Koszulka NIEMIECKO - RUSKA SZAJKA TUSKA Zamów już TERAZ!

„Gazeta Polska”, czyli piękni dwudziestoletni

Wejść z hukiem na rynek, błysnąć paroma okładkami i imponującym nakładem. Potem zawrzeć parę cichych kompromisów, z czasem wychodzących na jaw. I zniknąć, jak każda jednosezonowa gwiazda w postkolonialnym kraiku. Ile takich gazet było w III RP? „Gaze

Krzysztof Sitkowski/GP
Wejść z hukiem na rynek, błysnąć paroma okładkami i imponującym nakładem. Potem zawrzeć parę cichych kompromisów, z czasem wychodzących na jaw. I zniknąć, jak każda jednosezonowa gwiazda w postkolonialnym kraiku. Ile takich gazet było w III RP? „Gazeta Polska” kończy 20 lat i jest trwałą instytucją Polski oszołomskiej, sfanatyzowanej i niezadowolonej. Niepodległościową wyspą na morzu badziewia III Rzeczypospolitej.

Stworzyć z niczego trwałą instytucję – to historia pojawiająca się w amerykańskich filmach jako opowieść o amerykańskim śnie w różnych wariantach. Zrealizować taki amerykański sen w postkomunistycznym kraju, gdzie rzeczywistość skrzeczy, a całe instytucjonalne i biznesowe otoczenie jest wrogie – to coś dużo trudniejszego niż kariera takiego czy innego ichniego Blake’a Carringtona. Nie wiem, jak poradziłby sobie Carrington w kraju, w którym trudno liczyć na bezstronność sądu, gdzie bank przyznając kredyt, kieruje się nie tylko kalkulacjami ekonomicznymi, gdzie reklamodawcę mogą łatwo zastraszyć, gdzie aparat urzędniczy pochodzi w większości z czasów komunistycznej okupacji…

A jak już trochę się uda, to zaraz nie brakuje pokus ze strony tych uprzywilejowanych: zmieńcie się w paru szczegółach, a dołączycie do nas, wam i waszym rodzinom będzie się żyło łatwo, miło i przyjemnie. 20 lat represji i pokus – to historia naszego tygodnika.

Mało otwarci

Cechą wyróżniającą kraje postkomunistyczne są rządy oligarchii, która wynajmuje sobie do zarządzania państwem grupowania udające prawicę, lewicę, związkowców, liberałów… Żeby wyglądało, że jest jak na Zachodzie.

„Gazeta Polska” była zawsze gazetą odważną – o tematach takich jak Żołnierze Wyklęci, lustracja, rodowody medialnych oligarchów, uwłaszczenie bezpieki, sprawa płk. Ryszarda Kuklińskiego, zachodnie artykuły o polskich obozach koncentracyjnych pisaliśmy, gdy było to skrajnym oszołomstwem. „Wszyscy” zaczynali pisać o nich ze średnio 10-letnim poślizgiem.

Ale „Gazeta Polska” pozostawała jednocześnie strażnikiem tego, by obóz niepodległościowy nie przekształcił się we własną karykaturę, realizującą cudze plany. Jak byłoby z ich punktu widzenia pięknie, gdyby patriotyczny elektorat udało się przekonać, że powinien walczyć z Żydami, zgniłym Zachodem, Ameryką, wszystkimi sąsiadami itp. A nie z postkolonialnym statusem Polski, z realną moskiewską agenturą będącą skutkiem półwiecza okupacji, z oligarchią służącą obcym. Dla niezorientowanych to niewielka różnica. W praktyce – być albo nie być obozu niepodległościowego.

Ileż to było prób zmieniania nam redaktorów naczelnych – na bardziej dynamicznych, nowocześniejszych, bardziej otwartych. Na co otwartych? No wiadomo – powiadano – na nowe technologie, bardziej światłych autorów, poszerzających spektrum... Ach tak, znaczy się na przyjaciół WSI, ślizgaczy, a może partyjnych aparatczyków? – Jak tak możesz! Ja miałbym cię do tego namawiać?! Te wasze obsesje...

Jakich to socjotechnik używano wobec nas w czasach, gdy dzisiejsze gwiazdy konserwatywnego dziennikarstwa po cichu przyznawały nam rację, ale – mrugały – nie możemy być przecież z wami kojarzeni, bo nikt nas nie będzie traktował poważnie. No, może czasem coś do was damy, pod pseudonimem. Bo wiecie, my na innym odcinku…

Wariaci przyciągają wariatów

Ten ostracyzm miał i swoje plusy. Nasz tytuł przyciągał młodych autorów o trochę innej konstrukcji psychicznej niż te wszystkie „Rzepy”, „Wprosty”, „Życia”, „Dzienniki”, „Uważam Rze”. Do nas trafiali odważniejsi, bardziej zwariowani, mniej przejmujący się zdaniem otoczenia. Ale z czasem przechodzili do nas także najlepsi z tamtych gazet, którzy gdy na serio traktowali tam swoją niezależność, szybko natrafiali na opór materii.

Najfajniej było obserwować, jak i tym młodym, i tym nowym u nas udzielało się nasze oszołomstwo. Na początku pisali ostrożnie, potem rozsmakowywali się w wolności. W tym, że u nas pisze się to, co się myśli. A nie zastanawia się, czy wrogowie będą nas poważnie traktować, zaproszą do swoich telewizji.

Widzieli, że nasi Czytelnicy premiują to pisanie bez hamulców. Łykali bakcyla wolności. Uczyli się wzruszać ramionami, usłyszawszy zarzut bycia oszołomem. Wyrabiali sobie poczucie wyższości w stosunku do mniej odważnych.

Jeszcze jedna z używanych przeciw nam socjotechnik – zarzut lizusów III RP, że jesteśmy gazetą partyjną. Bo kiedy wszystkie media kopią Kaczyńskiego czy Macierewicza, my nie demonstrujemy swojej „niezależności” od nich. Lecz odwrotnie, demonstrujemy niezależność od kolegów po piórze, którzy chcą układać się z kopiącymi, mrugać do nich okiem, przyznawać im trochę racji, wyważać. Jednym słowem – uciekać w bok, by mogli spokojnie skopać wroga, a nas przy tym nie było.

Jakaż bywa ich wściekłość, że pozostajemy nieprzemakalni na ich socjotechniki. Że nie dajemy się obierać z autorów jak cebula, co do których oni ogłosili, że są poniżej pewnego poziomu. Że jeśli ktoś z nimi się zadaje, to nikt go nie będzie traktował poważnie. O tym, z kim nam pod drodze, decydowaliśmy zawsze sami.

Carrington w połatanych spodniach

Co spowodowało, że amerykański sen na miarę biednego kraju nad Wisłą mógł się spełnić? I choć Carrington chadza nierzadko w połatanych spodniach, to jednak jego koncern rozwija się, gazeta zwiększa sprzedaż, jest już dziennik, portal, miesięcznik „Nowe Państwo”, internetowa telewizja, a niebawem ruszy Telewizja Republika?

Pamiętam, jak 20 lat temu jako pierwszy praktykant w historii redakcji zdziwiony byłem, dlaczego co tydzień przychodzą do niej setki starszych pań i panów, o dziwnych oczach. Potrzebowali rozmowy. Opowiadali historie swojego życia – wojna, powstanie, podziemie, więzienia UB, często zakopana gdzieś broń. O rodzicach, kolegach, którzy zginęli.

Chcę powiedzieć, że ten amerykański sen dla ubogich mógł spełnić się dzięki tym babciom, które przekazywały wnukom te stare historie. To oni stworzyli ten sławny twardy trzon „fanatycznych” czytelników „Gazety Polskiej”, z którego nasi konkurenci często się podśmiewają, a którego tak naprawdę cholernie nam zazdroszczą.

Pamiętam, jak śp. Jacek Kwieciński bał się o to, czy ciągłość niepodległościowej myśli zostanie zachowana, czy jego pokolenie wychowa następców. Wychowało – dzięki uporowi jednostek. A postawa Jacka stała się symbolem gazety-instytucji. To, że nie wyobrażał sobie, by w którymkowiek numerze „Gazety Polskiej” od 1993 r. nie było jego „Odcinków”. Jeśli wyjeżdżał na urlop, pisał na zapas – o książkach, historii, Ameryce, politycznej poprawności. Bo ciągłość to wartość.

Trochę zdrowego szowinizmu

Wiem, wiem, to strasznie różnie od modnego modelu warszawskiej kariery. Zaczynam pracę w korporacji na stanowisku średniego szczebla, rozwijam się, awansuję. Potem podkupuje mnie inna korporacja i daje lepszą pensję. Wytrzymam dwa lata i znowu skok do jeszcze większej.

Takie awanse są może i fajne w krajach o mniej skomplikowanej historii. U nas w przypadku dziennikarzy oznaczają przeważnie wtopienie się w bagienko III RP. Utratę prawdziwego sensu tej pracy.

Takie gazety – instytucje, redakcje, których się nie zmienia, to także wzorzec tamtego pokolenia. Symbolem tej postawy pozostaje najważniejszy polski Redaktor XX wieku – Mieczysław Grydzewski. W II RP wydający przez 15 lat „Wiadomości Literackie” (1924–1939). Gdy po wrześniu 1939 r. trafił na wygnanie, natychmiast powołał wydawane przez cztery lata w Paryżu, a potem Londynie „Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie” (1940–1944). W 1944 r. przydział papieru cofnęli im Brytyjczycy, bo pismo nie pozwoliło zamknąć sobie ust w sprawie Katynia. Grydzewski oszukał więc angielskie władze, wydając co miesiąc Bibliotekę „Wczoraj i Dziś”, w której ukazywała się książka o rozmiarach czterech numerów pisma. Tygodnik „Wiadomości” wznowił po wojnie w Londynie. Ukazywał się on przez 35 lat (1946–1981). Razem – 57 lat, z czego przez 42 lata w warunkach ekstremalnych, gdy nie istniało państwo polskie. Z niezmienną niepodległościową linią.

Wygrał? Przegrał? Po ludzku biorąc przegrał, nie dożył nawet III RP, nie mówiąc już o Polsce niepodległej, będącej realizacją linii „Wiadomości”. Wygrał jednak coś o wiele ważniejszego – przetrwanie idei polskiej niepodległości, polskich wartości, tradycji. Z tekstów publikowanych w „Wiadomościach” powstały setki książek pisarzy, z których dziś czerpie siłę nasz obóz.

Myślę, że z okazji tego 20-lecia „Gazeta Polska” powinna pokazać trochę zdrowego szowinizmu: nie jesteśmy tym samym co bogatsze, nowe konserwatywne tygodniki, którym życzymy jak najlepiej. Po prostu – jesteśmy sprawdzeni od dawna, dajemy gwarancję niesprzedajności. Tego, że jeśli zawierać będziemy kompromisy, to zawsze w imię idei odbudowy niepodległej Polski. Można nam w tej sprawie zaufać bardziej niż komukolwiek. Udowodniliśmy to przez te 20 lat jak NIKT inny.

 



Źródło: Gazeta Polska

 

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wideo