14 kwietnia na portalu „Gazety Wyborczej” ukazał się 40-minutowy wywiad Doroty Wysockiej-Schnepf ze Zbigniewem Brzezińskim. Jego lwia cześć poświęcona była polityce zagranicznej Donalda Trumpa (Chiny, Korea Pn., Rosja, brexit), a także zawirowaniom w nowej administracji prezydenckiej USA. W wywiadzie znalazły się także odniesienia do zagrabionego Ukrainie Krymu i skrajnie negatywna, choć wyrażona jedynie za pomocą epitetów, ocena obecnego rządu polskiego i jego polityki zagranicznej.

Błąd pierwszy – Krym

Prof. Brzeziński jest nie tylko znawcą stosunków międzynarodowych, ale przede wszystkim politykiem, i to zbyt doświadczonym, by nie wiedzieć, że jego słowa nie mają charakteru wyłącznie akademickiego. Jego dywagacje na temat historii Krymu, „podarowanego” Ukrainie przez Rosję w 1954 r. i „nigdy wcześniej do Ukrainy nienależącego”, budzą zdziwienie. Służą tezie, że przyszłość półwyspu powinna być rozstrzygnięta w drodze kompromisu wykluczającego jego zwrot Ukrainie, czy też prostego uznania jego przynależności do Rosji ze względu na interesy
Rosjan, Ukraińców i Tatarów. Prof. Brzeziński nie jest członkiem administracji USA. Jako dawny doradca prezydenta Cartera – demokraty symbolizującego najgłębszy paraliż polityki zagranicznej USA po porażce w Wietnamie – nie może być dziś uznany nawet za półoficjalny głos rządu w Waszyngtonie. I całe szczęście.

Historia Krymu była – jak to historia – skomplikowana. Podbity przez Rosję w 1783 r., do I wojny światowej pozostawał w jej składzie, przechodząc głęboką rusyfikację. Jego rdzenni mieszkańcy, Tatarzy krymscy, byli jednak wciąż na tyle silni, by 25 listopada 1917 r. proklamować niepodległość Krymskiej Republiki Ludowej (KRL). Zbrojnie stłumili ją bolszewicy, których z kolei w kwietniu 1918 r. pobili Ukraińcy, zdobywając na krótko kontrolę nad półwyspem.

Prof. Brzeziński zatem się myli. Krym należał do Ukraińskiej Republiki Ludowej, której odebrali go Niemcy, przywracając KRL. Na jej czele stanął polski Tatar gen. Maciej Sulejman Sulkiewicz. Gdy Niemcy się załamały i półwysep zajęli biali Rosjanie Denikina, Tatarzy zwrócili się do Ligi Narodów o oddanie Krymu Polsce jako mandatu LN. Półwysep opanowali jednak biali, a w listopadzie 1920 r. bolszewicy, powodując ucieczkę ok. 170 tys. osób i mordując 60–70 tys. Tak Krym wszedł w skład Rosji sowieckiej, a potem ZSRS.

18 maja 1944 r. Sowieci, z wykorzystaniem amerykańskich ciężarówek dostarczonych im w ramach land and lease, przeprowadzili ludobójczą deportację Tatarów w głąb ZSRS. Tak Krym stał się etnicznie rosyjski. Przekazanie go w 1954 r. (w rocznicę rady perejesławskiej z 1654 r., poddającej odrywaną od Rzeczypospolitej Ukrainę Moskwie) przez Chruszczowa ze składu
RSFRS do składu Ukraińskiej SRS było, w ramach totalitarnego ZSRS, zabiegiem wyłącznie propagandowym.

Cóż z tej historii dziś wynika? Ano to, że prawa Rosji do Krymu są niczym prawa rabusia do łupu. W 1991 r. większość mieszkańców półwyspu opowiedziała się w referendum za niepodległością Ukrainy. Krym (Rosjanie na Krymie) w jej ramach otrzymał szeroką autonomię, a Tatarzy możliwość powrotu z zesłania, blokowaną dotąd przez Moskwę. To był kompromis złamany przez rosyjską agresję w 2014 r. Tyle rozważań akademickich.

Wnioski polityczne są surowsze. To, co proponuje prof. Brzeziński, to nagroda dla najeźdźcy za dokonanie agresji. Uznanie rosyjskiej zasady „co jest moje, to jest moje, a co jest twoje – będziemy negocjowali”, może doprowadzić tylko do kolejnych najazdów i aneksji. To USA w 1994 r. w ramach memorandum budapesztańskiego gwarantowały wraz z Wielką Brytanią i Rosją integralność terytorialną Ukrainy w zamian za wyrzeczenie się przez Kijów broni jądrowej. Nagradzanie Kremla za agresję gotowością do negocjowania tego, ile z wziętych łupów wolno Rosji zachować, to błąd, to – by zacytować prof. Brzezińskiego, wypowiadającego się w dalszej części wywiadu na temat polskiego rządu – „głupota, ośmieszenie się i kompromitacja”, tyle że tym razem adresatem tych opinii jest ich twórca. Nienaruszalność granic w Europie jest dla Polski wartością fundamentalną.

Historyczne prawa Rosji do cudzych ziem są wątpliwej natury i przywoływanie ich przez prof. Brzezińskiego zmusza do przypomnienia, że każdy, kto zechce otwierać historyczną debatę na temat rosyjskich granic, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie o to, do kogo należały Wyborg, Przesmyk Karelski, Karelia Płd.-Wsch., Petsamo i Półwysep Rybacki zagrabione przez ZSRS Finlandii, Petseri i Jaanlinn oderwane od Estonii, Abrene zrabowane Łotwie, kto ma większe prawa do Królewca i czy Smoleńsk nie powinien należeć do Białorusi – spadkobierczyni Wielkiego Księstwa Litewskiego. To groźne dywagacje, a w ustach poważnego analityka byłyby kompromitujące.

Błąd drugi – „być dumnym z Tuska”

Z epitetami typu „rządzącym brakuje rozumu” rzucanymi pod adresem rządu RP trudno dyskutować. Z opinią o tym, że „Polska opluwała własnego kandydata, w tym sensie – kogoś, kto pochodzi z tego kraju, i z którego można było być dumnym”, który „został wybrany przez Europę”, co skończyło się „ośmieszeniem i kompromitacją” Polski, sprawa ma się jednak inaczej. To wprawdzie także zbiór nieumotywowanych emocjonalnych opinii, ale dotyczących konkretnego wydarzenia. Pisałem o nim („Codzienna”, 5 kwietnia 2017 r.). Dziś dodam, że w tradycji amerykańskiej istotne są precedensy, i przypomnę, jak zachował się rząd USA, gdy Liga Narodów – „areopag ludów”, organizacja wymyślona i powołana do życia dzięki prezydentowi Wilsonowi – usiłowała mianować obywatela Stanów Zjednoczonych bez zgody ich rządu na prominentne stanowisko w tej organizacji. Wówczas to Waszyngton ogłosił, że „Fakt mianowania prywatnego obywatela USA przez Ligę Narodów członkiem Połączonej Komisji nie uprawnia tej osoby do reprezentowania Stanów Zjednoczonych i w żaden sposób nie zobowiązuje ani nie wiąże rządu Stanów Zjednoczonych” (list z 8 kwietnia 1926 r. chargé d’affaires USA w Bernie Alana F. Winslowa do Erica Drummonda, sekretarza generalnego LN). Jakoś wówczas Amerykanie nie byli dumni z tego, że ktoś „wybrał im przedstawiciela, w tym sensie, że pochodził on z tego kraju” i… trudno im się dziwić.

Błąd trzeci – u boku bezbronnej Europy przeciw Stanom Zjednoczonym Trumpa

Wypowiedź prof. Brzezińskiego jest wewnętrznie sprzeczna. Najpierw słusznie podkreśla on, że „Europa nie reprezentuje poważnej siły zbrojnej”, po czym uznaje, że „jeżeli coś ważniejszego wybuchnie negatywnego na Ukrainie, na Białorusi i potem pierwsze starcie na granicy z Litwą czy też nawet z Polską, to wtedy będzie zrozumiały znak zapytania, czym jest Europa dla Polski i Polska sobie tutaj podcina własne nogi swoim postępowaniem”, tzn. sprzeciwem wobec wyboru Tuska. Można zrozumieć niechęć do Trumpa żywioną przez zaplecze intelektualne Demokratów, do którego należy prof. Brzeziński. Rada jednak, by żyrować Tuska sytuującego USA w szeregu zagrożeń dla Europy, gdy jedynym realnym gwarantem bezpieczeństwa militarnego naszej części świata jest siła zbrojna Stanów Zjednoczonych, jest co najmniej nieroztropna.

Błąd czwarty – pominięcie szczytu wschodniej flanki NATO w Bukareszcie

Polska, wbrew temu, co powiedział prof. Brzeziński, stanęła na czele „tej części Europy, która cierpi na zagrożenie strategiczne ze strony wschodniej”. Uczyniła to w listopadzie 2015 r. w Bukareszcie, wraz z Rumunią, tworząc tzw. bukaresztańską „9” (Polska, Rumunia, Bułgaria, Czechy, Słowacja, Węgry i kraje bałtyckie), której program wzmocnienia wschodniej flanki NATO został przyjęty przez szczyt Sojuszu w Warszawie w lipcu 2016 r. i jest wykonywany.

Błąd piąty – niedoinformowanie

Powtarzanie dawno negatywnie zweryfikowanych „informacji” o „naciskach osób bezprawnie przebywających w kabinie pilotów” jako przyczynie katastrofy smoleńskiej w sytuacji, gdy jedynym potwierdzonym w nagraniach z kokpitu zdaniem „podpadającym” pod tę kategorię jest stwierdzenie ministra Kazany „No to mamy problem”, zmusza do wniosku, że prof. Brzeziński
jest źle poinformowany. Jak widać, nie tylko w tej sprawie.