Przekaż 1,5% na media Strefy Wolnego Słowa. Dziękujemy! Dowiedz się więcej »

Referendum musi odzyskać blask. Pomysł? Prof. Górski: Znieśmy próg

Referendum z 2015 r. zepsuło ideę demokracji bezpośredniej, instrument kształtowania decyzji w państwie. Warto przemyśleć zniesienie progu, by ta instytucja nabrała większego politycznego znaczenia – mówi „Gazecie Polskiej Codziennie” prof. Grzegorz Górski, były sędzia Trybunału Stanu. Rozmawiał Grzegorz Wszołek.

Prof. Grzegorz Górski
GPC - GPC

Panie Profesorze, jesteśmy ponad miesiąc po referendum. Głosowanie na cztery pytania pozostało niewiążące z powodu frekwencji na poziomie 40,91 proc. To dużo i mało jednocześnie, biorąc pod uwagę wszystkie referenda, które odbyły się po 1989 r. Czy to jest tak, że nowa władza nie będzie musiała kierować się opinią ponad 12 mln Polaków w zakresie polityki migracyjnej, wieku emerytalnego czy prywatyzacji?

To zależy, jak spojrzymy na problem, bo przecież hipotetycznie – nawet gdyby się okazało, że referendum było wiążące, a rząd zupełnie inny od tego, który zachęcał do pójścia do urn – to byłoby respektowanie tej woli wyrażonej w referendum, która miałaby charakter wiążący. Oczywiście można też w innym wypadku na różne sposoby omijać wyniki i opinię Polaków. Z drugiej strony, to głos tak olbrzymiej liczby ludzi, przy jednak bardzo wysokiej frekwencji, rekordowym poziomie aktywności Polaków w procesie wyborczym, jest w pewnym sensie politycznym i tak wiążący. Bo ja sobie nie wyobrażam, by jakikolwiek rząd, który powstanie teraz czy może później, pozwolił sobie na bagatelizowanie woli obywateli wyrażonej przez 12 mln uprawnionych. Przypominam, że tak licznie Polacy nie decydowali po 1945 r. – ani w referendach, ani w jakichkolwiek wyborach. Wydaje się zatem, że każdy, kto chciałby machnąć na to ręką i powiedzieć, że tak naprawdę referendum nie było, popełni bardzo duży błąd polityczny.

Tylko jedno referendum – unijne – przekroczyło ledwo w ostatnich trzech dekadach próg 50 proc. – i to dlatego, że było dwudniowe. Jest to problem zaangażowania obywatelskiego?

Zrobiono bardzo wiele, by w Polsce idea referendum została ośmieszona, by nie powiedzieć: zohydzona. W wielu przypadkach rzeczywiście nie było politycznego konsensusu, w związku z czym one stawały się przedmiotem politycznej rozgrywki, a strony sporu politycznego w każdym momencie przyjmowały założenie, że najlepszą rzeczą, jaką można zrobić, jest zniechęcanie obywateli do głosowania, by obniżyć frekwencję. To rodzaj pewnej patologii w polskim życiu publicznym. To się zaczęło od poziomu samorządowego, w którym pierwotnie wymogi dotyczące progu były bardzo wysokie. W zasadzie rzadko które referendum dochodziło do skutku. Później to zostało w przepisach złagodzone, ale i tak te referenda nawet nie są rozpisywane, gdyż stają się rodzajem wyłącznie plebiscytu personalnego. I w tym sensie zadbano o to, żeby na przestrzeni ostatnich 30 lat w sposób bardzo skuteczny ludziom tę instytucję zohydzić. Dziś mało kto rozumie i patrzy na istotę referendum. Nie zwraca się uwagi, o co ktoś pyta, i nie próbuje się zająć w stosunku do zagadnień merytorycznego stanowiska, tylko po prostu walczymy ze sobą, by nie dopuścić do charakteru wiążącego. Jeżeli jednak w referendum uczestniczyło tak wielu Polaków, to politycy powinni tę wolę uszanować, niezależnie od tego, kto w danym momencie rządzi, a nawet czuć się związani deklaracjami, które padły w odpowiedziach. Tym bardziej gdy nie budziły one wątpliwości u odpowiadających na konkretnie zadane pytania.

A może pytania powinny być skonstruowane jak najkrócej i najprościej? W referendum 15 października początkowo prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił o jednej kwestii, a więc obowiązkowej relokacji imigrantów. I to byłby zapewne klucz do wyższej frekwencji niż ponad 40 proc.

Być może, tego się już nie dowiemy. Ale w moim przekonaniu to nie był główny problem. Mówiąc krótko, mieliśmy do czynienia z bardzo zdeterminowaną, zorganizowaną akcją przeciwko frekwencji w referendum, wspieraną zresztą też w moim przekonaniu z zewnątrz w sposób sprzeczny z polskim prawem. To po pierwsze. Po drugie, dochodziło do skandalicznych pytań sugerujących wyborcom, jak się mają zachować w lokalach wyborczych. Komisje robiły to nagminnie mimo oświadczeń PKW, która nawet w dniu wyborów zwracała uwagę na systemowe nieprawidłowości i naruszenia prawa w licznych przypadkach. Każdy, kto był w komisjach wyborczych, wie, że dostawał niedozwolone pytania ze strony wydających karty wyborcze dotyczące udziału w referendum. Tu upatrywałbym podstawowych przyczyn tego, że frekwencja 15 października okazała się zbyt niska, aby głosowanie miało charakter wiążący. I położyłbym nacisk wręcz na naruszanie prawa, związane z patologiczną działalnością olbrzymiej części komisji wyborczych.

Czyli Pana Profesora zdaniem pytanie komisji: "Czy życzy pan/pani sobie dodatkowego pakietu/karty do głosowania” mogło zmienić decyzję głosującego? W mediach pojawił się też inny argument na obronę członków komisji: że to było tak masowe, że po prostu ich nie przeszkolono.

Jeżeli kwestia dotyczyła tak wielu tysięcy osób, to osobiście wątpię, by w tak poważnym procederze wyborczym dobierano, za przeproszeniem, osoby mało inteligentne. Czy którykolwiek członek komisji wyborczej pytał pana i setki tysięcy innych głosujących, czy życzą sobie pakietu z wyborami do Senatu? No właśnie, nie. Zaręczam panu, że gdyby takie pytania padały, to mielibyśmy niesamowity, medialny krzyk i olbrzymią akcję, która sugerowałaby, że komuś zależało na tym, ażeby sparaliżować wybory do izby wyższej parlamentu. To są rzeczy absolutnie niedopuszczalne.

To było pierwsze referendum w połączeniu z wyborami. Może stąd zamieszanie, które warto wyeliminować na przyszłość?

Tak, ale w wyborach samorządowych standardowo dostajemy trzy, cztery kartki i nigdy nie spotykałem się z takimi sytuacjami, żeby ktokolwiek w komisji wyborczej zadawał pytanie ludziom: „Czy chce pan głosować w wyborach do powiatu” albo „Czy woli pan na burmistrza swojej gminy głosować, czy może nie chce pan głosować?”. Absurd. To także byłoby uznane za ingerowanie przez komisję wyborczą w proces wyborczy.

W referendum z września 2015 r. wzięło udział zaledwie 7,80 proc. uprawnionych, by wypowiedzieć się w temacie JOW-ów czy finansowania partii politycznych z budżetu. Tak fatalna frekwencja wynikała z pomysłu inicjatora Bronisława Komorowskiego, który walczył o głosy w drugiej turze wyborów prezydenckich, czy Polacy i tak nie są chętni do udzielania odpowiedzi na pytania w zakresie ustrojowym?

Na fatalnym wyniku frekwencyjnym w 2015 r. zaważyły polityczne okoliczności – ogłoszono je między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich po to, by urzędujący prezydent zdobył głosy trzeciego w wyścigu Pawła Kukiza. Ostatecznie się nie udało – jak widać, nawet ogromna część elektoratu Bronisława Komorowskiego nie poszła na referendum. Było ono organizowane w fatalnej atmosferze politycznej, kompletnie bez znaczenia. I to wspomniane wydarzenie również przyczyniło się do obniżenia atrakcyjności czy zaufania do instytucji demokracji bezpośredniej. Referendum z 2015 r. zepsuło tę ideę, instrument kształtowania decyzji w państwie. Jeżeli mielibyśmy patrzeć na szersze źródła zjawiska dotyczące frekwencji, tamto głosowanie wydatnie się przyczyniło do mniejszego zainteresowania głosowaniem.

Co zmienić w instytucji referendum, by zyskało na znaczeniu? Czy nie jest zbyt wysoko zawieszona poprzeczka z progiem ponad 50 proc., oznaczającym, że referendum jest wiążące?

W 1997 r. odbywało się referendum konstytucyjne, którego ważność nie była limitowana jakimkolwiek progiem. Ta interpretacja, w której ważność ponad 50 proc. uczestników głosowania miała nie obowiązywać, była bardzo dużym nagięciem prawa i ducha konstytucji zresztą. Zrobiono wyjątek dla sprawy najważniejszej, fundamentalnej dla każdego państwa. Zniesiono limit, a i tak głosowało dużo poniżej 50 proc. uprawnionych. A było wiążące, ponieważ lekką przewagę uzyskali ci, którzy chcieli nowej ustawy zasadniczej. Najważniejszy akt prawny w Polsce obowiązuje. Czy w sprawach mniej ważnych przyjęcie mniejszego progu lub konsensusu, że niezależnie od frekwencji wyniki referendum będą wiążące w poczynaniach polityków u władzy, byłoby dobrym pomysłem? Wówczas ta instytucja nabrałaby większego znaczenia politycznego. Spór o kwestie stawiane w referendum byłby merytoryczny, a nie dotyczył wyłącznie tego, czy ktoś pójdzie zagłosować, czy też nie.
 
Kukiz’15 niegdyś postulował obligatoryjne referenda w miastach i gminach ws. budżetu. Czy obowiązkowe rozpisanie referendum w polityce centralnej – np. co cztery lata – zdałoby egzamin?

To trochę tak jak z dyskusją o obowiązkowym udziale w wyborach, co funkcjonuje w niektórych krajach. Okazało się, że głosowanie na rządzących się upowszechniło i już nie mamy problemu z frekwencją. W moim przekonaniu narzucanie obowiązku udziału w referendum jest pozbawione sensu, ale już o zniesieniu progu można na poważnie dyskutować. Obawiam się, że żadna siła polityczna nie zdobędzie się na takie rozwiązanie.

 


Partner „Gazeta Polska Codziennie”
W ramach projektu Fundacji Niezależne Media 
Akademia Demokracji – Referendum

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#AkademiaDemokracjiReferendum

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Moduł komentarzy jest w trakcie przebudowy.
Prof. Grzegorz Górski
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo