Jak wojna wpłynęła na twoje prace? Czy w warunkach wojennych ma się w ogóle ochotę tworzyć?
Ołeksandra Werchowska: Tuż po wybuchu wojny kontynuowałam prace nad zamówionymi ilustracjami do jednego z magazynów. To była rutyna, która pomagała mi nie myśleć o tym wszystkim, co się działo na zewnątrz. Pracowałam ze schronu w Kijowie. Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, jaka będzie skala tej wojny. Ale z dnia na dzień napływały coraz bardziej zatrważające wiadomości. Ostatecznie pociągiem ewakuacyjnym pojechałam do Iwano-Frankowska (na zachodzie Ukrainy - PAP). Po przyjeździe zostałam wolontariuszką - szyłam różne potrzebne rzeczy dla wojska.
Jak narodził się pomysł, by szyć sukienki "ubrudzone wojną"?
Kiedy szyłam rzeczy dla wojska, czułam, że robię coś pożytecznego. Ale z drugiej strony nie mogłam pozbyć się z głowy tych wszystkich okropnych obrazów, które przyniosła wojna i które wstrząsnęły światem. To, co działo się np. w Buczy czy Mariupolu, nie dawało mi spokoju. Kiedy oglądałam zdjęcia i filmy z tych miast, nie mogłam sobie wyobrazić, jak można tam w ogóle przeżyć. Spalone domy, zabici ludzie, gruzy, ból i łzy. To siedzi w człowieku, nawet jeśli samemu jest się w miarę bezpiecznym. Czułam, że powinnam coś zrobić, by wyzwolić te wszystkie emocje. I tak wzięłam maszynę do szycia.
Która z sukienek powstała jako pierwsza?
Biała, spalona. Uszyłam ją jeszcze w Iwano-Frankowsku. Najpierw szyłam, potem farbowałam, paliłam. Cały ten proces czułam niemal na całym swoim ciele. Potem wróciłam do domu w Kijowie. Tam uszyłam drugą i trzecią sukienkę. Druga sukienka była biało-czerwona, a trzecia czarna, inspirowana Chersoniem. Bo te wszystkie tragedie (Mariupol, Bucza, Chersoń - PAP) miały miejsce dokładnie w takiej kolejności. Druga suknia to przede wszystkim opowieść o Buczy, ale oczywiście też o całej Ukrainie. Ta sukienka była dla mnie najtrudniejsza. Najdłużej ją też szyłam. Nie miałam manekina, więc cały proces twórczy odbywał się na mnie. Zakładałam ją na siebie i podskórnie czułam, gdzie muszę ją porwać, zniszczyć czy ufarbować. Można powiedzieć, że czułam ból Buczy na sobie.
Czy przed wojną coś szyłaś?
Nie. Ale moja babcia jest krawcową, pracowała w szwalni. Moja mama też trochę szyła. Ja sama nauczyłam się jakichś podstaw szycia jeszcze w szkole i myślę, że ta wiedza mi wystarczyła. Nie zależało mi, żeby sukienki były idealne. Wręcz przeciwnie. Bo wszystko, co się teraz dzieje wokół, jest tak niedoskonałe i tak inne, że chciałam to uchwycić.
Planujesz dalej rozwijać ten projekt?
Obecnie powstają szkice do nowej serii sukienek. Razem z fotografem Bohdanem Mahdychem zrobiliśmy specjalną sesję z sukienkami w roli głównej. Chciałabym, by projekt trafił na kilka wystaw.
O czym będzie twój nowy projekt?
Nowy projekt będzie miał nieco inny motyw przewodni. Będzie to głębsze, będzie dotykał korzeni, (mówił) o tym, kim jesteś, skąd jesteś, jaka krew w tobie płynie. Tu istotna też będzie kwestia języka, zachowania swojego dziedzictwa.