Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
25.07.2016 18:33

Szansa Barcelony, kłopot Europy

Przez dziesięć lat siedzieliśmy w tych samych ławach Parlamentu Europejskiego: ja – eurorealista, on – zielony.

Przez dziesięć lat siedzieliśmy w tych samych ławach Parlamentu Europejskiego: ja – eurorealista, on – zielony. Mimo różnic witamy się serdecznie: ja – wiceprzewodniczący europarlamentu, on – pierwszy w historii Katalonii minister spraw zagranicznych. Raul Romeva – bo o nim mowa – to kataloński separatysta czy nacjonalista, jak by powiedzieli o nim Hiszpanie, czy też polityk walczący o niepodległość swojej ojczyzny, jak by określili to jego rodacy.

Nie mogę mu zapomnieć jego konferencji prasowej w Strasburgu w okresie pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. Gromko potępiał wtedy rzekomą dyskryminację środowisk homoseksualnych w naszym kraju – albo nie znając podstawowych faktów, albo udając, że ich nie zna.

Rozumiem, że sprawy osobiste były dla niego ważniejsze niż rzeczywistość. Potem do historii przeszła fotografia z 27 września 2015 r.: roześmiany Romeva ściska dłonie zwolenników suwerenności Katalonii. Miejsce: Barcelona, czas: niedzielny wieczór po ogłoszeniu wyników wyborów w tej autonomicznej prowincji Królestwa Hiszpanii. Katalończycy wszystko dobrze zaplanowali – szesnaście dni przed wyborami odbył się w stolicy regionu blisko dwumilionowy marsz niepodległości z morzem żółto-czerwonych katalońskich flag. Następnie były wybory, które okazały się plebiscytem – „suwerenniści” otrzymali absolutną większość mandatów w lokalnym parlamencie: 72 na 135, choć nie uzyskali większości głosów (niespełna 48 proc.).

Dla Madrytu była to znacząca porażka: zwolennicy unitarnego charakteru Królestwa Hiszpanii z Katalonią jako jego integralną częścią dostali niecałe dwie piąte głosów i 52 mandaty. Nie mniej ważny był fakt rekordowej frekwencji: przeszło 77-proc. frekwencja dała jednak nowym władzom Katalonii silny mandat demokratyczny dla tworzenia, jak zapowiedziały, „niepodległego państwa”. To dlatego mój, kontrowersyjny dla wielu, i to z różnych powodów, dawny europarlamentarny kolega ma dziś niespotykaną, jak na naród bez własnej państwowości, funkcję ministra spraw zagranicznych (choć pełna nazwa jego stanowiska obejmuje jeszcze „stosunki instytucjonalne i przejrzystość”).

2005 r. – początek długiej drogi

Co dalej z Katalonią? Miejscowi są konsekwentni, wyznaczyli sobie drogę z metą „pełna niepodległość”. Szef ich MSZ-etu podkreśla, że wszystko, co robią, czynią w granicach prawa. To ma być argument dla nich samych (Baskowie wybrali inną drogę), dla Madrytu i dla zagranicy. Warto prześledzić katalońską eskalację niepodległościową w ostatnich parunastu latach. Ta „suwerennistyczna spirala” rozpoczęła się na dobre 30 września 2005 r. Wtedy kataloński parlament przyjął nowy status, dający regionowi większą autonomię (o żadnej tam niepodległości – ze względów taktycznych – nie było mowy). Aż 120 na 135 posłów głosowało za odejściem od specjalnego statusu autonomicznego, obowiązującego od przeszło ćwierć wieku. To było sprytne zagranie: niemała część głosujących za nową formą (szerszej) autonomii na pewno nie poparłaby uchwały wprost niepodległościowej. Propozycje Barcelony zaakceptowały obie izby Kortezów, czyli parlamentu Królestwa Hiszpanii. Następnie odbyło się referendum, w którym prawie 74 proc. Katalończyków zagłosowało za nową formułą obecności ich regionu (kraju) w ramach państwa ze stolicą w Madrycie.

Po trzech latach, gdy już oswojono nowy status autonomii, przyszedł czas na kolejny krok: miasteczko Arenys de Munt w pobliżu Barcelony przeprowadziło, prawnie niewiążące, referendum, w którym mieszkańcy poparli idee niepodległości. W ciągu następnych dwóch lat, do 2011 r. 554 katalońskie miasta, włącznie z Barceloną, podjęły identyczne decyzje. Podkreślano, że dzieje się tak „z woli obywateli”, a nie jest to odgórna akcja władz autonomii.

Madryt kontratakuje

Tymczasem w końcu katalońska akcja wzbudziła hiszpańską kontrreakcję. Bardzo spóźnioną, co prawda: po czterech latach obowiązywania nowego statusu Katalonii Trybunał Konstytucyjny głosami sześć do czterech odrzucił część zapisów autonomii katalońskiej. Dokładnie zakwestionował aż 41 zapisów, z tego 14 uznał za sprzeczne z prawem, a 27 innych reinterpretował. W tym czasie od początku kontestująca poszerzenie autonomii Katalonii Partido Popular, czyli Partia Ludowa, uzyskała większość w Trybunale i była nareszcie u władzy. Większość zakwestionowanych poprawek dotyczyła języka katalońskiego, odrębnego systemu podatkowego i wymiaru sprawiedliwości. Decyzję Madrytu skontrowała ulica Barcelony: zorganizowana specjalnie nie przez polityków, ale organizacje pozarządowe wielka demonstracja sprzeciwu wobec decyzji Trybunału odbyła się w lipcu 2010 r. pod chwytliwym hasłem: „Jesteśmy narodem. My decydujemy!”.

Tendencje „wybijania się na niepodległość” potwierdziły wybory do katalońskiego parlamentu cztery miesiące później i wybór nowego prezydenta w miejsce socjalisty Pasquala Maragalla (tego, który w 2005 r. ogłosił, że Katalończycy są odrębnym narodem) – został nim jawny „suwerennista” Artur Mas.

Po niespełna dwóch latach, w Dniu Narodowym Katalonii przypadającym 11 września, w Barcelonie miała miejsce półtoramilionowa demonstracja. Jej głównym hasłem było: „Katalonia: następne państwo w Europie”. Ten europejski kontekst był nieprzypadkowy: to właśnie w jednoczącej się Europie, a konkretnie w Unii Europejskiej, Katalończycy widzą obrońcę swoich aspiracji. Jak powiedziała mi Teresa Navarro, dyrektor generalny FemCAT, fundacji działającej w obszarze biznesu: „Unia jest gwarancją tego, że nie używa się przemocy”. W ten sposób wyraziła obawy katalońskich elit: wiedzą one, że na drodze pokojowej wcześniej czy później wywalczą własne, niezależne od hiszpańskiej centrali państwo, ale boją się, jak można domniemywać, użycia siły przez Madryt, chcący powstrzymać dezintegrację terytorialną państwa.

Zaledwie po dziewięciu dniach od półtoramilionowej manifestacji w stolicy Katalonii ówczesny i obecny premier Królestwa Hiszpanii Mariano Rajoy odrzucił propozycję Barcelony nowego porozumienia w sprawie podatków. Argumenty, że Katalończycy nie chcą utrzymywać reszty państwa, zostały kompletnie zignorowane przez Madryt. Efektem tej politycznej decyzji hiszpańskiego establishmentu było przeprowadzenie na terenie Katalonii przedterminowych wyborów pod koniec listopada 2012 r. Kontrreakcja Barcelony przyniosła skutek: 80 proc. nowo wybranych posłów opowiedziało się za „samostanowieniem” (107 na 135). Formalnie decyzja ta nastąpiła w styczniu 2013 r., ale hiszpański Trybunał Konstytucyjny odrzucił ją dwa miesiące później. Ping-pong między Madrytem a Barceloną trwał w najlepsze: po kolejnych dwóch miesiącach kataloński parlament upoważnił prezydenta Masa do negocjacji z rządem Królestwa w kwestii przeprowadzenia referendum dotyczącego niepodległości Katalonii. Zagłosowała za tym zarówno rządząca koalicja, jak i cztery partie opozycyjne: przeciw była tylko, tradycyjnie, Partia Ludowa – niegdyś Aznara, dziś Rajoya, oraz nowa formacja Ciudadamos – co znaczy „obywatele” (po katalońsku – Ciutadans). A skoro już przy języku katalońskim jesteśmy, to jest on oczywiście podobny do hiszpańskiego, ale również ma wiele zapożyczeń z francuskiego czy portugalskiego. Na przykład „fenestra” to „okno” – bliżej mu do języka Gallów niż Portugalów.

Katalończycy zjednoczeni – „żywy łańcuch”

Na pewno to język odrębny, o długiej historii i już ukształtowany, pielęgnowany przez wieki. Jest jednym z najistotniejszych, a w przeszłości bywało, że jedynym instrumentem podtrzymywania niezależności, która z czasem ewoluowała w kierunku politycznego samookreślenia. We wrześniu 2013 r., w pół roku po referendalnej decyzji lokalnego parlamentu, ok. 2 mln Katalończyków – a więc ok. 30 proc. mieszkańców! – trzymając się za ręce, utworzyło 400-kilometrowy łańcuch wszerz kraju, pod hasłem „katalońska droga do niepodległości”. Taka spektakularna demonstracja niepodległości nie byłaby możliwa bez wielowiekowej obrony własnego języka. Skądinąd, tworząc ów żywy łańcuch, Katalończycy – co przyznawali w rozmowach ze mną – inspirowali się naszymi bałtyckimi sąsiadami i ich taką właśnie protestacyjną manifestacją z 1989 r. w 50. rocznicę paktu Ribbentrop-Mołotow. Może to jest przyczyna trwających w najlepsze ożywionych kontaktów między władzami Katalonii a Litwą i Łotwą?

Katalończycy jednak mieszkają nie tylko w swoim regionie (kraju?). W dniu utworzenia owego „żywego łańcucha” – 11 września 2013 r., a więc w dniu swojego święta narodowego niepodległościowe mitingi zorganizowali w przeszło 100 miastach na całym świecie.

Po kilku miesiącach Katalończycy poszli za ciosem: władze porozumiały się z sześcioma partiami odnośnie do terminu referendum dotyczącego niepodległości terytorium nazywanego przez miejscowych „Catalunya”. Wyznaczono godzinę zero na 9 listopada 2014 r. i uzgodniono dwa pytania. Pierwsze było proste: Czy chcesz, aby Katalonia stała się państwem? Drugie zaś jeszcze prostsze: Jeśli tak, to czy chcesz, aby Katalonia stała się państwem niepodległym? Masło maślane? Może. Albo raczej próba pokazania, że nie był to wcale plebiscyt, a obywatele mieli możliwość realnego wyboru.

Korowód pozornie formalnoprawny, a faktycznie polityczny, trwał. W styczniu 2014 r., dziesięć miesięcy przed planowanym referendum, Katalończycy zastosowali wariant szkocki: zwrócili się z formalną petycją – wzorem brytyjskiej Izby Gmin – o przekazanie niezbędnych prerogatyw do przeprowadzenia referendum z centrum do Barcelony. W kwietniu Kortezy odprawiły te propozycje z kwitkiem. Przeciwko głosowały dwie największe partie Hiszpanii: Partia Ludowa i Partia Socjalistyczna – ta ostatnia utwardziła swoje stanowisko. W odpowiedzi na to Katalończycy sięgnęli po sprawdzoną metodę dyskursu w postaci... ulicy. W dniu swojego święta narodowego zorganizowali wiec z udziałem 1,8-milionowego (sic!) tłumu. Mozaika flag katalońskich ciągnąca się przez 11 km i sformowana w gigantyczną literę V – jak Victory, w kontekście zakładanego zwycięstwa w referendum – musiała robić wrażenie nie tylko na uczestnikach manifestacji.

Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie: w odstępie kilku dni parlament w Barcelonie zaaprobował tryb społecznych konsultacji przed referendum, kataloński prezydent podpisał dekret o głosowaniu w sprawie niepodległości, a rząd w Madrycie na nadzwyczajnym posiedzeniu zażądał zawieszenia przez hiszpański Trybunał Konstytucyjny referendum w Katalonii. Wymiana ciosów trwała: w odpowiedzi na akcje rządu centralnego aż 920 katalońskich miast i miasteczek – na niespełna 950 – poparło idee niepodległego państwa. Na wist ze strony Katalończyków, poszerzający w praktyce ich suwerenność, zareagował madrycki Trybunał, zawieszając konsultacje, a wtedy władze katalońskie uznały, że i tak referendum się odbędzie, aby poznać nastroje obywateli, ale nie będzie miało wiążącego prawnie charakteru.

Samo referendum było już tylko grą do jednej – hiszpańskiej – bramki. Głosowało aż 2,3 mln ludzi, z tego przeszło cztery piąte było za, a tylko niespełna 5 proc. przeciw. Wynik skomentował hiszpański premier: „To nie było demokratyczne głosowanie, tylko akt politycznej propagandy i bezużytecznej farsy”. Cóż, uderz w kataloński stół, a odezwą się hiszpańskie nożyce. Po dziewięciu dniach od ostrego oświadczenia szefa rządu w Madrycie wszczęto dochodzenie w sprawach... kryminalnych przeciwko prezydentowi Katalonii, jego zastępcy i ministrowi edukacji (m.in. o sprzeniewierzenie funduszy publicznych). Odpowiedzią była zapowiedź plebiscytu w postaci przedterminowych wyborów i rozpisanie niepodległościowej mapy drogowej na 1,5 roku, do wiosny 2016 r. Madryt kontratakował: Rajoy przyjechał do Barcelony, skrytykował plany „suwerennistów”, odmówił spotkania się z władzami regionu i oświadczył, że jest w stanie dyskutować o wszystkim, tylko nie o „jedności Hiszpanii”.

„Złapał Hiszpan Katalona...”

„Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, przepraszam, złapał Hiszpan Katalończyka... Katalonia odpowiedziała niemal dwumilionowym marszem na rzecz niepodległości i plebiscytarnymi wyborami, o których pisałem na początku tego artykułu, po których niebo nad Barceloną rozbłysło żółtymi i czerwonymi barwami... W takiej atmosferze, w styczniu tego roku, wybrano 130. prezydenta Katalonii: Artura Masa zastąpił Carles Puigdemont. Zmienił się sternik, katalońska łódź płynie dalej w tym samym kierunku – dalej od Królestwa Hiszpanii.

Jakie są przyczyny katalońskiej politycznej irredenty? Oczywiście odrębna jednak kultura, język, historia. Ale też poczucie ekonomicznej potęgi i szybszego rozwoju gospodarczego, a nawet cywilizacyjnego niż reszty Hiszpanii. Katalońska stolica jest jednym z największych portów morskich Starego Kontynentu, a główne (jedne z czterech) lotnisk przyjmuje blisko 40 mln pasażerów rocznie, a więc kilka razy więcej niż Warszawa. A ile miast w Europie gościło igrzyska olimpijskie, jak Barcelona przed niespełna ćwierć wiekiem? Katalońska metropolia stanowi ponad jedną dziesiątą populacji całego Królestwa. Skądinąd w ciągu 115 lat, począwszy od pierwszych lat XX w., ludność stolicy wzrosła prawie dziesięciokrotnie! Taki rozwój nie zdarza się często. Licząca ok. 7,5 mln mieszkańców Katalonia ma PKB rzędu 200 mld euro, co stanowi aż 37 proc. PKB Polski – państwa pięciokrotnie liczniejszego ! Natomiast PKB na głowę mieszkańca (blisko 28,5 tys. euro) jest o prawie połowę wyższy niż nasz i o 13 proc. przewyższa średnią UE. W samej tylko prowincji Barcelona działa aż jedna siódma wszystkich firm w Hiszpanii.

Barcelona – żółto-czerwona duma i siła

Katalońska perła to Barcelona. Ta wizytówka regionu (kraju?) posiada nie tylko jeden z najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich świata, ale jest też czwartym miastem globu pod względem warunków stwarzanych dla biznesu. Jest też – co jest dumą Katalończyków! – najprężniej rozwijającą się metropolią europejską (niebywały wzrost gospodarczy rzędu 17 proc. rocznie!). W światowych statystykach jakości życia katalońska stolica ląduje na początku trzeciej dziesiątki. Pod względem innowacyjności jest natomiast na 13. miejscu na globalnej liście.

Z kolei w statystykach mówiących o wymarzonym miejscu do życia i pracy dla cudzoziemców katalońska stolica jest również na bardzo wysokim, bo siódmym miejscu. Tu zlokalizowane są fabryki aut Seat i Nissan, ale też Hondy, oraz centrum badawcze producenta m.in. tramwajów Alstom. Jest też królową kongresów i wszelkiego rodzaju wydarzeń: to tu dwukrotnie organizowano światową wystawę Expo, globalne konferencje dotyczące kultury czy architektury. Daje to piąte miejsce na świecie w klasyfikacji organizacji kongresów.

Dodajmy – to ważne dla pań – że Barcelona jest piątą stolicą światowej mody (po Nowym Jorku, Paryżu, Londynie i Los Angeles), zapewne dzięki organizowanym dwa razy w roku (!) prestiżowym pokazom. Ma też najlepsze plaże miejskie na całym świecie oraz aż dziewięć obiektów światowego dziedzictwa UNESCO. To wszystko powoduje, że ma opinię raju dla turystów: ta metropolia jest czwarta w Europie pod względem liczby gości (po Londynie, Paryżu i Rzymie) oraz szesnasta na świecie. Ma też jedną ze starszych linii metra na świecie – pochodzi ona z 1924 r., ma ponad 120 km długości i 165 stacji. Porównania z Warszawą są poniżej pasa.

Własne państwo – raczej kiedy niż czy

Trzy dni w Katalonii pozwalają mi postawić trudne pytanie o przyszłą niepodległość tego regionu (kraju). Odpowiedź brzmi, nie: czy?, tylko: kiedy? I to nawet zakładając całkowicie zrozumiały opór Madrytu oraz sceptycyzm na arenie międzynarodowej z racji poruszenia przez Katalonię kostek domina w – być może – szeregu państw. Wybicie się na niepodległość Barcelony może się nam nie podobać z powodu możliwości otwarcia puszki Pandory. Mamy swoje – i to doprawdy uzasadnione – racje. Możemy nawet za ileś lat nie uznać nowego państwa na Półwyspie Iberyjskim. Ale trudno będzie powstrzymać ten proces, starannie wszak przygotowywany i mający olbrzymie poparcie w społeczeństwie. Należy brać pod uwagę – nawet jeśli nie będzie to nam się podobało z różnych względów – katalońskie samostanowienie. Wtedy, niezależnie od naszego sceptycyzmu, Polska będzie już nie piątym co do wielkości państwem UE – jak po Brexicie – ale czwartym. To byłby efekt odejścia z Królestwa Hiszpanii regionu liczącego ok. 7,5 mln Katalończyków. Skądinąd pamiętam jeszcze sprzed dziesięciu lat specjalnie kolportowane przez katalońskich europosłów mapy narodów Europy, na których liczbę obywateli Katalonii szacowano na 10,2 mln osób o takim właśnie poczuciu narodowym. Nawet jeśli jest ich blisko 3 mln mniej, i tak ta polityczna irredenta może nie tylko zmienić mapę Europy, ale i kolejność największych państw Unii.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane