Choć charakter emocji protestujących przeciwko Trumpowi i sympatyków KOD uderza w podobne tony, te dwa zjawiska różnią się jedną zasadniczą kwestią: średnią wieku uczestników. Może to szczęście w nieszczęściu, że trzon organizacji Mateusza Kijowskiego tworzą emerytowani pracownicy komunistycznych służb, a nie krewcy młodzieńcy o lewackich poglądach. Jak pokazały bowiem ostatnie wydarzenia w Ameryce, ludzie „z sercem po lewej stronie” zdolni są do zorganizowania rozróby na naprawdę dużą skalę - pisze „Gazeta Polska”.

Protesty, które często przeradzały się w zamieszki, rozpoczęły się właściwie tuż po ogłoszeniu oficjalnego wyniku wyborów i miały miejsce w wielu amerykańskich miastach, głównie tych największych, uważanych za bastiony demokratów. Mieliśmy wydarzenia kuriozalne: jak palenie trampków firmy New Balance (jej właściciele poparli Trumpa), ale także bardzo niepokojące: jak strzały, które padły na wiecu w Oregonie.

Choć liczebność demonstrantów nie jest imponująca (szczególnie jak na warunki amerykańskie), to nagłaśnianie sprawy przez media nadaje jej większy kaliber. Szczególnie że w polityce amerykańskiej protestowanie przeciwko samemu wynikowi wyborów (a nie konkretnym decyzjom danej administracji) nie zdarzało się do tej pory zbyt często.

Śledzący na bieżąco wydarzenia w USA przyzwyczaili się już do regularnych doniesień na temat histerycznych reakcji liberalnej, wychowanej w cieplarnianych warunkach amerykańskiej młodzieży (a raczej dorosłych ludzi, którzy zachowują się jak polskie gimnazjalistki). Takie zachowania ograniczone były jednak do tej pory jedynie do specyficznego świata uniwersyteckich campusów. Większość takich doniesień traktowana była z przymrużeniem oka. Bo jak poważnie mówić o zdjęciu z afisza „Monologów waginy” na jednym z uniwersytetów ze względu na to, że sztukę napisała, owszem, kobieta, ale jednak biała? Albo o zmuszeniu profesora prawa, by podczas swoich wykładów nie omawiał tej części przepisów, która dotyczy kar za gwałt (samo używanie tego słowa „traumatyzowało” wielu studentów)? Albo o tworzeniu dla dwudziestokilkuletnich ludzi tzw. bezpiecznych miejsc, których wyposażenie złożone z kolorowanek i pluszowych misiów przypominało raczej sale dla przedszkolaków?

Przejmowanie rzeczywistej kontroli nad campusami przez lewackie organizacje, które starsi i mądrzejsi przedstawiciele lewicy nazywali okazją dla młodzieży na „wyszumienie się” i „naukę demokracji w praktyce”, ma jednak dużo poważniejsze konsekwencje. Amerykańskie uniwersytety wykształciły pokolenie ludzi w rzeczywistości niewykształconych, ale za to przekonanych o swojej genialności i wyjątkowości. Ludzi o zerowej tolerancji dla wszystkiego, co kojarzy się ze znienawidzonym, konserwatywnym porządkiem, którzy nawet na najmniejsze przejawy sprzeciwu są gotowi reagować histeryczną agresją. To właśnie ci ludzie i narracja dla nich stworzona stanowią trzon protestów przeciwko Donaldowi Trumpowi.

Więcej w tygodniku „Gazeta Polska”.