MON pokazał posłom Platformy dokumenty. Ci wyszli z budynku i zaczęli... pleść bzdury!

  

Ministerstwo Obrony Narodowej nie miało nic do ukrycia i pokazało dzisiaj grupce posłów Platformy Obywatelskiej dokumenty związane z przetargiem na caracale. Ci jednak wykorzystali gest dobrej woli do perfidnej gry politycznej. Po wyjściu z gmachu MON zorganizowali briefing prasowy, w którego trakcie manipulowali faktami lub wręcz podawali nieprawdę.

Pięcioro posłów PO odwiedziło dzisiaj siedzibę MON w Warszawie, by zapoznać się z dokumentami z postępowania na śmigłowce, w którym poprzedni rząd wskazał maszyny H225M Caracal produkcji Airbus Helicopters; do realizacji umowy nie doszło. Niestety, najwyraźniej nie mieli zamiaru na merytoryczną dyskusję. Za pomocą insynuacji, czy wręcz kłamstw, zaatakowali kierownictwo MON.

- Można postawić tezę, że w MON powstał alternatywny ośrodek decyzyjny, coś na kształt grupy trzymającej władzę, która poza oficjalnymi kanałami prowadziła nieformalny nadzór nad postępowaniem na śmigłowce Caracal - insynuował w ordynarny sposób poseł PO Cezary Tomczyk.


- Do dokumentacji miał dostęp nie tylko pan Berczyński, również pan Kazimierz Nowaczyk (członek komisji) oraz również pan Bartłomiej Misiewicz (b.rzecznik MON) - powiedział Tomczyk.


Fot. Tomasz Hamrat

Jeszcze dalej posunął się poseł PO Marcin Kierwiński.
- Nie ma informacji o tym, że osoby te zostały całkowicie sprawdzone przez polskie służby specjalne i uzyskały stosowne certyfikaty bezpieczeństwa. Jest to o tyle ważne, że mówimy o osobach, które posiadają także obywatelstwo innego kraju - podkreślił poseł Platformy, który zastanawiał się, czy nagła rezygnacja Berczyńskiego z kierowania podkomisją do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej i jego wyjazd z kraju był spowodowany tym, że udzielił wywiadu ws. caracali, czy "może tym, że tego certyfikatu po prostu uzyskać nie mógł".

Po briefingu posłów PO, z dziennikarzami spotkali się wiceministrowie obrony narodowej Bartosz Kownacki i Michał Dworczyk. Przyznali, że ze zdumieniem słuchali słów polityków Platformy. Podkreślili, że przez wiele dni gromadzono dokumenty, aby przedstawiciele opozycji mogli się z nimi zapoznać. Przypomnieli, że za rządów PO standardy były całkowicie inne, bo posłom PiS wielokrotnie odmawiano dostępu do ważnych dokumentów.

- Nie mamy nic do ukrycia, jesteśmy transparentni - stwierdzili.


Odnieśli się do tego co zaprezentowali parlamentarzyści PO po wyjściu z MON.

- Wszystkie osoby wymienione przez polityków PO jako mające wpływ na przebieg negocjacji offsetowych, czyli dr Berczyński, dr Nowaczyk i dyrektor Misiewicz, nie miały nic wspólnego ani z dokumentacją dotyczącą postępowania offsetowego, ani samym postępowaniem offsetowym - powiedział minister Dworczyk zwracając, że już kilka razy dementowano te nieprawdziwe informacje.

- Były szef podkomisji smoleńskiej Wacław Berczyński, jego zastępca Kazimierz Nowaczyk i b. szef gabinetu politycznego MON nie mieli nic wspólnego z negocjacjami offsetowymi, a jedynie dostęp do archiwalnych dokumentów dot. wyboru śmigłowców - wyjaśniał wiceszef MON Michał Dworczyk.


- Ministerstwo gromadziło wiele dni dokumentację, to kilka tysięcy strony, a posłowie opozycji nie byli nimi zainteresowani wgląd w większość tej dokumentacji - zwrócił uwagę minister Kownacki.


Fot. Tomasz Hamrat

- Niestety, jest drugi fakt pokazujący jakość opozycji. W trakcie dzisiejszego spotkania państwo z Platformy Obywatelskiej prosili o dodatkowe materiały, my prosiliśmy o chwilę czasu, aby przekazać informacje. W drugiej części spotkania odpowiedź została udzielona - wyjaśniał minister Kownacki. Chodziło m.in. o dostęp dr Berczyńskiego do informacji niejawnych i pokazał stosowane dokumenty.

- Mam nadzieję, że posłowie Platformy teraz przeproszą za podawanie nieprawdziwych informacji - dodał minister.



Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP,tvp.info,niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Zatrważający odsetek deklarujących chęć sprzedania głosu. Socjologowie wskazują na... niski wynik

/ pixabay.com/@janeb13

  

Z opublikowanego we wtorek sondażu Filii Gallupa wynika, że „11 proc. ankietowanych dorosłych obywateli Bułgarii jest gotowych sprzedać swój głos w nadchodzących w niedzielę wyborach samorządowych”. Socjologowie zgodnie wskazują, że to względnie niski odsetek.

81 proc. ankietowanych twierdzi, że nigdy nie sprzedałoby głosu, a 8 proc. nie jest w stanie zdecydować. 

Wśród tych, którzy z pewnością udadzą się na wybory, odsetek przyznających się do gotowości sprzedaży głosu wynosi jedną dziesiątą. Spekulacją jest szacowanie, ilu w rzeczywistości jest gotowych głosować za pieniądze lub pod przymusem, gdyż nie wszyscy przyznają się do tego

- wynika z badania.

Najwyższy odsetek osób deklarujących gotowość do sprzedaży głosu występuje w najuboższych grupach ludności, w tym wśród Romów, którzy stanowią według szacunków ok. 20 proc. ludności Bułgarii.

W środowisku romskim gotowość do sprzedaży głosu wynosi ok. 40 proc. Według autorów badania gotowość ta najwyższa jest wśród młodych i, jak wskazują socjolodzy, wynika z sytuacji demograficznej i coraz silniejszej gettoizacji Romów.

Innym czynnikiem zniekształcającym wyniki wyborów jest głosowanie pod przymusem. Odnotowano je w małych miejscowościach z jednym przeważającym pracodawcą, niezależnie czy jest to przedsiębiorstwo prywatne czy samorządowe. W ostatnich latach sygnalizowano wiele przypadków, kiedy miejscowej ludności grożono zamknięciem zakładu lub niewypłaceniem pensji za „nieprawidłowe” wyniki wyborów.

Cena głosu w obecnych wyborach według Gallupa wynosi 150-200 lewów (75-100 euro). Minimalna płaca w Bułgarii obecnie to 510 lewów (255 euro).

Zjawisko kupowania głosów pojawiło się w Bułgarii zaraz po transformacji politycznej z 1989 r. Objęło romskie dzielnice i małe miejscowości. Na początku rozdawano tam żywność, a później pieniądze. W niektórych dzielnicach romskich masowo umarzano rachunki za prąd. W środowiskach romskich pojawili się tzw. dealerzy, sterujący głosowaniem. Trudno powiedzieć, czy z dużych sił politycznych są takie, które nie korzystałyby z tej praktyki.

Kilka lat temu parlament zmienił kodeks karny i wprowadził penalizację sprzedaży i kupna głosu. Obecnie każdy spot wyborczy w radiu i telewizji obowiązkowo powinien kończyć się sformułowaniem: „Kupno i sprzedaż głosu są przestępstwami”. Według socjologów w pewnym stopniu ograniczyło to skalę zjawiska, ale jest ono dalekie od zniknięcia.

Sondaż przeprowadzono wśród 796 pełnoletnich obywateli w okresie od 4 do 11 października. Głosować na określonego kandydata za pieniądze praktycznie jest gotowych ok. 600 tys. z 5,5 mln obywateli uprawnionych do głosowania.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl