​Ameryka entuzjazmu kontra Ameryka gniewu

  

20 stycznia 2017 r. – ten historyczny dzień zaprzysiężenia 45. prezydenta USA i początku 58. prezydentury w dziejach USA spędzam w Waszyngtonie. Amerykańska stolica jest niebiesko-biało-czerwona: widać ocean flag i chorągiewek w barwach narodowych, ale pachnie gazem łzawiącym. 

Policja wielokrotnie ściera się z anty-Trumpowskimi demonstrantami, aresztuje ok. 500 z nich, trzech policjantów jest rannych – to ponoć największe zamieszki w historii Washington D.C. Z jednej strony widzę amerykański entuzjazm, który jest udziałem dziesiątków tysięcy ludzi przybyłych tu na własny koszt ze wszystkich zakątków USA. Z drugiej – amerykański gniew i zdemolowane samochody oraz wystawy sklepowe. Czy entuzjazm Amerykanów, od paroletnich dzieciaków z rodzicami po sędziwych staruszków, którzy zjawili się na Pensylvania Avenue ze wszystkich stanów, aby oglądać tradycyjną paradę z udziałem prezydenta, wiceprezydenta i ich rodzin, szybko wygaśnie? Nie, jeśli Donald John Trump przemawiać będzie w tak uwodzicielski sposób jak podczas inauguracji. Czy amerykański gniew, wspierany przez zdecydowaną większość mediów – tych samych, które dzień w dzień, godzina po godzinie, rozstrzeliwały kandydata Republikanów w kampanii wyborczej, będzie bezsilny? Tak, jeśli tandemowi Trump-Pence uda się ożywić gospodarkę, zapewnić więcej miejsc pracy, spełnić część istotnych obietnic wyborczych i dać nadzieje zwykłym Amerykanom. Tym samym Amerykanom, którzy złorzecząc na waszyngtońskie elity, dały w listopadzie zwycięstwo miliarderowi z tegoż Waszyngtonu.

Feministki, celebryci i syn prezydenta

W kraju, w którym do Boga odwołują się nawet na banknocie, nie dziwi, że w dzień inauguracji nowi lokatorzy Białego Domu udają się na uroczystości religijne, a następnego dnia biorą udział, wraz z rodzinami, w międzywyznaniowych modłach „za Amerykę”. Oba „eventy” – bo przecież nie miały wyłącznie, a może nawet i nie głównie religijnego charakteru – były w oficjalnym programie prezydenckiej inauguracji, a sobotnie modły w waszyngtońskiej katedrze, rozpoczęte pieśniami z żydowskiej Tory, były transmitowane przez chyba wszystkie kanały telewizyjne. Ku wściekłości zresztą przeciwników Trumpa, bo telewizje przerwały wtedy „lajfy” z antyprezydenckiego Marszu Kobiet, który odbywał się w stolicy USA (oraz wielu innych amerykańskich miast) przy wsparciu celebrytek. Hmm, sięgniecie po (teoretycznie) słabszą płeć w walce politycznej – skąd my to znamy? Tyle że w Stanach Trump dał ku temu realne preteksty czy powody.

Prezydent Trump, zresztą w zgodzie z amerykańską tradycją i protokołem dyplomatycznym, eksponuje wszędzie członków swojej rodziny, dzieci z kolejnych małżeństw. To musi się podobać Amerykanom z ich konserwatywnymi, rodzinnymi wartościami. Gdy na tradycyjnej prezydenckiej paradzie z kilkudziesięcioma orkiestrami, m.in. z poszczególnych uczelni wojskowych, Barron Trump jr, mający niespełna 11 lat, swobodnie pozdrawiał wiwatujący tłum, pomyślałem, czy wzorem George’a Walkera Busha pójdzie w ślady ojca i też powalczy o prezydenturę? Droga daleka, ale tradycje „dynastyczne” w Stanach są silne, biorąc pod uwagę nie tylko rodziny Bushów czy Clintonów.

Na celowniku: Kaczyński, potem Trump

Podobieństw między USA a Polską można znaleźć sporo, nawet się na to nie siląc. Myśmy mówili o „Polsce w ruinie” – dziś Donald John Trump mówi „dość rzezi Ameryki”. W Polsce Prawo i Sprawiedliwość wygrało wbrew wyciu medialno-polityczno-biznesowego establishmentu – ten atak podobnej „elity” na Trumpa był, uwaga, jeszcze większy. W wypadku i Warszawy, i Waszyngtonu ta bezpardonowa nagonka nie ustała bynajmniej po zwycięskich dla prawicy wyborach. Dodajmy do tego, że i tu, i tu liberałowie stawiali na rozbicie „obozu patriotycznego”, wyciągając z PiS-u, tak jak i z obozu Trumpa różnych polityków czy dziennikarzy i „sprzedając” ich apostazję z komentarzami typu „nawet oni uznali, że Kaczyński (Trump, w zależności od szerokości geograficznej) to i tamto”... W obu też wypadkach szermowano (u nas silniej, bo Ameryka jest z definicji bardzo „amery-kocentryczna”) pseudoargumentami typu: „co powie zagranica”. Wiosną i jesienią 2015 r. w Polsce oraz latem i jesienią 2016 w USA użyto całej armii celebrytów, aby pokazać „zwykłym ludziom”, na kogo muszą zagłosować. I u nas, i u nich szermowano argumentem, że głosowanie na prawicę to „obciach”. Wreszcie i nad Wisłą, i nad Potomakiem objawili się idioci, którzy deklarowali, że jak Kaczyński (Trump) wygra wybory, oni emigrują, bo nie wyobrażają sobie życia w „takim kraju”. Cóż, osły po obu stronach Atlantyku nie dotrzymały słowa i nadal żyją tam, gdzie dotąd, tylko teraz cierpiąc „pod dyktaturą”.

Język hejtu „made in USA”

Mój hotel znajdował się dosłownie przy Pennsylvania Avenue, którą godzinami przechodziła parada. Widziałem kolejki na setki metrów do punktu kontroli i czekających cierpliwie, częściowo w deszczu, ludzi, którzy przyjechali nieraz z drugiego krańca Stanów, aby zademonstrować solidarność z nowym prezydentem ich kraju i po prostu cieszyć się tym wyjątkowym dniem. Gniewni demonstranci, którzy blokowali dostęp do National Press Center czy okazywali agresję wobec policji, ale też pojedynczych, a więc niemogących się specjalnie bronić, sympatyków Trumpa, mieli inne motywacje. Dla nich, z różnych powodów, wybór miliardera na prezydenta to koniec świata. Czytałem język ich plakatów, T-shirtów czy transparentów. Wyłania się z nich obraz Ameryki zakompleksionej, skrajnie ideologicznej, momentami bezrozumnej, Ameryki uwiedzionej stereotypami i propagandą feministyczną, a w dużym stopniu wulgarno-feministyczną. Prawdę mówiąc, rzadko które z nich były dowcipne, w większości były nienawistne. Ale też przypominały bardzo podobne plakaty czy transparenty w Europie, w tym w Polsce na podobnych, choć dużo mniej licznych demonstracjach. Pilnie notuję owe hasełka, bo układają się w pewną – wstydliwą niestety dla ich autorów (autorek) – całość (uwaga: polskie tłumaczenia nie oddają częstej gry słów): „Trump jest toksyczny”; „Wyrzucić Trumpa, gwałciciel to nie mój prezydent”; „Stop Trumpowskiej kulturze nienawiści”; „Jestem Amerykanką, jestem zawstydzona”; „Trumpizm to faszyzm”; „Dokonać impeachmentu mowy nienawiści. Widziałam lepsze gabinety w Ikei” (to akurat jest dowcipne); „Twoje malutkie dłonie precz od mojego ubezpieczenia”; „Nie wyszłam z twojego żebra, ty wyszedłeś z mojej waginy”; „Będziemy bronić naszych praw reprodukcyjnych wywalczonych przez nasze matki – wspieram świadome rodzicielstwo”; „Możesz nas wszystkich zabić”; „Zbudować mur wokół Trumpa”; „Moje ciało, mój wybór”; „Nadzieja – nie macanie”; „Trump nie wygrał, dopóki my nie jesteśmy cicho”; „Nie mamy nic do stracenia prócz naszych łańcuchów” (sic! – dop. R.Cz.); „Uważaj, Trump”; „Walcz jak baba”; „My, Naród (to przekreślanie wyniku demokratycznych wyborów jest zwyczajem nie tylko nad Wisłą... – dop. R.Cz.). Bez mandatu – 2,9 mln głosów mniej niż Hillary”; „Chronić prawdę, chronić naszych dziennikarzy” (hasło wznoszone w kraju najbardziej brutalnych ataków dziennikarzy na polityków czy też konkretnie: jednego polityka. Tu też analogia do sytuacji w Polsce jest oczywista – dop. R.Cz.). I wreszcie jedno z dowcipnych, choć kąśliwych: „Ponownie uczynimy Amerykę uprzejmą”.

Mniejszości za... Donaldem!

Słysząc to, co mówi się o Donaldzie Trumpie i w Ameryce, i w Europie, i porównując to z faktami, mam czasem wrażenie, że duża część amerykańskich i europejskich polityków i dziennikarzy wolała z realu wyemigrować do wirtualu. W Waszyngtonie widziałem demonstrantów eksponujących antyrasistowskie hasła. Ot, kolejna sztampa. A jaki to ma związek z rzeczywistością? Kompletnie żaden. W przeddzień inauguracji Donalda Trumpa w USA przemawiałem w Waszyngtonie na specjalnym evencie zorganizowanym przez Asia-Pacific Americans, czyli obywateli USA pochodzących z Azji i wysp Pacyfiku. Byli to zwolennicy Trumpa zaangażowani w jego kampanię. Często zamożni biznesmeni, a także członkowie lokalnych władz. Dla nich Trump nie jest rasistą, tylko człowiekiem stwarzającym im, ich dzieciom i wnukom, nadzieje na Amerykę równych szans, nie tłamszoną przez establishment polityczno-medialny. 

Jeden z tych ludzi, pochodzący zresztą z Syrii, tłumaczył mi, że choć to zabrzmi jak paradoks, są oni przeciwnikami imigracji, głównie muzułmańskiej do USA, ponieważ reakcja na to przeciętnych Amerykanów zwróciłaby się przeciwko obywatelom USA wyznającym islam czy pochodzącym z tych krajów. Oznacza to, że np. syryjscy Amerykanie nie chcą nadmiernej, niekontrolowanej imigracji swoich rodaków na kontynent amerykański.

O ile o zwycięstwie Trumpa w dwóch „swing states” – Michigan i Wisconsin – zadecydowali Polacy czy też Amerykanie polskiego pochodzenia, to na Florydzie imigranci z Kuby. Postawili oni na Trumpa, bo ten publicznie skrytykował Obamę za polityczny deal z Hawaną braci Castro. A czy pamiętamy propagandę CNN, „New York Timesa”, „Washington Post” etc., jak to „Trump nie znosi Latynosów” i w związku z tym owi Latynosi na niego nie zagłosują, co będzie jednym z wielu powodów przegranych przez niego wyborów?

Trump: wzmocnimy NATO...

Zapewne jestem jednym z wielu Polaków odczuwających elementarną solidarność z amerykańskim politykiem brutalnie atakowanym przez te same media i siły polityczne, które atakują mój kraj i rząd, również utworzony w wyniku demokratycznych wyborów. Im bardziej tandem Trump-Pence jest atakowany, tym bardziej mam ochotę go bronić. Nie zwalnia mnie to jednak z politycznej refleksji dotyczącej oceny jego polityki zagranicznej i składu jego gabinetu. Na razie czekamy na fakty i konkrety. Nie przyłączajmy się do nagonki na podstawie wyłącznie słów czy deklaracji. Nowy prezydent USA broni się przed atakami Demokratów, którzy za wszelką cenę chcą go zdezawuować, przypisując jego zwycięstwo Rosji, Putinowi, rosyjskim hakerom etc. Niechęć śpiewania przeze mnie – i przez wielu z nas – w chórze atakującym Donalda Johna Trumpa nie oznacza carte blanche i „randki w ciemno”. Polityka jest realizowana przez konkretnych ludzi. Stąd Polacy powinni się cieszyć z nominacji generała Jamesa Mattisa na sekretarza obrony. Ten człowiek zna Rosję i dlatego właśnie jest nieufny wobec Kremla. To dobry początek, ale odrzucając potępianie Trumpa w czambuł, ex definitione, przestrzegam przed bezrefleksyjnym hurraoptymizmem. Wait and see – na razie trzymamy kciuki za prezydenta największego mocarstwa świata, który w swojej inauguracyjnej mowie zapowiedział: „Chcę wzmocnić stare sojusze”. Wspieranie NATO to dobry ruch, Panie Prezydencie Trump.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl