Kto wymyślił Europejczyków i ich standardy

Pycha. Według powszechnego przekonania kroczy przed upadkiem.

Pycha. Według powszechnego przekonania kroczy przed upadkiem. Historia w pewien sposób potwierdza to przekonanie, ukazując historię państw i narodów, które były wielkie, a po których niejednokrotnie pozostały jedynie nieliczne artefakty ekscytujące wyłącznie archeologów i historyków.

Są narody, które upadały i z upadku się dźwigały, dając świadectwo wewnętrznej siły. Taki los był i naszym, Polaków udziałem. I chyba w zawodach tych przez mistrzynię życia Historię organizowanych powinien (niestety) przypaść nam puchar z napisem „Za zajęcie pierwszego miejsca”. Nam udało się powstać z kolan po raz kolejny, inne jednak narody europejskie najwyraźniej podźwignąć się nie mogą lub też nie chcą. Co gorsza, zaczynają przekonywać, że pozycja to wspaniała, wygodna i godna, że wszyscy tak powinni, ba – wręcz muszą.

Standardy, ale jakie?

Jednym z argumentów wytaczanych przeciwko polskiemu rządowi, konsekwentnie odmawiającemu udziału w niszczeniu cywilizacji europejskiej, jest stwierdzenie wręcz – jak sądzą posługujący się nim – nieodparte. Otóż Niemcy, Francja, Belgia i inne państwa starej Unii twierdzą, że Polska musi przestrzegać „standardów europejskich”. Usłyszawszy owo potężne „A”, próżno jednak czekać na kolejne głoski. Owe twarde standardy stają się jakieś takie mgliste, niedookreślone. Europejscy mężowie stanu zdołali ostatecznie wydusić z siebie, że chodzi o „solidarność europejską”. Ciekawe, czy mówiąc to, mają na myśli również postawę Francji i Wielkiej Brytanii w 1939 r.? A może mówiąc, że Polska musi przestrzegać ustaleń, bo przecież pacta sunt servanda, odwołują się do Karty Atlantyckiej, w której USA i Zjednoczone Królestwo uroczyście zapewniły, że żadnemu państwu biorącemu udział w wojnie z III Rzeszą nie zostanie narzucona niechciana przezeń forma rządów, żadne też z państw napadniętych przez III Rzeszę nie poniesie strat terytorialnych? A już z pewnością przypominają sobie owego ducha solidarności, jaki towarzyszył im w czerwcu 1946 r., gdy ulicami Londynu w paradzie zwycięstwa przemaszerowali żołnierze 30 państw biorących udział w wojnie światowej po stronie aliantów.

Byli dzielni żołnierze z Fidżi i Seszeli, wykluczono Polaków – by w imię europejskiej solidarności nie irytować Stalina.

Nie czytali Sienkiewicza

A wracając do Karty Atlantyckiej, nowoczesnego wyrazu myśli liberalnej i demokratycznej. Ciekawe, czy którykolwiek z jej twórców i sygnatariuszy zdawał sobie sprawę, w jak dużym stopniu powtarzała ona koncepcje chrześcijańskie wynikające z doktryny wojny sprawiedliwej św. Augustyna oraz – szczególnie – poglądy Pawła Włodkowica. To właśnie bowiem kanonik krakowski w 1415 r., stojąc niemal samotnie w obliczu cesarza, papieża, licznych książąt Kościoła i świeckich, sformułował i dobitnie wypowiedział przekonanie o niezbywalnym i nienaruszalnym prawie narodów do suwerennego wyboru formy ustrojowej własnego państwa.

To zachodnia Europa przez następne wieki uparcie trzymała się koncepcji, że od woli władcy zależy nie tylko ustrój i organizacja państwa, ale również religia, jaką wyznawać mogą poddani.
Dzisiejsi eurokraci zachowują się dokładnie jak Krzyżacy, przeciwko którym na soborze w Konstancji wystąpił Paweł Włodkowic: przyznają sami sobie mandat i prawo do decydowania w imieniu narodów o kształcie ich państw, o modelu relacji społecznych, o sposobie działania instytucji państwowych. Zapewne nie czytali powieści Henryka Sienkiewicza i nie znają słów, które polski noblista włożył w usta króla Władysława Jagiełły stojącego nad trupem Ulricha von Jungingena, wodza antypolskiej koalicji europejskiej: „Oto jest ten, który jeszcze dziś rano mniemał się być wyższym nad wszystkie mocarze świata”.

Na peryferiach Europy

I doszliśmy do kolejnego ze „standardów europejskich” – wolności osobistej. To bowiem właśnie król Władysław Jagiełło powinien być patronem przyrodzonych, nienaruszalnych, niezbywalnych i uniwersalnych indywidualnych praw człowieka. W nadanym przez niego w latach 1430–1433 przywileju jedlneńsko-krakowskim zawarte zostały prawa do wolności, do nietykalności cielesnej, do sprawiedliwego procesu.

Oczywiście, że prawa te przysługiwały tylko rycerstwu – ale pamiętać należy, że w owym czasie rycerstwo stanowiło powyżej 10 proc. populacji zamieszkującej ziemie Królestwa, że w następnych latach owe prawa rozciągane były na kolejne kategorie ludności, zwłaszcza w Wielkim Księstwie Litewskim. W rezultacie, na przełomie XVI i XVII stulecia unikatowe w skali ówczesnego świata prawa dające wolność osobistą objęły ok. 12–13 proc. ludności Rzeczypospolitej będącej wówczas największym państwem Europy.

Dla całości obrazu zobaczmy, jak to wyglądało w krajach, których przywódcy mówią o przywracaniu praworządności w Polsce i ubolewają, że Polacy tracą okazję, by siedzieć cicho. We Francji każdy poddany królewski mógł być uwięziony na podstawie listu królewskiego, będącego prostym wyrazem woli monarchy, by ktoś znikł – na kilka miesięcy, lat, na całe życie. Bez procesu, dowodów, sądu. Stan ten zmieniła dopiero konstytucja francuska z września 1791 r. Gwarancje wolności osobistej dawała też angielska Magna Charta (1215 r.), choć jej postanowienia monarchowie nieustannie starali się kwestionować, omijać lub łamać i dopiero Habeas Corpus Act z 1679 r. ostatecznie zagwarantował obywatelom prawo do sądu. I była jeszcze węgierska Złota Bulla króla Andrzeja II, również zawierająca gwarancje wolności. Gdy umieścimy te akty na mapie Europy, zobaczymy, że powstawały one na jej peryferiach, gdzie tradycje wolności tworzone i kultywowane były przez ludzi pogranicza, dla których wolność osobista była fundamentem świata.

Instynktowna sympatia

I jeszcze jedna niezwykła koncepcja: państwo jest wytworem woli i pracy wspólnoty, najczęściej narodowej. Nie jest własnością cesarza czy króla, nie konstruują go zaciężne regimenty czy małżeńskie koligacje. Państwo to nie ziemia, instytucje, panujący, państwo to ludzie i ich pamięć, ich uczucia i działania. Dziś to takie oczywiste, w lipcu 1797 r. był to absolutny przełom w myśleniu o relacjach obywateli, wspólnoty z państwem. A najwspanialsze jest to, że taką nowatorską myśl Józef Wybicki zdołał zawrzeć w jednej strofie żołnierskiej piosenki: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy…”.

W tym roku po raz pierwszy na Wyspach Brytyjskich, z inicjatywy ambasadora RP Arkadego Rzegockiego odbył się Polish Heritage Day (dzień polskiego dziedzictwa). Było pięknie, biało-czerwono, kolorowo i radośnie. Były ludowe stroje, śpiewy, pierogi, lepienie garnków, dziecięce zabawy i przyjacielskie rywalizacje dorosłych. To wspaniały początek cyklicznej imprezy. I warto w jej kolejnych edycjach pokazać, że Polska to kraj nie tylko szanujący swoją tradycję, lecz także to Naród i państwo mające istotny, niepowtarzalny wkład w budowę cywilizacji łacińskiej. Wszak Brytyjczykiem był Gilbert Keith Chesterton, który powiedział takie oto słowa: „Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń miotanych przeciwko niej; i – rzec mogę – wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski”.

 


Źródło:

#Europa #Polska

Tomasz Panfil
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo