Nazywa się niepozornie, a na pierwszy rzut oka przypomina bardziej postać z kreskówki lub maskotkę niż jednego z najgroźniejszych drapieżników na świecie. Ratel miodożerny, miodożer czy też pszczoło-jamnik, jak mawiano dawniej. Co łączy go z Donaldem Trumpem i jego ludźmi, a w szczególności z tym jednym – Stevem Bannonem? - pyta Wojciech Mucha w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska".

Ratel miodożerny (bardziej majestatycznie brzmi to po angielsku – honey badger), to jedno z najbardziej fascynujących zwierząt świata. Ten pochodzący z Afryki ssak wielkości łasicy wdarł się przebojem do amerykańskiej kampanii wyborczej, gdy doradcy Trumpa zorientowali się, że jego charakterystyczne umaszczenie – biała pręga biegnąca od czoła do ogona – kojarzy się z odwiecznym obiektem drwin adwersarzy prezydenta elekta – rozczochraną czupryną. Prędko dopatrzono się większej liczby podobieństw. Ratel jest bowiem właścicielem niesamowicie grubej skóry, dzięki której jest odporny na ukąszenia pszczół, gdy bez pardonu atakuje ich gniazda w poszukiwaniu miodu.

Zresztą, jak czytamy w opisie zwierzaka: „Posiada duże spektrum pokarmowe. Żywi się owadami, ptakami i ich jajami, płazami, gadami, atakuje również jadowite węże, drobne ssaki, czasem napada na młode niektórych gatunków antylop”. W internecie znajdujemy filmy, na których stacza równą walkę z atakującymi go kobrami, pytonami, a nawet hienami, leopardami czy lwami. Zęby ratela są w stanie przegryźć skorupę żółwia, a organizm jest odporny nawet na jad węży. Nigdy się nie poddaje, jest nieustraszony, jest niezłym skurczybykiem – przekonują zarówno fani zwierzęcia, jak i porównujący go do Trumpa sympatycy tego ostatniego.

My się nie poddajemy

„Jeśli Donald Trump miałby być gwiazdą internetu, byłby z pewnością »honey badgerem«. Mówi tak, jakby nic go nie obchodziło, ludzie z tego drwią, ale wydaje się, że nic go nie rani”

– pisał jeszcze w lipcu tego roku Josh Hick, dziennikarz „The Washington Post”. Z kolei w sierpniu obszerny tekst o podobieństwach Trumpa do drapieżnika zamieściła stacja CBSNews. Jednak zapewne obie nie wierzyły, że „zwierzę, które się niczym nie przejmuje”, wygra ze wszystkimi. Stało się inaczej. A w zasadzie tak, jak stać się musiało – ratel wszedł do gniazda szerszeni i wziął, co chciał. Jad go nie zabił.

Tak było w sierpniu. Mniej więcej w tym samym czasie rolę głównego spin doktora Trumpa objął Steve Bannon, były inwestor banku Goldman Sachs, eksproducent z Hollywood i szef prawicowego serwisu Breitbart. Kim jest ten obecnie najbliższy doradca prezydenta elekta? Co takiego jest w człowieku, o którym jego przeciwnicy mówią, że wygląda jak „wyłowiony z rzeki Robert Redford”?

Raj dla niepokornych

63-letni dziś Bannon przyszedł na świat w Norfolk w Stanie Virginia w ubogiej rodzinie irlandzkich katolików, opowiadających się za Kennedym i głosujących na demokratów. Bannon, co lubią Amerykanie u swoich liderów, ma za sobą służbę w wojsku. Cztery lata na pokładzie niszczyciela pływającego m.in. po Zatoce Perskiej musi robić wrażenie.

Jest określany mianem „jednego z najniebezpieczniejszych politycznych strategów w Ameryce”. Nim jednak zyskał to miano, był m.in. dokumentalistą filmu o Ronaldzie Reaganie „In the Face of Evil”. Współtworzył także poświęcony konserwatywnej polityk Sarze Palin film „Niepokonana”. Nim wszedł w szeregi ludzi Trumpa, przez kilka lat prowadził konserwatywny serwis Breitart. „Postrzegamy się jako antyestablishmentową klasę polityczną” – mówił o swoim środowisku.

A czym jest z kolei ów serwis, który w Stanach wywołuje dwa uczucia – uwielbienie i nienawiść? Breitbart powstał w 2007 r. z inicjatywy konserwatywnego publicysty Andrew Breitbarta. Od samego początku serwis zrywał z polityczną poprawnością i szedł wbrew treściom podawanym przez „wiodące media”. Po nagłej śmierci założyciela, w 2012 r., stery objął Bannon, a jego wspólnikiem został John Pollak. Przez lata strona borykała się z atakami lewicowych i liberalnych mediów i środowisk. Oskarżano ją o szkalowanie muzułmanów i imigrantów, a dziennikarzy określano mianem „sterowanych ideologicznie”. Istotnie, nie brakowało treści, które wręcz wybijały zęby politycznej poprawności. Co ciekawe, wokół serwisu powstał konflikt między Ligą Przeciwko Defamacji a Amerykańską Organizacją Syjonistyczną. Pierwsza zarzucała serwisowi antysemityzm, podczas gdy druga twierdziła, że ten „odważnie się mu przeciwstawia”. Portal był głównym źródłem informacji w czasie kampanii wyborczej. Serwis Bloomberg określi go jako „raj dla tych, którzy uważają Fox news za zbyt grzeczne i za bardzo stonowane”.

Bierze, co chce

Breitbart stał się głównym środkiem przekazu dla kampanii Donalda Trumpa. Do czerwca 2016 r. było to najbardziej cytowane źródło informacji na oficjalnej stronie kampanii miliardera (donaldjtrump.com). Sam Bannon w sierpniu tego roku zrezygnował z kierowania serwisem i ku oburzeniu Hillary Clinton i jej otoczenia wszedł do sztabu Trumpa jako jego lider. Oczywiście poskutkowało to atakami na niego. Musiał zmierzyć się na przykład z przypomnianymi mu oskarżeniami byłej żony. Ta w 2007 r. zeznała, jakoby Bannon był przeciwny posyłaniu swoich córek do jednej ze szkół w Los Angeles, ponieważ była w niej „nadreprezentacja żydowskich dzieci”. Bannon zaprzeczył, a kampania Trumpa weszła na najwyższe obroty.

Mniej więcej w tym samym czasie CBS wyliczało osoby, których nie wahał się zaatakować Trump w drodze po nominację republikańską – od bohatera wojennego, senatora Johna McCaina przez muzułmanów aż do „papieża Franciszka, najpopularniejszego papieża od dekad”. – Dlaczego Trump to robi? – zastanawiała się stacja. – Honey badger don’t give a sh… – brzmiała odpowiedź. – Ratel miodożerny się nie przejmuje. Bierze to, co chce.

Inaczej widzą to zwolennicy Bannona i Trumpa: „Mainstreamowe media i Partia Demokratów użyły każdej możliwej broni, by zwalczyć Steva Bannona i zarazem Donalda Trumpa oraz 61 milionów »godnych pożałowania wyborców« [jak określano jego zwolenników – red]. Oni opisywali Bannona i Breitbart jako »antysemitów« »białych nacjonalistów«, »neonazistów«. Kto mógł to przetrzymać?" – pyta Joel B. Pollak, publicysta z breitbart.com. I daje odpowiedź: „Tylko honey badger, ratel miodowy. Bo widzicie, ratel miodowy się niczym nie przejmuje” (w języku angielskim brzmi to bardziej dosadnie).

Jak mówi w najnowszym (grudniowym) numerze „Nowego Państwa” Matthew Tyrmand, zaangażowany w kampanię Trumpa publicysta i syn znanego pisarza: – Bannon promował prawicę od zawsze. I choć w mediach amerykańskiego „głównego nurtu” jest niemal jak diabeł: antysemita, szowinista, radykał (to najlżejsze określenia), ci, którzy go znają, twierdzą, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością. Bannon opowiadał się od zawsze za wielkim projektem prawicowej kontrrewolucji, także w sferze kultury. To jeden z ludzi, do których mam nieskrywany szacunek – mówi Tyrmand. – On ma kompleksową wiedzę, jeśli chodzi o politykę, historię i kulturę. Ma doskonałą wiedzę o Europie, także Środkowej i Wschodniej. Wie doskonale, że dziś toczy się bitwa o kształt świata zachodniego, jak nie przymierzając za czasów króla Jana III Sobieskiego – dodaje. Bannon wie, że rewolucja toczy się dziś poprzez multikulturalizm, poprawność polityczną i relatywizm oraz marksizm kulturowy.

Najniebezpieczniejszy

Tyrmand przekonuje (a potwierdzają to także wszyscy analitycy), że rola Bannona w kampanii Trumpa była zasadnicza. Był głównym strategiem, a teraz ma pełnić rolę „szarej eminencji” w Białym Domu. – Widziałem Bannona w tak wielu sytuacjach, o których warto opowiedzieć, że kiedyś chyba napisze o tym książkę – mówi Tyrmand.

Kiedy już po wygranych wyborach, w połowie listopada Donald Trump ogłosił, że Steve Bannon będzie jego głównym strategiem, w lewicowych mediach za oceanem zawrzało. Ale nie tylko. Bo boją się go nawet w Partii Republikańskiej. John Waever, jeden z republikańskich strategów, na wieść o nominacji Bannona napisał na Twitterze: „Rasistowska, faszyzująca prawica posiada swoją reprezentację tuż obok Gabinetu Owalnego. Bądź bardzo czujna, Ameryko”. „Biały nacjonalista jest tylko sekundę od objęcia najbardziej wpływowej posady w Białym Domu” – dodał Dan Pfeiffer, jeden z doradców Baracka Obamy. Ale to jedna strona medalu: – Steve jest wysoko wykwalifikowanym liderem. To człowiek, który doprowadził nas do historycznego zwycięstwa. Teraz będę miał go w Białym Domu, gdzie będziemy pracować, aby Ameryka znów był wielka – mówił tymczasem Donald Trump. Pytany o kontrowersje wokół swojego nowego dorady, odparł jedynie: – Znam go od dawna. Gdybym uważał go za rasistę lub skrajnego prawicowca czy coś podobnego, nigdy bym nawet nie pomyślał, by go zatrudnić. „Steve Bannon jest najniebezpieczniejszym doradcą politycznym w Ameryce. Obecnie jest także jednym z najpotężniejszych” – pisze „Telegraph”. Owszem. A przy tym niepozorny jak „wyłowiony z rzeki Robert Redford”. Czyli w sumie coś jak ratel miodowy.

Czy „najpotężniejszy” zdaje sobie sprawę z istnienia Polski, o której to brak wiedzy oskarżają Trumpa złośliwi przeciwnicy? – Oczywiście. On zdaje sobie sprawę z tego, że państwa Europy Środowej i Wschodniej – Polska, Czechy Słowacja Węgry, prawdopodobnie także państwa bałtyckie – są na pierwszej linii frontu – mówi Matthew Tyrmand. – Wie o tym, że kraje te muszą znaleźć formułę funkcjonowania, że konieczna jest budowa Międzymorza – dodaje.

Cóż, według „Księgi rekordów Guinnessa” ratel miodożerny (czy jak kto woli „honey badger”) jest najbardziej nieustraszonym zwierzęciem świata. Co więcej, zwierzątko cechuje niespotykana inteligencja. Znane są przypadki, kiedy drapieżnik wykorzystywał w charakterze narzędzi różnorakie przedmioty, a poszukując gniazd pszczół, tropił ptaka – miodowoda dużego. Oby porównywanym do ratela Trumpowi i jego ludziom nie brakło właśnie inteligencji. Bo że biorą, co chcą i mają grubą skórę, zdążyliśmy się już przekonać.