"W nich cała nadzieja" jest opowieścią rozgrywającą się w przyszłości, w rzeczywistości postapokaliptycznej. Doszczętnie zrujnowaną Ziemię opuścił gatunek ludzki. Najmożniejsi mieszkańcy planety próbowali odnaleźć w kosmosie alternatywne miejsce do życia, jednak zginęli wskutek promieniowania. Pozostali, których nie było stać na taką podróż, polegli, poszukując schronienia. Ostatnią ocalałą jest Ewa, która żyje w bazie ponad skażoną strefą w towarzystwie robota. To jedyna pamiątka po ojcu, o którym słuch zaginął. Łaknąca bliskości i kontaktu z drugim człowiekiem kobieta nawiązuje dialog z maszyną. Szybko przekonuje się, jak niedoskonała jest technologia sztucznej inteligencji. Kiedy pewnego dnia robot zwraca się przeciwko Ewie, uniemożliwiając jej wejście do schronu, bohaterka na wszelkie sposoby stara się go przechytrzyć. Wysiłki te jedynie zaogniają konflikt, sprowadzają na kobietę kolejne śmiertelne niebezpieczeństwo.
Przez świat przedstawiony prowadzi widza Magdalena Wieczorek. Wykreowana przez nią Ewa to pełnokrwista, silna bohaterka, która mimo poczucia osamotnienia jest zdeterminowana, by walczyć o przetrwanie. Dla aktorki to kolejna wyrazista rola po raperce Zadrze, którą zagrała w ubiegłym roku w filmie muzycznym Grzegorza Mołdy.
- To role, na które się czeka, nawet o tym nie wiedząc. Na szczęście scenarzyści w naszym kraju coraz częściej piszą główne role dla kobiet. Niesamowite, że mogę brać w tym czynny udział. Nigdy nie spodziewałam się, że w tak krótkim czasie otrzymam dwie takie propozycje i że będę mogła spróbować swoich sił w różnych gatunkach. Oba filmy zbierają bardzo pozytywne recenzje. Jestem szczęśliwa, że tak się to potoczyło. Ale faktycznie "Robot", bo tak roboczo nazywaliśmy ten film, nie był wypadkową "Zadry". Nie znałam wcześniej reżysera filmu Piotra Biedronia. On również o mnie nie słyszał. Po prostu pewnego dnia zadzwoniła do mnie producentka Beata Pisula z propozycją nagrania self tape. Miałam 12 godzin, żeby nauczyć się siedemnastu stron A4 tekstu i nagrać scenę. Wszystko działo się na wariackich papierach, ale los sprawił, że znalazłam się na planie
– podkreśliła Wieczorek.
Nie ukrywa, że perspektywa bycia jedyną aktorką na ekranie oraz gry z robotem początkowo napawała ją przerażeniem. "Nie wiedziałam, że na planie będzie mi towarzyszył aktor, podrzucając tekst. Czułam na sobie ciężar tego zadania i byłam przestraszona. Jednak nie miałam zbyt wiele czasu na rozmyślania, bo dostałam rolę dwa tygodnie przed wejściem na plan. Musiałam szybko rzucić się w wir przygotowań, naukę tekstu. Postanowiłam przekuć stres i niepewność w działanie i sądzę, że to się opłaciło. Później, na planie, miałam wokół siebie wiele wspierających osób z różnych pionów produkcyjnych. Razem udało nam się dźwignąć ten film. Nie było tak, że sama to wszystko zrobiłam. Kiedy pojawiłam się w tej przestrzeni w charakteryzacji i kostiumie, to zadanie wydawało się już znacznie łatwiejsze" – wspomniała aktorka.
Obraz – będący pełnometrażowym debiutem reżysera – zrealizowano w ramach prowadzonego przez PISF programu produkcji filmów mikrobudżetowych, którego celem jest wsparcie młodych twórców. We wrześniu podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni otrzymał wyróżnienie w konkursie filmów mikrobudżetowych.
Wartość dodaną stanowił istotny społecznie temat.
- Katastrofa klimatyczna jest już faktem. Wspaniale, że Piotr Biedroń angażuje się w ekologię. Jest także pomysłodawcą i współzałożycielem BNP Paribas Green Film Festival. Uważam, że film o problemie globalnego ocieplenia, zrealizowany w konwencji science fiction, może przyciągnąć widzów do kin. Na pewno trafi do szerszego grona odbiorców niż dokument poruszający te same kwestie. Z moich obserwacji wynika, że ludzie chętnie wybierają się do kina, kiedy mogą w nim zobaczyć nowe twarze. A co dopiero jeśli pojawia się film zrealizowany w tak nietuzinkowej formie. Może polscy twórcy powinni częściej zwracać się w tę stronę. To jest trudne, wymaga wyobraźni, ale nie jest niemożliwe, co pokazał Piotr Biedroń
– zwróciła uwagę aktorka.
Ma ona już na swoim koncie nominację do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego dla młodych aktorów wyróżniających się wybitną indywidualnością. Jak przyznaje, to wyróżnienie motywuje do dalszych poszukiwań artystycznych, choć niekiedy rodzi presję. "Nie mam poczucia, że teraz ludzie mają wobec mnie więcej oczekiwań, ale sama zaczynam stawiać sobie bardzo wysokie wymagania. Zdarza się, że to utrudnia pracę lub wywołuje frustrację, gdy tych projektów nie ma. A zarazem czuję się zmotywowana, nie chcę zmarnować takiego startu. Staram się iść przez świat z wdzięcznością i pokorą. Uczestniczę w castingach, nie obrażam się, kiedy ich nie wygrywam, tylko czekam na mój moment. Głęboko wierzę, że projekty przychodzą do nas w odpowiednim czasie. Uzbrajam się w cierpliwość. Wydaje mi się, że aktorstwo to zawód dla wytrwałych" – oceniła.
Pytana o zawodowe marzenia, przyznaje, że chciałaby dalej grać silne kobiety.