głosowałem za natychmiastowym podjęciem negocjacji akcesyjnych z Turcją. Było to zresztą zgodne z polityką ówczesnego prezydenta Polski prof. Lecha Kaczyńskiego, który był zwolennikiem wejścia Turcji do Unii. Uważał bowiem, że nastąpi wzmocnienie układu euroatlantyckiego w Unii Europejskiej, a także będzie to służyło większej – powiem w języku dyplomatycznym – balance of power w Unii i zapobiegnie to zdominowaniu UE przez jedno czy dwa największe państwa.

Skądinąd to myślenie wyprzedzało identyczne poglądy reprezentowane przez ważnego doradcę amerykańskich prezydentów, mojego rodaka Zbigniewa Brzezińskiego czy kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera, którzy – zapewne po części z innych powodów – uważali, że wejście Turcji do Europy zwiększy znaczenie Europy w układzie międzynarodowym. Zresztą były niemiecki kanclerz uważał, że trzeba pójść jeszcze dalej i granicę Europy przesunąć aż na rosyjski Daleki Wschód i daleką Syberię, czyli na odległe terytorium rosyjskie.

Znaczenie Turcji rośnie i na polu politycznym, i gospodarczym, i finansowym. Plan, aby Turcja stała się za siedem lat, w 2023 r., jedną z dziesięciu największych gospodarek świata, jest ambitny, ale jak się wydaje – możliwy do realizacji. Zwracam uwagę, że w tej chwili Turcja ma wzrost PKB – mówię o pierwszym kwartale tego roku – mniej więcej trzy razy wyższy niż strefa euro. Strefa euro ma 1,7 proc., a UE 1,8 proc. Dla porównania, pierwsza gospodarka świata USA to również 1,8 proc., jak w Unii.

Kontrasty i atuty Ankary

Krytycy Turcji w Europie zwracają uwagę na kontrasty ekonomiczne i socjalne w Państwa kraju. Muszę jednak być uczciwy i obiektywny i powiedzieć, że kontrasty te występują również w Europie, także w moim kraju, w Polsce.

Szybko wzrastający potencjał demograficzny Turcji staje się wielkim atutem Ankary w rywalizacji międzynarodowej. Gdyby Turcja weszła w najbliższym czasie do Unii Europejskiej – choć sądzę, że dla władz tureckich nie jest to priorytetem, podobnie jak nie jest priorytetem dla Brukseli – to stanie się pierwszym pod względem demograficznym krajem Unii, wyprzedzając Niemcy. Być może to jest nigdy niedeklarowany publicznie, ale istotny argument dla sceptyków akcesu Ankary do UE.

Wzrastająca polityczna, gospodarcza i kulturalna obecność Turcji w Azji Środkowej oraz na Kaukazie Południowym świadczy, że ostatnia dekada to czas swoistej ofensywy Ankary w polityce międzynarodowej.

Rosja kolosem na glinianych nogach

Warto też zająć się innymi dużymi krajami Eurazji. Porozmawiajmy o Rosji. W zeszłym roku PKB Federacji Rosyjskiej zmalał aż o 3,7 proc. Rząd w Moskwie przewidywał, że spadek będzie następował dalej, ale tylko o 0,2 proc. Tymczasem minister rozwoju gospodarczego Rosji właśnie powiedział, że w tym roku gospodarka skurczy się o 0,5–0,6 proc., a więc trzy razy bardziej, niż miało to nastąpić.

Ten trzykrotnie gorszy wynik jest charakterystyczny. Budżet Rosji na 2016 r. opierał się na założeniu, że ropa naftowa będzie kosztowała 50 dol. za baryłkę. Tymczasem na początku tego roku ceny ropy spadły do poziomu najniższego od 13 lat. Teraz rosyjska ropa na eksport kosztuje niespełna 40 dol. za baryłkę, a to oznacza, że deficyt budżetowy Rosji się pogłębia. W pierwszym półroczu ten deficyt stanowił wartość równą 4,4 proc. PKB, choć według ustawy budżetowej nie powinien przekraczać 3 proc. Władze w Moskwie stwierdziły, że deficyt budżetowy tego kraju w tym roku może osiągnąć wartość 45 mld dol., a więc o 9 mld więcej, niż się spodziewano.

Ten wzrost deficytu w stosunku do planowanego o 25 proc. jest niepokojący. Nowelizacja budżetu nastąpi tam po wyborach parlamentarnych – ze względów politycznych została przesunięta z wiosny na późną jesień. Dużo mniejsze, niż zakładano, są dochody z prywatyzacji. To efekt sankcji nałożonych przez UE i USA na Rosję.

Nie oceniając ich politycznego kontekstu, stwierdzam, że przyniosły istotny gospodarczy negatywny efekt dla Federacji Rosyjskiej. Nie będzie prywatyzacji jednego z największych rosyjskich banków VTB. Zawieszono sprzedaż pakietu koncernu naftowego Basznieft. Nie ma chętnych nawet na akcje wielkiej firmy diamentowej Alrosa, nieobjętej sankcjami w Ameryce, choć to właśnie amerykańscy inwestorzy przesądzili o sukcesie tego produktu na giełdzie.

Rosyjska prasa podaje, że gdyby ceny ropy w Rosji utrzymały się na jednym poziomie, to wówczas dochody budżetu w stosunku do PKB będą się kurczyły i za trzy lata, w 2019 r., staną się najniższe od 20 lat. Mówię o tym, bo jeśli wcześniej przewidywałem być może zmniejszenie się za 10 lat roli USA – choć nie jest to oczywiste – to znaczenie Rosji ze względów ekonomicznych, finansowych maleje już teraz. Jest to proces spektakularny, który nie zatrzyma się raczej w ciągu najbliższych paru lat.

Europa nie powinna być nauczycielem ani sędzią

Powtarzam, Europa i świat są dziś na zakręcie. Ale przyszłość nie będzie czarno-białym filmem, jak w początkach kinematografii, gdy bracia Lumière puszczali pierwsze filmy. Alternatywą dla konfliktów wojennych całej cywilizacji nie jest wcale powszechna szczęśliwość, dobrobyt i nieustający progres. Takie alternatywy są w książkach, powieściach czy filmach, ale bynajmniej nie w rzeczywistości polityczno-ekonomicznej.

Europie nie grożą żadne konflikty wojenne na szerszą skalę i nasi niemieccy sąsiedzi niepotrzebnie wykupują żywność. Oczywiście pozostaje do rozwiązania sprawa aneksji Krymu i toczące się w praktyce działania wojenne na wschodniej Ukrainie, ale jeżeli obawiałbym się gdziekolwiek eskalacji działań zbrojnych i konfliktów, to raczej w Azji, w basenie Morza Południowochińskiego, a nie w Europie czy bliższej nam geograficznie części Azji.

W czasach kryzysu polityczno-gospodarczego, ale też – przyznajmy – kryzysu przywództwa, kryzysu elit, tym bardziej potrzebna jest międzynarodowa współpraca: w obszarze usług finansowych, szeroko rozumianej gospodarki, a także w wymiarze politycznym. Jednak taka współpraca musi być oparta na wartościach moralnych. Uważam, że do tych wartości należy również pragmatyzm, szacunek dla odmienności i uznanie, że nie należy się wcielać w rolę nauczyciela demokracji w stosunku do innych krajów i regionów, a tym bardziej w rolę sędziów ferujących wyroki, co jest właściwe, a co niewłaściwe, co jest dobre, a co złe w innych krajach i regionach. Takimi wartościami na pewno nie są hipokryzja i podwójne standardy, które czasem słychać w wypowiedziach moich kolegów i partnerów politycznych z Unii Europejskiej. Taką wartością jest natomiast wzajemny szacunek, chęć wysłuchiwania swoich racji i ich zrozumienia. Dzisiejsze spotkanie traktuję jako świetną ku temu okazję.

Artykuł jest skróconą wersją wystąpienia wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Ryszarda Czarneckiego na Istanbul Finance Summit, który odbył się 6–7 września w Konstantynopolu. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane