W nocy z niedzieli na poniedziałek po raz 59. w historii rozdano prestiżowe nagrody Grammy. Ku zaskoczeniu liczba antyprezydenckich wystąpień podczas tegorocznej gali była relatywnie mała. Największą sensacją imprezy okazała piosenkarka Joy Villa, która swoją kreacją wyraziła poparcie dla obecnego prezydenta USA, ściągając tym samym na siebie falę krytyki ze strony amerykańskich środowisk liberalnych.

Amerykański przemysł rozrywkowy jest lewicowy. Widać to było podczas poprzedzającej niedawne wybory prezydenckie kampanii wyborczej, gdy niemal wszystkie gwiazdy muzyki i kina zdecydowanie poparły kandydaturę Hillary Clinton. Często z ich ust padały również komentarze krytykujące nową administrację. Niekiedy przekraczały granicę dobrego smaku - na przykład Madonna na proteście proaborcyjnym powiedziała, że myśli często o wysadzeniu Białego Domu. Dlatego przed ceremonią rozdania Grammy cała Ameryka zadawała sobie pytanie: która gwiazda wykorzysta okazję, aby zaatakować prezydenta? Ku zaskoczeniu wielu osób, mało która to zrobiła. Ataków było niewiele i były one dość stonowane. Jednak największą sensacją tej gali nie była żadna z lewicowych gwiazdeczek, a niemal zupełnie wcześniej nieznana piosenkarka Joy Villa.

Villa pojawiła się na imprezie w bardzo oryginalnym stroju. Jej sukienka, utrzymana w kolorystyce flagi amerykańskiej, miała na sobie słowa „Trump” i „Make America Great Again”.

Amerykanie szybko docenili odwagę Villi - jej płyta z 2014 roku, „I Make The Static”, wskoczyła w jeden dzień na pierwsze miejsce listy bestsellerów Amazon. Sprzedaż krążka wzrosła także w serwisie Itunes, gdzie udało się mu osiągnąć siódmą pozycję, wyprzedzając samą królową popu Lady Gagę. Dla porównania, nominowana do tytułu płyty roku, silnie zaangażowana w politykę i wspieranie lewicowych organizacji Beyonce w tym samym dniu osiągnęła zaledwie 90 pozycję.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Po wyborze Trumpa chciała wysadzić Biały Dom. Takiej odpowiedzi się nie spodziewała

Grammy 2017: Zwycięstwo Adele, porażka Beyonce. Polak wśród laureatów