​Huczny powrót amerykańskiego szeryfa

  

Swego czasu rosyjskie media z lubością podkreślały, jak to urodziny Putina uczczono wystrzeleniem na cele w Syrii rakiet Kalibr, nazywanych „rosyjskimi Tomahawkami”. To było apogeum arogancji i bezkarności Kremla w wojnie syryjskiej. Ten okres skończył się w nocy z 6 na 7 kwietnia wraz z odpaleniem przez US Navy 59 pocisków Tomahawk w syryjską bazę.

Donald Trump zrobił to, co powinien był zrobić kilka lat temu Obama. Podjęcie decyzji zajęło mu kilka dni, jego poprzednik zastanawiał się miesiącami – wiadomo z jakim skutkiem.

Od początku tego konfliktu piszę, że z roku na rok narastające zaangażowanie Rosji w Syrii, a w rezultacie interwencja zbrojna i umocnienie reżimu Asada, nie byłyby możliwe, gdyby nie słabość Baracka Obamy. Punktem zwrotnym była jesień 2013 r., gdy ówczesny prezydent USA skompromitował się, nie reagując, mimo jasnej zapowiedzi, na użycie broni chemicznej przez Asada. Historia zatoczyła koło. Znów mamy broń chemiczną i rozgrywkę w trójkącie USA-Rosja-Syria. Jedno się zmieniło. Gospodarz Białego Domu.

Nie wiem, na ile trumpomania w Rosji miała realne podstawy, a na ile Moskwa kierowała się myśleniem życzeniowym w odniesieniu do Donalda Trumpa. Jedno jest pewne, zwłaszcza po wydarzeniach nocy z czwartku na piątek: nie tylko nie będzie żadnego resetu, ale Kreml powinien liczyć się z zaostrzeniem konfliktu z USA. Po ośmiu latach wrócił szeryf i nie będzie już tak łatwo realizować swoich celów geopolitycznych jak świat długi i szeroki. Ameryka przypomina sobie, że jest jedynym supermocarstwem i że z powodów humanitarnych podejmuje kroki nawet ryzykowne i niekoniecznie korzystne militarnie czy politycznie. Jeśli ktoś miał w końcu zareagować na zbrodnie w Syrii – w tym wypadku gazowanie ludzi, w tym dzieci – to tylko Ameryka. Ta nowa Ameryka, nie ta obamowska, lewicująca, liberalna, przeintelektualizowana.

Trump wysłał wyraźny ostrzegawczy sygnał. Teraz akurat na froncie syryjskim. Ale kto wie, czy jutro nie na Ukrainie, a pojutrze na Kaukazie albo Bałtyku? To zresztą sygnał nie tylko pod adresem Rosji, ale też Chin. Akurat podczas wizyty Xi Jinpinga w Waszyngtonie. To, co Trump obiecywał w kampanii wyborczej, teraz wprowadza w życie. Ameryka ma być silna, najsilniejsza na świecie. A jeśli coś zapowiada, realizuje to. Dla nas to bardzo dobra wiadomość – w kontekście zagrożenia rosyjskiego w naszej części Europy – tym bardziej że oznacza nieuchronnie utrzymanie konfrontacji na linii Waszyngton–Moskwa. Ciekawe, co teraz zrobi Putin? Od dawna przypomina mi on podwórkowego bandziorka, który atakuje tylko wtedy, gdy jest pewien słabości ofiary. Gdy napotyka silny opór, bierze nogi za pas. Oczywiście przez ostatnie osiem lat ten bandziorek nabrał siły i przybyło mu zapewne odwagi. Jednak czy na tyle, by na nalot amerykański na sojusznika Moskwy zareagować nie tylko słowem, ale też czynem? Wątpliwe. Choć takich upokorzeń Putin nie zwykł zapominać.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl