W czasach Polski Ludowej zeznawania przeciwko oskarżonemu można było odmówić w sytuacji, w której było się z nim spokrewnionym lub powołując się na okoliczność skonsumowanego uczucia. Podczas procesu Adama Borowskiego prokuratura powołała na świadków trzy jego koleżanki. – Jako młoda mężatka odmawiam zeznań, ponieważ z oskarżonym łączy mnie uczucie – powiedziała pierwsza. Druga, powołując się na relację z Borowskim, także odmówiła zeznań. To samo zrobiła trzecia. – Wysoki Sądzie, wobec tych zeznań widać, że oskarżony nie miał czasu na konspirację – podsumował obrońca Borowskiego, mecenas Władysław Siła-Nowicki.

Adam Borowski przyszedł na świat 21 lipca 1955 r. w Warszawie. Jak sam mówi, jego rodzina to z dziada pradziada warszawiacy, choć dziadek od strony mamy urodził się nad Morzem Czarnym. Jak podaje rodzinna legenda, ojciec dziadka był zesłany na Syberię prawdopodobnie za sprawy polityczne. – Kryminalistów wówczas nie zsyłano – opowiada Borowski. Pradziadkowi na Syberii towarzyszyła prababcia, a dziadek, Ludwik Seges urodził się podczas powrotu z zesłania. Nazwisko Seges prawdopodobnie świadczy o domieszce krwi czy to węgierskiej, czy tatarskiej. Z kolei dziadek od strony taty, Adam, został złapany przez Sowietów podczas przekraczania granicy w grudniu 1939 r. Zginął w łagrze. – Wojny nie przeżyli także bracia ojca. Jeden zginął w Stutthofie, podczas ewakuacji obozu, drugi w powstaniu warszawskim – opowiada Borowski o rodzinie. 

Po wojnie rodzice zamieszkali na Mokotowie, tam też na świat przyszedł Adam. Uczęszczał do podstawówki im. Władysława Broniewskiego. – Bardzo dobry poeta i zarazem postać tragiczna. Piękną kartę legionową zaprzepaścił, zaprzedając się reżimowi komunistycznemu. Myślę, że jako człowiek wrażliwy nie dał sobie rady z wyrzutami sumienia i po prostu się zapił – ocenia dziś patrona dawnej szkoły. 

Trzynastolatek w obronie studentów

Już w młodym wieku Borowski odznaczał się dużą dezynwolturą. Po pierwsze, nosił długie włosy, co w tamtych czasach było niedopuszczalne. Kiedy belfrowie wymagali od niego, by je ściął, grożąc relegowaniem ze szkoły, mówił, że tego nie zrobi. – Zgodnie z prawem musiałem skończyć podstawówkę. Było mi wszystko jedno: tę czy inną. Taka argumentacja najwyraźniej przekonała moich wychowawców, bo ostatecznie mnie nie usunięto – mówi.

Ale długie włosy nie były jedynym „przewinieniem” młodego Adama. Wraz z ojcem namiętnie słuchał Radia Wolna Europa, potem zaś wypominał nauczycielom historii, że nie uczą młodzieży o Piłsudskim, o legionach, o Katyniu. 

Przyszedł rok 1968, chłopak był w szóstej klasie. Przejąwszy się losem katowanych przez milicję studentów, postanowił działać. Na pięciu kartkach z bloku rysunkowego w formacie A3 narysował ilustracje przedstawiające represjonowaną młodzież akademicką. Na jednym obrazku – milicjanci biją pałkami, na innym – młody chłopak leży, a milicjanci go kopią. I tak dalej, w podobnej stylistyce. Nad każdym obrazkiem napis: „Brońmy naszych kolegów studentów”. Dumny ze swoich dzieł, porozwieszał je na korytarzach w szkole. Oczywiście rozpętała się wielka afera, a autora wykryto bez większych problemów.

Co ciekawe, nie wezwano milicji. Wśród uczniów jego klasy były dzieci wojskowych. Za „naprawianie” Borowskiego wziął się więc ojciec jego koleżanki. Rąbnął mu kazanie o tym, że nie zna się na historii, zajmuje sprawami, których wagi i znaczenia nie rozumie, oraz że jego zachowanie może niekorzystnie zaważyć na całej jego dalszej przyszłości zawodowej. Oczywiście dyrekcja rozmawiała także z rodzicami, którzy usiłowali nieco zmitygować syna. – Co ciekawe, w szkole zostałem bohaterem. I to nie dlatego, że młodzież popierała protestujących studentów. Powód był prozaiczny. Przez mój protest przez dwa dni nie odbywały się lekcje – wspomina Borowski. 

Trolejbusy potiomkinowskie

Później jednak za akcję przyszło Adamowi zapłacić. W tamtych czasach o tym, gdzie będzie się kontynuować edukację, w dużej części decydowała opinia wystawiana przez wychowawcę na koniec szkoły podstawowej. Borowskiemu wpisano, że nadaje się wyłącznie do zasadniczej szkoły zawodowej budowlanej. Innymi słowy: za swoje politykowanie miał skończyć jako zbrojarz lub betoniarz. 

Ostatecznie matka ubłagała dyrektora Technikum Mechanicznego mieszczącego się przy ul. Wiśniowej, żeby dopuścił jej syna do egzaminów. Udało się je zdać. – Tu niestety już nie brykałem. Musiałem też obciąć długie włosy, co było dla mnie tragedią. Wstyd mi zresztą, że taki byłem spokojny, ale nie mogłem zaprzepaścić starań mamy – przyznaje z niechęcią. 

Kiedy skończył technikum, poszedł do pracy. Pojawiło się zagrożenie, że trafi do wojska. – W lipcu 1975 r. słyszałem w radio, jak żołnierze składali przysięgę na polach Grunwaldu. Ślubowali na wierność Armii Radzieckiej. Poinformowałem więc rodziców, że jeśli czegoś nie zrobią, by nie powołano mnie do wojska, to pójdę do więzienia. No i zrobili, zostałem jedynym żywicielem rodziny – opowiada. 

Rozpoczął pracę jako ślusarz. Jak sam przyznaje, na początku głównie biegał po „wódeczkę” dla klasy robotniczej. Sam nie pił, bo od podstawówki trenował podnoszenie ciężarów. Później awansował – został urzędnikiem odpowiedzialnym za zaopatrzenie. W czasach komunizmu było mało towarów, potrzebowano za to dużo zaopatrzeniowców, którzy jeździli po całej Polsce i zdobywali konieczne do produkcji materiały. – To był totalny Bareja. Przykładowo trasa trolejbusowa miała być gotowa na 22 lipca. W związku z tym byle jakie fundamenty włożono do wykopów, stawiano byle jakie słupy, żeby pierwszy sekretarz Edward Gierek widział, że stoją. A jak Gierek przejechał, to wszystko rozebrano i dopiero po roku skończono budowę – wspomina. 

Albo inna historia. Kiedy Borowski pracował w Przedsiębiorstwie Budowy Sieci Cieplnej, to praktyka była taka, że potrzebnego elementu zamawiało się zazwyczaj 10 razy więcej, niż było potrzeba. Przykładowo: jeśli potrzeba było 20 zaworów, to zamawiano 200. Gdyby zamówiono 20, z pewnością przyszłyby dwa. Wiązało się to z brakami materiałowymi na rynku. – Kiedyś jednak zamówiłem 300 zaworów i przysłali 300. W zakładzie panika, dostawa waży kilka ton i nie ma jej gdzie postawić. W końcu musiałem jeździć po Polsce i to posprzedawać – wyjaśnia Borowski. 

Pomimo że pracował, zdecydował się pójść na zaoczne studia historyczne. Na świat przyszła córka Ania. Właśnie na uczelni wpadł mu do ręki „Biuletyn Informacyjny” KSS KOR. – Postanowiłem się w to włączyć. Skontaktowałem się z Anką Kowalską. Zakładałem, że jak mnie zatrzymają, to po prostu powiem, że jestem wielkim fanem jej talentu poetyckiego – wspomina.

KOR-owiec na zakładzie

Spotkali się w siedzibie PAX. Borowski wyobrażał sobie nie wiadomo jaką konspirację. A tam: bibuła na wierzchu, Kowalska za stołem. Dała mu „Biuletyny informacyjne” i „Robotnika” do rozprowadzenia. 

Tak zaczął się mit, którego kształtowania się nie był świadom: przylgnęła do niego łatka zakładowego KOR-owca. Po podpisaniu porozumień sierpniowych na Wybrzeżu do Borowskiego przyszła delegacja zakładowa i mówią: „Zakładaj związki, my cię poprzemy”. Jeszcze przed rejestracją Solidarności do nowego związku należało 90 proc. zakładu. Po rejestracji zaś Borowski został przewodniczącym. – To był dobry zakład – mówi. 

Robotnicy zdecydowali się także na strajk na początku stanu wojennego. – Problem polegał na tym, że w moim zakładzie nie było możliwości prowadzenia strajku okupacyjnego. Postanowiliśmy przenieść się z nim do pobliskiej Fabryki Narzędzi im. Świerczewskiego. Dogadałem się z przewodniczącym tamtejszej Solidarności, że okupować będziemy ich zakład razem. Niestety zanim do nich dotarliśmy, już zostali spacyfikowali – wyjaśnia. 

W związku z pacyfikacją innych zakładów w końcu i Borowski zdecydował się na poddanie strajku. Później do lipca 1982 r. ukrywał się, konspirował i tak powstała duża struktura – Międzyzakładowy Robotniczy Komitet „Solidarności”. 

W ramach działań konspiracyjnych udało się m.in. zorganizować niezależny pochód na 1 maja czy położyć marmurową płytę na placu Zwycięstwa ku czci poległych górników w Kopalni „Wujek”. Borowski uczestniczył także w akcji uwolnienia postrzelonego przez MO Jana Narożniaka ze szpitala przy ul. Banacha w Warszawie. 

W pewnym momencie rozzuchwaleni konspiratorzy wpadli na pomysł, by porwać mjr. Wiesława Górnickiego, aby wymienić go na aresztowaną Zofię Romaszewską. Niestety, wśród konspirujących znalazł się agent Służby Bezpieczeństwa. 

10 lipca 1982 r. Borowskiego aresztowano. Początkowo siedział w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej. Sąd Warszawski Okręgu Wojskowego skazał go na 3,5 roku więzienia, w wyniku apelacji prokuratorskiej wyrok podwyższono do 6 lat i na mocy amnestii zmniejszono o połowę. Potem było więzienie w Łęczycy.

Jak wspomina, na Rakowieckiej spędził najpiękniejszego Sylwestra w swoim życiu. Leżał smętny na górnym łóżku, tzw. jabłonce. Nagle usłyszał charakterystyczny dźwięk, czołówkę Radia „Solidarność” – wojenną melodię „Siekiera, motyka”. Okazało się, że taki prezent na Sylwestra postanowili zrobić zamkniętym koledzy z podziemia. Osadzeni sfrunęli z łóżek. Żelaznymi kubkami i miskami zaczęli walić o drzwi celi, krzycząc: „Solidarność! Solidarność!”. Po chwili skandowało całe więzienie. 

Solidarność Walcząca i Czeczeni na chacie

Na wolność wyszedł warunkowo 19 lipca 1984 r. I… zaczął konspirować. W 1985 r. założył Niezależne Wydawnictwo Książkowe Wers. Związał się z Solidarnością Walczącą. W 1987 r. powołał jej wydawnictwo Prawy Margines i pismo „Horyzont”.

W 1989 r. założył Oficynę Wydawniczą Volumen, będącą kontynuacją działalności Wersu. Oficyna działa do dziś. W III RP Borowski nie chciał czynnie zajmować się polityką, kontynuował pracę jako wydawca. W 1995 r. współorganizował Komitet Polska–Czeczenia, w latach 2000–2006 był jego przewodniczącym. Od 2005 r. jest Honorowym Konsulem Czeczeńskiej Republiki Iczkeria w Polsce. – Przez mój dom przewinęła się masa bojowników czeczeńskich i najbliższa rodzina poległego prezydenta Asłana Maschadowa. To niesamowity naród, miłujący wolność równie mocno jak Polacy – mówi.

Niedawno Adam Borowski został przewodniczącym klubu „Gazety Polskiej” Warszawa II. – Chcę, by ten klub i wszystkie jego działania były kontrą na marsze KOD i protesty opozycji. Chodzi o to, by w sytuacji, w której jakiś europoseł PO będzie mówił o protestach przeciw rządowi, mógł wyjść po nim europoseł PiS i podkreślić, że z kolei ileś tam tysięcy ludzi uczestniczyło w manifestacji poparcia dla rządu – opisuje swoje plany.