Usiądziemy w kuchni, bo niestety nie miałam siły posprzątać w pokoju – tłumaczy się filigranowa staruszka w kwiecistej koszuli nocnej. Na cienkiej szyi ma zawieszony medalik z Matką Boską Ostrobramską. Z trudem zamyka ciężkie drzwi do mieszkania. Krótkie siwe włosy otaczają delikatną twarz przypominającą buzię małej dziewczynki.

Proszę na mnie nie patrzeć, ja już sama na siebie patrzeć nie mogę. Wyrzuciłam wszystkie lusterka. Już zapomniałam, jak to jest, gdy obok jest drugi człowiek… I to jeszcze z Polski! Gdy ktoś mnie wcześniej pytał, skąd jestem, mówiłam: „Urodziłam się w Polsce w 1935 r.” – wspomina, mając na myśli Lwów. Choć jest zgięta wpół osteoporozą, w jej ruchach pozostały ślady dawnego wdzięku.

– Pracowałam w hurtowni jako chemik, a tam były przeciągi. Wiało mi na kręgosłup – tłumaczy. Nawet teraz siedzi skulona, jakby wciąż było jej zimno. Rozglądam się po ubogim wnętrzu. To kuchnia i łazienka w jednym. Ubikacja i kurek z zimną wodą służący za prysznic są tuż obok stołu, na którym przygotowuje jedzenie. Pachnie wilgocią. Jest zawstydzona tym, że ktoś ogląda jej biedę.

– W tym mieszkaniu wszystko cieknie… Moje tysiąc hrywien emerytury ledwo wystarcza na jedzenie i leki. O remoncie nie ma mowy. Tysiąc hrywien to ok. 150 zł.

Na ścianach z odrapaną tapetą jest pełno obrazków Jana Pawła II. – Nasz kochany papież – wzdycha czule. – Mój mąż umarł akurat w roku, gdy papież odwiedził Ukrainę. Cieszę się, że tego dożył. To tak, jakby ojczyzna do nas przyjechała.

Rodzinie Janiny bardzo zależało na powrocie do kraju. – Byliśmy już zarejestrowani do wyjazdu, ale mój tatuś chorował na gruźlicę i nagle mu się pogorszyło. Do tego w 1941 r. urodził się młodszy brat. Mama nie dałaby rady nas sama wszystkich zabrać. Zresztą byliśmy tak biedni, że nawet chleba nie mogliśmy kupić. A potem przyszli Moskale – przez całą rozmowę nie mówi o Rosjanach inaczej. – I już ciągle dostawaliśmy odmowy wyjazdu.

– Pamiętam całą wojnę. Prawie nie wychodziliśmy z piwnicy – zawiesza głos. – Raz bomba upadła na podwórzu. Nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Rzuciło nas na ziemię. A potem wyszliśmy na dwór i znaleźliśmy sąsiadów, którzy weszli w bramę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Oni wszyscy leżeli jeden na drugim. Ich mózgi zostały na suficie. Tam były dzieci… Pamiętam, wszystko pamiętam – zaczyna się trząść. Przez chwilę siedzi skulona, patrzy na swoje drobne dłonie w milczeniu.

Zwracam uwagę, że mówi po polsku idealnie, bez typowego wschodniego zaśpiewu. Ożywia się. – Ja czekam niecierpliwie na soboty, bo wtedy w radiu Lwów jest fala Polskiego Radia. I słyszę swój kochany język. Choć raz na tydzień.

Chce mi pokazać. Uruchamia stary sowiecki odbiornik. Radio trzeszczy, da się wyłapać tylko poszczególne słowa. – Taki jest mój jedyny kontakt ze światem… Czasem się zastanawiam – może w Polsce myślą, że nie ma już Polaków we Lwowie? A ja tu jeszcze sobie żyję… A Polska to mi się czasem śni – na twarzy Janiny pojawia się uśmiech. – Tylko że już jej nie zobaczę. Dla mnie wyzwaniem jest wejście na schody. Raz w miesiącu wybieram się w wielką drogę do naszego kościoła. Jakoś jeszcze daję radę, ale do lekarza już dla mnie za daleko… Po zmroku nie wychodzę w ogóle. Raz upadłam na ulicy i nie mogłam wstać. Przed każdym wyjściem z domu się modlę, żeby mnie ktoś podniósł, jeśli upadnę.

*

Pani Lusia przyniosła na spotkanie kilkadziesiąt zdjęć. – O, to jest mamusia. Całą wojnę była dzielna. Nawet siedziała na gestapo – opowiada, przeglądając kolejne fotografie. – Tu kuzynka – pokazuje zdjęcie pięknej kobiety w futrze. – Otruła się, jak weszła Armia Czerwona. O, tu zdjęcie rodzinne –wyblakła fotografia młodych mężczyzn. Pięciu braci mamy, wojna wszystkich zabrała. Ukochany brat mamy w 1920 r. został aresztowany przez Ruskich. Wysłali go do niewoli do Rostowa. Kamienicę w Łańcucie zabrali. O, tu jej zdjęcie – pożółkła fotografia przedwojennej willi. – Tu się urodziłam, w Polsce, w rodzinie patriotów. Nikt nie może mieć wątpliwości, prawda? – upewnia się.

– A teraz ja coś pokażę – oznajmia Lusia, wyjmując z torebki Kartę Polaka. – Ona ma DATĘ WAŻNOŚCI. Proszę koniecznie napisać w Polsce, że całe życie byłam i jestem Polką! Ta data ważności mnie obraża – emocjonuje się. – Ważna pięć lat! To co potem? Nie jestem Polką? Wiza mi potrzebna, żeby wjeżdżać do swojego kraju? Czyście powariowali? Całe życie nie wypuszczali mnie ze Związku Sowieckiego, bo wiedzieli, że jestem Polką! A teraz co? Wcześniej sąsiedzi żartowali – o, pani Polka – a teraz się cieszą, że żyję w takiej samej biedzie jak oni. A jak przychodzę pożyczyć na leki, pytają – a gdzie jest ta twoja Polska? Ano u mnie w sercu. A że ona serca do mnie nie ma, to zrozumiałe – jaki Polsce pożytek ze ślepej staruszki?

Pani Lusia stopniowo traci wzrok. Pokazuje krople do oczu, których stale używa. – Te krople są bardzo drogie, a potrzebuję aż jednego opakowania na tydzień… – Jedne krople kosztują 50 hrywien (ok. 8 zł). Przy 1100 hrywnach emerytury to znaczny wydatek. Na Ukrainie nie ma żadnych leków refundowanych.

*

Artur Niemczyk jest koordynatorem projektu Stowarzyszenia Pokolenie, dzięki któremu starsi Polacy otrzymują pomoc. – Śpieszmy się pomagać tym ludziom. Leki, które muszą przyjmować, często przekraczają wielkość ich emerytur. W 2016 r. otrzymaliśmy niewielki grant i mogliśmy częściowo zapewnić im lekarstwa. To, powiem wprost, choć trochę przedłużyło im życie. Dotychczas program grantów obejmował tylko rozwój kulturalny – wyjaśnia. – W programie Senatu RP „Wsparcie Polonii i Polaków za granicą” na 2016 r. w końcu zauważono problem, ale chyba nie jego skalę. Może w tym roku będzie lepiej. Projekt pomocy medycznej Stowarzyszenia Pokolenie dostał 100 tys. zł, podczas gdy projekty rozwoju struktur polonijnych, kultura, a nawet sport dostały razem kilkanaście milionów. To nie jest skierowane do starej Polonii, tylko Ukraińców z Kartą Polaka pragnących wrócić do korzeni. Często też po to, aby po prostu wyjechać potem do pracy. Polaków ze Lwowa nie trzeba uczyć polskiego. Ci starzy, schorowani ludzie myślą i mówią po polsku. Im akurat nie są potrzebne polskie wydarzenia kulturalne – nie są w stanie w nich uczestniczyć. Polską kulturę noszą w sercach. Musimy o nich dbać. Polskie Kresy nie skończyły się w 1945 r. Skończą się, kiedy odejdą ludzie, którzy je pamiętają.

*

Wysoki starszy pan otwiera drzwi do przedwojennej lwowskiej kamienicy. – Mykoła – przedstawia się. Dalsza rozmowa toczy się po ukraińsku, choć od razu zaznacza, że może też mówić po polsku.

Mykoła, Ukrainiec rodem z Dnipro (daw. Dniepropietrowsk), jest mężem Barbary. Prowadzi mnie do pokoju żony. Ostrzega – ona szybko się denerwuje. To z bólu i bezsilności. Trzeba ją zrozumieć. – Słyszałam język ukraiński… Ja jestem prawdziwa katoliczka, będę rozmawiać tylko po polsku – oznajmia na powitanie staruszka. Siedzi na łóżku z wyraźnym trudem. Jedno z jej oczu pozostaje nieruchome, nie widzi na nie. Cały jej pokój udekorowany jest polskimi akcentami. Na półkach widnieją książki takie jak „Dzieje Królestwa Polskiego”, „Polacy na ziemi lwowskiej”, „Historia Polski”. Obok łóżka leży stosik pisma polonijnego „Kurier Galicyjski”. Barbara zaczyna opowiadać o swojej rodzinie. – Mój brat i mama w 1970 r. wyjechali do Francji. Tylko ja zostałam.

Zapytana, dlaczego, mówi wprost: – Głupio zrobiłam. Wyszłam za mąż za Ukraińca. Dlatego tu jestem. – Mykoła uśmiecha się przepraszająco. Przywykł już do takich uwag. Wciąż jednak patrzy na żonę z czułością. – I tak mnie serce bolało na myśl o wyjeździe… Sowiety przyszły, wiedziałam, że ludzie „wracali do Polski”. Ale przecież ja jestem stąd. Jest tylko jedno takie miasto. Wy w Polsce tego nie zrozumiecie – kontynuuje. – Całe życie spędziłam we Lwowie, w tym mieszkaniu. Niedaleko jest kościół św. Antoniego, w którym byłam chrzczona, a potem brałam ślub. Jakbym gdzieś wyjechała, to na drugi dzień pewnie bym umarła. Moja dziewięćdziesięcioletnia mama specjalnie wróciła z Francji, by umrzeć we Lwowie.

– A jednocześnie tak się śpiewało: „jeśli młodym być, to we Lwowie”. Ale starym chyba już nie – wzdycha. – Nigdy nie myślałam, że starość będzie tak wyglądała. 30 lat uczciwie pracowałam, a ostatnie lata spędzę w nędzy… Ale dość użalania się nad sobą. Mykoła, pokaż pani nasze pamiątki! – zarządza.

– Mykoła pokazuje przedwojenną polską książeczkę oszczędnościową. I książki. Wśród ilustracji jest pełno zdjęć Mykoły pozującego z polską flagą. To dlatego, że jest on aktywnym członkiem organizacji polonijnych. – Znajomi śmieją się, że miłość do żony zrobiła ze mnie Polaka. To troszkę prawda – śmieje się. – Historię Rzeczypospolitej znam chyba nawet lepiej niż historię Ukrainy. – Aha, elegancko go wyszkoliłam – chwali się Barbara. – Nikt nie pomyślałby, że to Ukrainiec.

Naprzeciwko łóżka Barbary stoi telewizor pamiętający chyba czasy Stalina. – Proszę pani, to jest moje życie – wskazuje na telewizor. – Odbieramy wszystkie polskie kanały. Jaka ta Polska wspaniała! Jestem z niej dumna. Szkoda, że już jej nie zobaczę na własne oczy… Tylko tyle nam zostało – mówi gorzko. – Ja miałam tu sześć koleżanek z klasy. A nie została mi ani jedna. Msze były…

Zapytana o marzenia, odpowiada od razu – wózek. Jedna noga cierpi na żylaki uniemożliwiające chodzenie, w drugiej jest wybita panewka biodrowa. – Wiem, że nie będę już chodziła. Może powinnam odpowiedzieć, że o czymś patriotycznym, choćby że marzę, aby ten Lwów dali do Polski, ale teraz nic innego niż wózek mi się nie marzy. Kiedyś kochałam podróżować, a teraz jedyne, czego chcę, to podjechać sama z pokoju do kuchni.

– Operacja, której potrzebuje żona, kosztuje 100 tys. hrywien [15 tys. zł] – wyjaśnia Mykoła. – Skąd ja wezmę te pieniądze? Łącznie emerytury mamy 2300 hrywien [346 zł]. – Nie chciałabym, by ludzie pomyśleli, że Ukraińcy traktują nas jakoś gorzej – zaznacza Barbara. – Polacy są być może w gorszej sytuacji, bo często nie mają już żadnej rodziny, za to tragiczne patriotyczne historie rodzinne. Ale w tym kraju wszystkim ciężko się umiera. Ciężko i drogo!

Niedawno pani Barbara dostała zawału. Trafiła do ukraińskiego szpitala. Służba zdrowia na Ukrainie jest darmowa tylko pozornie. W rzeczywistości pacjenci muszą dopłacać za wszystko, począwszy od waty aż po wypożyczenie wózka inwalidzkiego, by przejechać między gabinetami.

– Ukraina to jest umieralnia. Od Stalina nic tu się nie zmieniło. Ludzie się nie liczą. Pielęgniarka mnie pyta: „Jakimi będziemy panią leczyć lekarstwami? Drogimi czy tanimi? ”. A ja przecież nie przyszłam tam się targować, tylko wyzdrowieć. A najgorzej, że… no, powiem wprost, nikt o nas nie pamięta – zwierza się. – Podobno na Dzień Niepodległości jest jakiś bal w konsulacie. Nie wiem, kto na to chodzi, chyba jacyś nowi przyjezdni Polacy, bo my wszyscy tu się znamy od lat. Kiedyś dostawaliśmy paczki od konsulatu, a teraz to figa. Z roku na rok jest coraz gorzej. Nie wiemy, dlaczego, bo przecież sytuacja w kraju się poprawia. Ale nikt nas nie bierze pod uwagę, absolutnie nikt… Cały czas słyszymy w mediach, jak polscy politycy rozwodzą się o rzezi wołyńskiej. Dobrze, ale co z nami? My tu jeszcze żyjemy… Czy raczej wymieramy. Młodzi Ukraińcy uczą się polskiego z polskich książek w bibliotekach, a ja na leki nie mam! – oburza się, lecz po chwili łagodnieje. – Polska jest kochana i wspaniała, tylko o nas nie pamięta. Ale my pamiętamy o niej. Mykoła, pokaż pani nasz skarb! – przypomina sobie energicznie. Mykoła przynosi mi małą polską flagę.

– W śmietniku leżała. Mąż ją przyniósł do domu, wyprał, wyprasował. Polska flaga nie będzie leżała w śmietniku, póki my żyjemy.

* * *

Stowarzyszenie Pokolenie, skupiające ludzi z dawnej opozycji antykomunistycznej, organizuje pomoc dla starszych Polaków na zachodzie Ukrainy. Za przekazane środki zostaną zakupione kolejne lekarstwa i środki czystości. Nie zostawiajmy ich samych.

Prosimy o wpłaty zatytułowane: „Polacy”, na adres: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40–059 Katowice

Numer konta: 79 1050 1214 1000 0023 6430 9860