​Państwo przyszłości

  

Nie udało się dotychczas niczym zastąpić instytucji państwa. Teoretycy solidarności ponadnarodowej od czasów Marksa prześcigają się w coraz śmielszych wizjach międzynarodówek, globalnych rządów, korporacyjnych ładów czy noeśredniowiecznych związków miast. A jednak ludzie w sytuacji kryzysu liczą na państwo. Jasne jest, że nie może ono po prostu pozostać w warunkach nowoczesnej gospodarki bez zmian. Prawdziwym wyzwaniem dla ekonomistów, konstytucjonalistów, politologów i polityków nie jest więc demontaż tradycyjnego państwa, lecz jego reforma.

W Polsce często wydaje się nam, że stagnacja płac przy równocześnie niskim bezrobociu to nasz lokalny problem. Tymczasem jest coraz więcej dowodów na to, że jest to problem światowy.

Gdzie kończy się ekonomia

Teoretycznie świat wychodzi z kryzysu – wskaźniki makroekonomiczne idą w górę, a w krajach rozwiniętych bezrobocie prawie nigdzie nie przekracza 10 proc. W myśl zasady popytu i podaży płace powinny więc rosnąć, i to właściwie wszędzie. Tymczasem w okresie 2007–2017 realne płace nie rosły właściwie nigdzie, a bywa, że spadały. Sytuacja jest tak paradoksalna, że twardzi zwolennicy wolnego rynku zamykają oczy na rzeczywistość, sugerując, iż mamy do czynienia z błędem pomiarowym.
 
Bardziej racjonalni eksperci mówią o tym, że zbyt wolno rośnie produktywność. Inni wspominają o większej automatyzacji. Jeszcze inni zwracają uwagę, że kapitał jest coraz bardziej mobilny, podczas gdy przytłaczająca większość ludzi nadal pracuje w kraju, w którym się urodziła. Tyle że nie można oczekiwać od ludzi nadążania ze zmianami w swoim życiu za kapitałem inwestycyjnym.

Ekonomia jako taka właściwie się tu kończy i bezradnie rozkłada ręce. Zaczyna się polityka. Płynie z oceny obecnej sytuacji niewesoła refleksja, że pracodawcy będą zaniżać płace. Kiedyś naprzeciw kapitału lokalnego stawały dobrze zorganizowane związki zawodowe. Teraz poczucie solidarności klasowej wśród prekariuszy jest jednak zbyt małe, aby powrócić do wielkich związków na szczeblu globalnym. Na placu boju pozostają więc państwa i związki państw walczących o swoje regionalne interesy.

Szkoła rozwoju

Nie ma kraju, który rozwinąłby się, opierając się jedynie na zasadach wolnorynkowych. W historii przed- i powojennej postawienie na nieskrępowany rynek kończyło się zwykle kryzysami (podobno przejściowymi) i społecznym niezadowoleniem, które często niszczyło praworządność i ład społeczny.

Oczywiście centralne planowanie i przejęcie przez państwo bezpośredniej kontroli nad środkami produkcji też nigdy nigdzie nie zadziałało. Ponadnarodowe korporacje przejadają dziś wręcz rozmaite nadwyżki wytwarzane latami przez państwa. Wykorzystują i marnotrawią na przykład kapitał zaufania społecznego, ładu publicznego, powszechnej edukacji, służby zdrowia i sprawnej infrastruktury. Co gorsza, niczym konkretnym tych kapitałów nie zastępują. Pora więc już chyba odejść od doktryn. Pora na nowy pragmatyzm, na nową koncepcję państwa i jego roli w gospodarce. 

Pewną wersję tej koncepcji już od jakiegoś czasu lansuje minister Mateusz Morawiecki. Opiera się ona na wyjściu z pułapki średniego dochodu, pułapki braku równowagi (większość krajowego kapitału trafia za granicę), pułapki przeciętnego produktu, pułapki demograficznej i pułapki słabości instytucji.

Nowe państwo

Te kwestie były kiedyś uważane za typowe problemy młodych krajów. Z powodu globalizacji dziś mają jednak wpływ na cały świat. Jeśli nie znajdziemy wyjścia, nierówności społeczne i globalne wzrosną do poziomu, w którym czeka nas seria „regulujących” wojen i rewolucji, albo, jeśli i to nie pomoże, ludzkość będzie się systematycznie w rozwoju cofać. W sumie można wręcz mówić o jednej pułapce. Pułapce nowego średniowiecza.

Opierając się na historycznych działaniach azjatyckich tygrysów oraz obserwacji udanych i nieudanych procesów we współczesnym pokryzysowym świecie, można się chyba teraz pokusić o nakreślenie pewnej koncepcji państwa 2.0 jako tworu, który może świat przed tym uratować i dać mu nową stabilizację. 
Ramowe założenia takiej koncepcji można scharakteryzować w pięciu punktach.

Po pierwsze, jest to państwo o wysokim stopniu solidarności i ustalonej tożsamości symbolicznej. Doświadczenie pokazuje bowiem, że tylko w takim środowisku działa redystrybucja konieczna do wygenerowania wielu dóbr publicznych.

Po drugie, państwo takie jest ekskluzywne. Walczy zażarcie o talenty, przyciąga zdolnych przybyszów, ale nie stara się przyciągać ludzi przypadkowych. Jak ognia unika otwierania granic dla rzesz niewykwalifikowanych imigrantów z co najmniej dwóch powodów. Takie działanie obniża solidarność społeczną, a co za tym idzie – poziom akceptowanej społecznie redystrybucji. Co więcej, kiedy pracodawcy mają dostęp do zbyt taniej siły roboczej, nie inwestują w innowacyjne technologie, tylko tworzą wiele mało płatnych miejsc pracy. 

Po trzecie, państwo nowego typu jest mniej terytorialne. Oczywiście broni swojego historycznego centrum i zawiera sojusze oraz buduje regionalne konfederacje. Nie stara się jednak anektować nowych obszarów geograficznych. Prowadzi głównie podboje ekonomiczne poprzez wspieranie swojego kapitału.
 
Po czwarte, państwo nowego typu właściwie samo staje się rodzajem korporacji, która troszczy się o swoich obywateli jak o akcjonariuszy. W myśl zasad tak zwanej ekonomii binarnej najbardziej efektywne państwa idące w kierunku nowego modelu rozważają wręcz wypłacanie swoim obywatelom „dywidendy” w formie dochodu gwarantowanego lub rodzaju „akcji”. Dziś palącym wyzwaniem staje się bowiem nakłonienie ich, by trenowali swoją kreatywność, a nie zajmowali się coraz bardziej bezsensowną pracą fizyczną. Do kreatywnego rozwoju potrzeba jednak czasu i pieniędzy. 

Po piąte, masowy transfer ludzi z państwa do państwa będzie zapewne w przyszłości surowo zakazywany. Jednak aby zrównoważyć globalny rozwój, możliwy musi być tani transfer technologii. Tylko wtedy słabsze państwa będą nadganiały zaległości i będą bardziej konkurencyjne. 

Badacz kontra obywatel

Czy łatwo będzie takie państwo zbudować? Zdecydowanie nie. Wskazane plany rozwojowe wymagają niezwykle wysokiego poziomu koordynacji wśród elit oraz długiej stabilizacji politycznej. Z doświadczeń  wynika, że optymalna jest np. sytuacja, w której zmiany partii rządzącej nie dokonują się częściej niż raz na dwie dekady. Najpierw potrzebny jest szeroki konsensus niezależny od bieżących sporów politycznych, który za główny cel stawia sobie rozwój gospodarczy. Czy taki konsensus można osiągnąć w dzisiejszej Polsce? Odpowiedź, której muszę sobie na to udzielić jako badacz, kłóci się niestety z tą, którą chciałbym usłyszeć jako obywatel.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts