Marcin Kwaśny, producent filmu „Wyklęty” i odtwórca jednej z ról, mówi "Gazecie Polskiej" o trudnościach w realizacji obrazu historii polskiego podziemia niepodległościowego.

Dlaczego podjął się Pan tego wyzwania jako producent?
Na początku z reżyserem Konradem Łęckim szukaliśmy koproducenta do tego filmu, ale nie mogliśmy znaleźć. Jedni chcieli zbytnio ingerować w scenariusz, inni po prostu odmawiali. I tak moja Fundacja „Między słowami” została sama na placu boju...

Co było największym problemem w realizacji filmu?
Oczywiście finanse. Pieniędzy ciągle nie było, więc wymyśliłem akcję zbiórki pieniężnej od zwykłych ludzi. Odzew przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania! Polacy wpłacali na film nie tylko w kraju, ale i za granicą. Datki płynęły z Australii, Kanady, Wielkiej Brytanii. Ale oprócz tego dano nam coś ważniejszego – słowa wsparcia i otuchy. Ten film jest więc tak naprawdę pomnikiem wzniesionym przez społeczeństwo. Poza tym, nieustannie czuwała nad nami Boża Opatrzność, której znaki były aż nadto czytelne.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z historią Wyklętych?
Dopiero przy kręceniu filmu „Historia Roja”, w którym grałem Romana Dziemieszkiewicza „Pogodę”. Wtedy Żołnierze Wyklęci dotarli do mojej świadomości, ale jeszcze nie do serca. Do serca przenikali stopniowo, kiedy zacząłem poznawać ich historię. Przygotowując się do kolejnego obrazu, przeczytałem o Pileckim, majorze Żubrydzie, Józefie Franczaku „Lalku” i wreszcie grypsy z więzienia Łukasza Cieplińskiego, które są wzruszającym testamentem katolika i patrioty. Dopiero to wszystko dało mi pełen pogląd na to, kim oni byli i jak zakłamywano naszą historię. Do tej pory zresztą nie uczy się o nich w szkołach, więc skąd młodzi ludzie mają czerpać wiedzę? Mam nadzieję, że ten film będzie kamykiem, który poruszy lawinę.

Całość wywiadu w Dodatku Historycznym do tygodnika "Gazeta Polska". Mecenasem dodatku jest PZU