Clifford Chance i kagiebiści od remontu Tu-154 » czytaj więcej w Gazecie Polskiej! Więcej »

Prezydent Tadżykistanu już nie nazywa się Rachmonow

Po 24 lutego 2022 r. zaczęło się nowe globalne rozdanie geopolityczne. Częścią tych zmian są też ruchy „tektoniczne” w Azji Środkowej, a więc w tradycyjnym obszarze wpływów najpierw caratu, czyli Białej Rosji, później Związku Sowieckiego, czyli Czerwonej Rosji – żeby użyć definicji historyka Jana Kucharzewskiego – wreszcie Rosji Putina.

Zmiany te mogłem obserwować w czasie 22 wizyt w sześciu krajach tego regionu w ciągu trzech dekad. Także podczas ostatniego pobytu w Uzbekistanie i Tadżykistanie. Przeważnie nie są to zmiany spektakularne, często są wynikiem wieloletnich procesów. Są jednak coraz bardziej widoczne. Dotyczą choćby coraz mniejszej znajomości języka rosyjskiego u ludzi młodych, a przecież przez sto kilkadziesiąt lat w Azji Centralnej była to „lingua franca”, ale też wyznacznik przynależności do elity.

Stopniowo coraz silniejsze są też wpływy islamu. W Tadżykistanie słyszałem, jak młodzi ludzie rozpoczynają rozmowy od pozdrowienia „salam alejkum”. Oczywiście przykład Ramzana Kadyrowa pokazuje, że można mocno podkreślać swoją muzułmańską identyfikację religijną, a jednocześnie wspierać ideę imperialnej Rosji. W wymiarze społecznym, cywilizacyjnym większa rola islamu oznacza jednak „otwarcie drzwi” na Turcję w przypadku państw Azji postsowieckiej (Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan, Kirgistan) czy na kraje arabskie, przede wszystkim Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Iran (Tadżykistan).

Wojna – czuć ich strach i bezradność

Tadżycy, z którymi rozmawiałem, dobrze sytuowani, w przeszłości związani z władzą, mówią, że wojna w Europie Wschodniej powinna się jak najszybciej skończyć i że nikomu ona nie służy. Dopiero po chwili dociera do mnie, że mobilizacji podlegali lub podlegają Tadżycy mieszkający w Rosji, mający często podwójne obywatelstwo (Federacji Rosyjskiej i Tadżykistanu). Bywa, że są to ich własne wnuki, wnuki członków rodziny lub sąsiadów. Czuć ich strach i bezradność, ale też ostrożność – wolą nie oskarżać o to ani Putina, ani Kijowa.

O Polsce mówi się tu z szacunkiem i uznaniem. W każdym z krajów Azji Centralnej jest sporo osób polskiego pochodzenia, często potomków tych wywiezionych tu w latach 30., gdy pod pretekstem walki z polską „Dwójką”, czyli naszym wywiadem penetrującym szeregi partii komunistycznej w Ukraińskiej i Białoruskiej Republice Sowieckiej, zabito lub wywieziono około 1,5 mln (!) naszych rodaków z dawnych Kresów Wschodnich RP. To potomkowie Polaków, do których Rzeczpospolita nie wróciła po nieszczęsnym traktacie ryskim. Sam pamiętam ogromną liczbę polskich nazwisk w spisach wyborców podczas wyborów w stolicy Uzbekistanu Taszkiencie, gdzie byłem oficjalnym obserwatorem z ramienia Parlamentu Europejskiego.

W uwiecznionej przez Ksawerego Pruszyńskiego Samarkandzie nie ma już trębacza – postaci z legendy łączącej Rzeczpospolitą z tym terytorium na końcu świata. Kontrola paszportowa na lotnisku, trzeba przyznać bardzo czystym, jest powierzchowna. W mieście jest niemało hoteli na różną kieszeń. O postępującej islamizacji świadczy to, że bardzo wiele kobiet – tak jak w sąsiednim Tadżykistanie – chodzi w chustach. A w centrum i na przedmieściach co rusz spotykam „halal markety” oferujące jedzenie na islamską modłę.

Odcinanie pępowiny z Moskwą

Mijam hotel Ulukbeg. Kieruję się na granicę uzbecko-tadżycką, położoną niedaleko Samarkandy. Przede mną cztery godziny jazdy samochodem do Duszanbe. Z okna samochodu widzę wiele zadbanych domów. Jest schludnie i czysto, ale droga kontrastuje z otoczeniem: potwornie na niej trzęsie. Przy samym wyjeździe z Samarkandy droga jest tak szeroka, że może spokojnie pomieścić trzy pasy w każdą stronę, tyle że… nie są one oznakowane. Nieznający języków Polak w Tadżykistanie nie zginie: widzę neony z napisami jakby żywcem wyjętymi z Polski: „reklama” i „mebel”.

Jedziemy przez góry słynną Silk Road, a więc historycznym Jedwabnym Szlakiem, który teraz ma znowu zyskać na znaczeniu. Zanim jednak w wąwozie zamkniętym z obu stron przez wysokie góry stanąłem oko w oko z zapierającym dech krajobrazem, przejechaliśmy przez granicę państwową Uzbekistanu i Tadżykistanu.

Jeszcze niedawno stosunki między tymi państwami o różnej, bo turecko-perskiej tradycji były napięte. Zmiana na stanowisku prezydenta w Taszkiencie, gdzie rządzącego przez 27 lat Isloma Karimowa (w latach 1989–1991 I sekretarz KC Komunistycznej Partii Uzbeckiej SRR; 1990–1999 – prezydent Uzbeckiej SRR; 1991–2016 – prezydent Uzbekistanu) zastąpił Szawkat Mirzijojew, pozwoliła na normalizację stosunków z Duszanbe, w którym od 31 lat (1992–1994 tymczasowa głowa państwa; od 1994 prezydent Tadżykistanu) rządzi prezydent Emomali Rahmon.

To też przykład odcinania kulturowej pępowiny łączącej azjatyckie, muzułmańskie narody z Rosją. Prezydent nazywał się kiedyś Rachmonow, a potem w ramach tadżykizacji nazwisk i powrotu do źródeł „unarodowił” nazwisko na Rahmon. Wywodzący się z KPZR aparatczyk potrafił wyczuć, w jakim kierunku wieją polityczne wiatry, dlatego też jeśli ostatnio pozwolił sobie na publiczne zbesztanie Putina, to pewnie nie wierzy, że Rosja może się wzmacniać, wręcz przeciwnie.

Poznałem go w zeszłej dekadzie, gdy przyjął oficjalną delegację europarlamentu. Ożywił się natychmiast, gdy usłyszał, że jestem z Polski, i wyraźnie wolał od tego momentu rozmawiać z Polakiem, przedstawicielem kraju mającego choć w części podobne doświadczenia historyczne, niż z europosłami Europy Zachodniej.

Na granicy: podróż do komunizmu...

Granica między państwem Uzbeków a Tadżyków wprost przypomina czasy głębokiego komunizmu. Muszę wysiąść z samochodu i pokonać kilkadziesiąt metrów na piechotę, aby poddać się, jeszcze po stronie uzbeckiej, trzem kontrolom: dwóm paszportowym i jednej bagażowej. Pogranicznicy są mili i ciepło reagują na polski paszport.

Skontrolowany i prześwietlony wychodzę na pas ziemi niczyjej niczym z filmów o przekazywaniu sobie przez dwa mocarstwa więźniów (zakładników). Po stu kilkudziesięciu metrach dochodzę do punktu granicznego po stronie Tadżykistanu. Znowu dwie kontrole, a następnie ze 20 minut czekania, aż służby obu państw sprawdzą samochód, którym jechałem, i mojego kierowcę. Czas oczekiwania umilam sobie oglądaniem fotografii obu prezydentów. Tadżyk jest wyraźnie wyższy i roślejszy od Uzbeka. Jest też bardziej eksponowany. W zasadzie nie ma tu zdjęć, na których by nie był.

Później dopiero usłyszę od przyjaciół, że uratował mnie paszport dyplomatyczny. Opowiadają mi o człowieku, który mając ważną wizę, chciał przekroczyć samochodem granicę między Uzbekistanem a Kazachstanem. Stał blisko 10 godzin, a i tak uratowała go dopiero interwencja polskiej ambasady w Astanie – bez niej granicy by nie przekroczył. Tego nie czują politycy, biznesmeni, turyści lądujący na lotniskach w Azji Środkowej, gdzie przejście kontroli paszportowej jest formalnością (jeśli spełnia się wszelkie wymogi).

Jedwabny Szlak, pionowe ściany gór – ludzie i samochody są maleńkie w tym wąwozie. Przejazd tędy to czas pokory człowieka wobec przyrody.

Jednak czas pokory wobec Rosji kończy się tutaj chyba definitywnie.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

#Gazeta Polska Codziennie

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Ryszard Czarnecki
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo