Czas na niepodległościowe elity. Ulica kontra Przedpokój

Obozowi niepodległościowemu nie zaszkodzi tysiąc materiałów Jakuba Sobieniowskiego w TVN, sto okładek tygodników robiących wariata z Antoniego Macierewicza, ani nawet decyzja szefów portalu Wi

Filip Błażejowski/Gazeta Polska
Obozowi niepodległościowemu nie zaszkodzi tysiąc materiałów Jakuba Sobieniowskiego w TVN, sto okładek tygodników robiących wariata z Antoniego Macierewicza, ani nawet decyzja szefów portalu Wirtualna Polska o tym, by w antypisowskich manipulacjach przebijać „Gazetę Wyborczą”. Zaszkodzić mogą mu tylko mięczaki, kapitulanci i dezerterzy we własnym obozie. Ostatnie tygodnie to ich mała ofensywa - pisze Piotr Lisiewicz w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska".

6 kwietnia Piotr Skwieciński napisał na portalu wPolityce.pl: „W wypadku PiS dla odwrócenia sondażowej dekoniunktury żadne, nawet najdalej idące i najboleśniejsze ograniczenie programowe, żadna, nawet najdalej idąca i najboleśniejsza korekta personalna, nie byłaby ofiarą przesadnie wielką”.

To jasne postawienie sprawy, wymagające równie jednoznacznej odpowiedzi.

Skwieciński zwalnia Macierewicza

Pomóżmy Skwiecińskiemu wyartykułować to, przed wypowiedzeniem czego wprost się powstrzymał: otóż uznał on za dopuszczalną – oczywiście dla dobra PiS – dymisję ministra obrony Antoniego Macierewicza, któremu zarzucił wcześniej „chaos emanujący z MON”. Zamknijmy na moment oczy i wyobraźmy sobie, jak wyglądałaby dziś Polska, gdyby na czele MON stał jakiś umiarkowany wybraniec Skwiecińskiego. Otóż nie mielibyśmy na czele kontrwywiadu i wywiadu ludzi, co do których mamy gwarancję, że reprezentują polskie interesy i świetnie znają cały repertuar metod Rosji, jak Piotr Bączek i Andrzej Kowalski. Zamiast nich kierowaliby tymi instytucjami nieznani bliżej oficerowie, których nominacje byłyby kompromisem pomiędzy nową władzą a WSI. Z tym że za parę lat okazałoby się, iż do Marka Dukaczewskiego było im zdecydowanie bliżej. Gdy chodzi o generalicję, zmiany polegałyby głównie na wzajemnym zamienianiu się stołkami. A nieliczne dymisje generałów minister odwołałby po liście Jerzego Owsiaka, w którym wskazałby on ich zasługi dla WOŚP. Obrona Terytorialna też by nie powstała, bo tworzenie tak przestarzałej formacji odradziliby ministrowi niemieccy fachowcy, a informacje „Gazety Polskiej” o tym, że zrobili to na prośbę rosyjskich kolegów, nie znalazłyby stuprocentowego potwierdzenia. Chaosu nie byłoby z pewnością. Spokój panowałby w wojsku. Można by rzec: grobowy.

Cykliczne operacje sondażowe

Sondaże – taki pretekst dla wysunięcia swoich postulatów podał Skwieciński. Miał pecha o tyle, że w kolejnych dniach po jego publikacji pojawiły się badania zaprzeczające spadkowi notowań PiS. Nie wiem, czy Skwieciński udaje, czy naprawdę nie wie, że sondażownie stanowią w III RP jedno z narzędzi kreowania polityki. Przecież ten schemat sondażowego ataku jest powtarzalny do bólu. Od czasu objęcia rządów przez PiS po każdym z ostrzejszych starć z opozycją pojawiają się sondaże, według których jedna lub druga z partii opozycyjnych już-już dogania PiS. A czasem nawet przegania – tak było już w grudniu 2015 r., gdy po pierwszej awanturze o TK pewna sondażownia ogłosiła, że wybory wygrałaby Nowoczesna, a najpopularniejszy polityk to Petru.

Mechanizm owej presji jest powtarzalny – skoro można przypuszczać, że notowania PiS po trudnym starciu spadną na przykład o 2 proc., to ogłaszamy, że spadły o 8 albo 10 proc. Po co? By wywołać efekt lawiny czy też kuli śnieżnej. Skoro Polacy zobaczą, że poparcie PiS leci na łeb, na szyję, to mają się przyłączyć do jej zawstydzonych byłych zwolenników. Jednocześnie doganiająca partię rządzącą PO lub Nowoczesna ma zyskać poparcie kosztem tej drugiej. Ani razu owa presja nie przyniosła dotąd skutku. Dlaczego? Głównie dlatego, że „pisowski lud” jest zdecydowanie mądrzejszy od Skwiecińskiego, gdy chodzi o rozpoznawanie manipulacji wroga. Poza tym nie wszystkie sondażownie zaangażowane były w akcję, szybko pojawiały się badania, w których PiS nadal miażdżył rywali, co nie sprzyjało powstawaniu lawiny.

Poza wszystkim wywód Skwiecińskiego ma tę wadę, że nie uwzględnia roli Antoniego Macierewicza jako odgromnika, dzięki któremu pioruny rzadziej trafiają w innych ministrów. Zapewne najwięcej dzięki temu zyskuje Zbigniew Ziobro, bo gdyby nie sytuacja w armii, to on stałby się celem numer jeden.


Elity, czyli spór zasadniczy

Siła naszego obozu po objęciu władzy przez PiS polega na tym, że udało nam się zrealizować ideę, którą na łamach „Gazety Polskiej” głosiłem od jej początków – sojuszu niepodległościowych i antykomunistycznych idei z interesem zwykłych Polaków, pokrzywdzonych w czasie transformacji. Opartego nie na demagogicznych pokrzykiwaniach tego czy innego lidera, wykorzystującego w aktualnym politycznym sezonie łatwowierność ogłupianego przez niego ludu. A odwrotnie – na cierpliwym, ewolucyjnym, ale bardzo konsekwentnym i przemyślanym upodmiotowianiu zwykłych Polaków.

Jego niezbędnym składnikiem jest odebranie przywilejów elitom III RP. W 2012 r. w tekście „Salon. Przedpokój. Ulica” pisałem w „Nowym Państwie” w kontekście Smoleńska: „To, co nazywano polskimi elitami intelektualnymi, jest wynarodowioną elitą posowiecką. To osoby, których nic nie obchodzą losy Polski i Polaków, a tylko własne kariery. Dopóki nie zdegradujemy ich, brutalnie nie upokorzymy ich tak, by poczuli, że są tu elementem obcym, produktem kolaboracji mniejszości narodu, Polska nie będzie niepodległa”. Gdy opublikowałem ten tekst, Jacek i Michał Karnowscy przeprowadzili wywiad z Janem Dworakiem, ówczesnym szefem KRRiT, który przeczytał im te dokładnie słowa i zadał pytanie: „Podoba się to panom?”. Karnowscy odpowiedzieli, jak wynikałoby z podpisu, chórem:

„Nie. Tenże Lisiewicz właśnie równie brutalnie opisał naszego szefa Pawła Lisickiego i kolegę redakcyjnego Piotra Zarembę. Nie jesteśmy pewni, czy należy go traktować poważnie. A poza tym wszystkim – nie nasze to środowisko. (…) Ekstremizmy są wszędzie”.

Ten spór pozostaje wciąż aktualny. Skwieciński, zastępca redaktora naczelnego tygodnika „wSieci”, pisze dziś o wojnie PiS z owymi „elitami”:

„Znajduje się w tym konflikcie z przyczyn częściowo obiektywnych i strukturalnych. Powstało przecież jako partia radykalnej zmiany; establishment z definicji musi się radykalnej zmianie opierać”.

Dalej jest jednak coraz bardziej ciekawie, bowiem jego zdaniem PiS pozostaje w owym konflikcie „częściowo, już po wyborach 2015 – również i z przyczyn subiektywnych. Ewidentnie bowiem tzw. centralny ośrodek dyspozycji politycznej podjął wówczas strategiczną decyzję o nie ograniczaniu własnych ambicji, nie negocjowaniu zakresu zmiany z owymi szeroko pojętymi elitami, tylko odwrotnie – o dokonaniu próby miażdżącego przełamania na wszystkich frontach”. Skwieciński proponuje więc, by PiS – w najlepszym przypadku – zmienił się w AWS-bis, który właśnie takie kompromisy zawierał. Skutkiem tego było zniknięcie tego ugrupowania ze sceny politycznej.

Poputczicy

Postulaty Skwiecińskiego 10 czy 20 lat temu mogłyby się wydać wielu godnymi uwagi. Wymiana elit mogła się im wydawać fantastyką. Dziś już nią nie jest. Postkomunistyczne elity są nieporównywalnie słabsze niż wtedy, nasze – wyrosły jak grzyby po deszczu. Nie przypadkiem dziś KOD w roli młodzieżowych bojówkarzy do walki z PiS wystawia 53-letniego Skibę i 57-letniego Maleńczuka.

Fakt, iż Skwieciński postanowił napisać cytowany tekst, wynika z wydarzeń ostatnich tygodni. Oto przeciwnicy głębokich zmian przeprowadzanych przez Macierewicza znaleźli „poputczików” po naszej stronie, którzy postanowili coś przy tej okazji ugrać da siebie.

Jeśli treść listu prezydenta Dudy do ministra Macierewicza ujawniają „Fakty” TVN, to nie stawia to dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta Marka Magierowskiego w korzystnym świetle. Dwa tygodnie temu skrytykowałem w „GP” skłonność Magierowskiego do prowadzenia własnej polityki. Nie jest bowiem tajemnicą, że prezydent Andrzej Duda bywał mocno zdziwiony, dowiadując się z mediów, jakie „jego” stanowisko prezentował Magierowski.

W odpowiedzi „przedpokojowy” publicysta Łukasz Warzecha nazwał mnie „znanym demaskatorem nie dość gorliwych wielbicieli obozu rządzącego (a dokładnie jego radykalnej części)”. Otóż w realu, poza „salonami” oraz „salonikami” warszawskich publicystów Przedpokoju, wzorowanych nieco na estetyce przeciwnika, nie istnieje coś takiego jak „nieradykalna” część naszego obozu. Nie przypadkiem działa 413 klubów „Gazety Polskiej” czy Rodziny Radia Maryja, natomiast Przedpokój istnieje tylko jako twór medialny. I nawet jako taki musi radykalizować swoją retorykę, by pozyskiwać czytelników.

Wyraźnie widać, że wśród czterdziestoparoletnich polityków PiS są tacy, którzy wyciągnęli wnioski z porażek inicjatyw mających odebrać Jarosławowi Kaczyńskiemu, jak Solidarna Polska czy PJN, które mrugały okiem do medialnego establishmentu. Ale pojawili się też tacy, co postanowili działać „po staremu”. Pora napisać to jasno – nikt, kto dziś angażuje się w osłabianie Antoniego Macierewicza, nie ma szans na udział w przyszłej sukcesji po Jarosławie Kaczyńskim. A każdy, kto robi to, zawierając taktyczne sojusze z mainstreamowymi mediami, z czasem będzie musiał zniknąć z obozu niepodległościowego.

To wynika z owego upodmiotowienia „pisowskiego ludu”. Po prostu dynamika oddolnych procesów zachodzących w naszym obozie go z niego wypchnie. Stanie się niewygodny nawet dla własnych kolegów z powodu ciążącego na nim odium.

Różnica pomiędzy programem „Ulicy” i „Przedpokoju” jest łatwa do opisania. My proponujemy robić głębokie zmiany i za nie obrywać. Oni – nie robić głębokich zmian i chwilowo obrywać trochę mniej. My za to chcemy działać z perspektywą, że postkomuna słabnąć będzie na tyle, że obrywanie od niej kiedyś przestanie być dotkliwe. Dla nas obecne rządy mają sens, o ile doprowadzą do zmian na miarę – niedoskonałej – denazyfikacji w powojennych Niemczech. Wymiana elit ma tu znaczenie pierwszorzędne.

 


Źródło: Gazeta Polska

#salon III RP #elity

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo