Zombi w Los Angeles
Z jednej strony piękne Beverly Hills, a z drugiej – przerażające doświadczanie kontaktu z ludźmi, którzy ulegli całkowitej degradacji, są zniszczeni, i niestety agresywni.
Z jednej strony piękne Beverly Hills, a z drugiej – przerażające doświadczanie kontaktu z ludźmi, którzy ulegli całkowitej degradacji, są zniszczeni, i niestety agresywni.
Zasadnicza federacyjna myśl Marszałka Piłsudskiego była i jest jedyną słuszną. Jedyną realistyczną.
Tydzień temu pisałem o tym, jak w sieci zaczynają działać samorzutni „agenci Moskwy”. Nie wiedziałem wtedy, że to tylko wstęp. Obecnie media społecznościowe są pełne prorosyjskich treści. Nie można zatem przegapić ważnych momentów w wojnie informacyjnej.
„W zaciszu placyku, gdzie dobra biskupie, / usiadł raz sobie krakowiak na d…”.
Film, który właśnie wszedł na polskie ekrany, stanowiący hagiograficzno-gloryfikującą, popkulturową wersję „żywota Gierka”, to jedynie objaw choroby, która toczy świadomość Polaków już od trzech dekad.
7 stycznia 1949 roku zamordowano Jana Rodowicza „Anodę”. Ciało bohatera Szarych Szeregów, żołnierza AK, zostało skrycie przewiezione na cmentarz i pochowane w bezimiennym grobie, tak aby i pamięć o nim zaginęła. Ale nie zaginie, tak jak i pamięć o innych bohaterach zamordowanych przez funkcjonariuszy komunistycznych służb UB i SB. To, że o tę pamięć się dba, jest jedną z największych wartości ostatnich lat w Polsce.
- Sytuacja, w której Unia Europejska zostawia nas de facto na lodzie w kwestii przyjmowania uchodźców, po raz kolejny, niestety, wskazuje, że jesteśmy tam traktowani jako państwo „drugiej kategorii”. Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, Hiszpania czy Włochy, po przyjęciu w ciągu dwóch miesięcy ponad 2 mln uchodźców nie dostały specjalnego unijnego wsparcia finansowego. I to liczonego w miliardach euro. Oraz przekazanego jako odrębna pomoc, a nie wskazanie z której „szufladki unijnej” kasę wyjąć, aby przełożyć do drugiej - pisze w komentarzu dla portalu niezalezna.pl publicysta Tomasz Łysiak.
Wszystko to, o czym mówiliśmy i pisaliśmy w tygodniku „Gazeta Polska” (i w mediach Strefy Wolnego Słowa), dziesiątki tekstów, artykułów i esejów, wszystkie te ostrzeżenia, analizy i opisy agresywnej od wieków Rosji, okazało się właśnie, na naszych oczach… prawdą. Jednak nie satysfakcję proroka, którego słowa się spełniają, czuje się w chwili, w której Rosja bombarduje ukraińskie miasta i zabija ludzi. Czuje się żal i złość. Czemuście nas nie słuchali? – chce się aż wykrzyczeć w stronę tych wszystkich, i w kraju i zagranicą, którzy twierdzili, że Rosja się zmieniła i że należy budować z nią dobre relacje oraz jej zaufać. A także w stronę tych, którzy budowali te relacje z wielu powodów, w tym handlowych, biznesowych czy politycznych. Teraz nagle robią tacy „antyrosyjscy”.
W tekście Manifestu Styczniowego, napisanego przez poetkę Marię Ilnicką, najprawdopodobniej przy współudziale jej brata Jana Majkowskiego, znaleźć można nie tylko odniesienia do branki do wojska rosyjskiego, ale też wielu innych prześladowań, okrucieństw i morderstw dokonanych przez Moskali na Polakach. Gdyby chcieć streścić ów Manifest, gdyby chcieć zamknąć jednym słowem to, co przyświecało naszym rodakom, gdy chwytali za broń, to dałoby się to uczynić korzystając z jednego, prostego słowa: „Nie”. Ma ono wielką siłę.