Filmowcy z hiszpańskiego San Sebastian, gdzie „Plac zabaw” miał swoją światową premierę, okrzyknęli ten film „horrorem społecznym”. Jury Festiwalu Filmowego w Gdyni uznało reżyserski debiut Bartosza M. Kowalskiego za bezkonkurencyjny. Nic dziwnego, w końcu nic tak bardzo nie porusza, jak historia, która wydarzyła się naprawdę, zaserwowana dodatkowo na znakomitym poziomie artystycznym. O „Placu zabaw”, który w piątek wszedł a ekrany polskich kin już wiadomo, że nie jest kinem dla każdego. A jednak każdy powinien o tym filmie przynajmniej usłyszeć.  Z reżyserem obrazu Bartoszem M. Kowalskim rozmawia Magdalena Jakoniuk.

„Plac zabaw” to pański debiut fabularny, opowiadający o problemie zaburzeń zachowania wśród dzieci. Skąd pomysł podjęcia tak trudnego tematu?
To była reakcja emocjonalna na historię, z którą zetknąłem się przypadkiem. Do tamtego momentu wydawało mi się, że wiele rzeczy widziałem, o wielu słyszałem i na wiele jestem uodporniony albo obojętny, ale gdy trafiłem na to zdarzenie, okazało się,że jest inaczej. Byłem wstrząśnięty, nie wierzyłem. A im bardziej zgłębiałem informacje na ten temat, tym więcej rodziło się pytań, a odpowiedzi żadnych.  

Co to za historia?
Chodziło o dwóch chłopców, którzy pod Liverpoolem w latach 90., bez żadnego powodu zabrali z centrum handlowego małego dzieciaka. Na początku radośnie sobie z nim szli, aż doszło do makabrycznego zabójstwa, Nie było planowane, do dziś nie wiadomo, dlaczego się wydarzyło. Oprawcy sami nie potrafili wyjaśnić, wzajemnie się obwiniali. Armia detektywów, psychologów i biegłych nie ustaliła przyczyn. Były co prawda stereotypowe poszlaki: rozbita rodzina, oglądanie brutalnych filmów, gry wideo, itd. Ale to tylko spekulacje. Zacząłem szerzej zgłębiać tematykę zaburzeń zachowań, dokumentować przypadki psychopatii dziecięcej. Zacząłem od Internetu, sięgnąłem po odpowiednią literaturę i zrobiłem wywiady z biegłymi sądowymi. Okazało się, że problem istnieje.

Ale mało się o nim mówi.
Dokładnie. Problem jest większy niż nam się wydaje. Podobne sprawy dzieją się wszędzie, każdego dnia. Natomiast nie wszystkie docierają do mediów czyli tym samym do świadomości ludzi - bo nie wszystkie kończą się zabójstwem, nie wszystkie są tak spektakularne.

W filmie na próżno poszukiwać twarzy znanych aktorów. To celowy zabieg?
Zamysł od początku był taki, żeby nie próbować nawet w epizodach zapraszać znanych aktorów. To mogłoby wpłynąć negatywnie na prawdziwość tej konkretnej historii. Nie chcieliśmy też stylizować sposobu opowiadania czy oświetlenia. Chcieliśmy ten film opowiedzieć paradokumentalnie, szorstko, brutalnie, bez ozdobników.

Czysty realizm?
Tak. To był priorytet. W castingu spędziliśmy prawie 9 miesięcy, przesłuchując niemal tysiąc dzieciaków. Szukaliśmy wszelkimi możliwymi sposobami: osiedlowe ogniska teatralne, ogłoszenia w Internecie, szkoły, towarzystwa pomocy dzieciom, agencje statystów itd. To był długi proces, w którym ze względu na tematykę i wiek odtwórców brał udział psycholog, który oceniał dzieci pod swoim kątem.

No właśnie. Zdecydowana większość aktorów w „Placu zabaw” to dzieci. Czy również podczas kręcenia filmu mogły liczyć na opiekę psychologiczną? Wszak temat obrazu może być traumatyzujący.
Obecność psychologa i pedagoga nie ograniczyła się do przygotowań. Byli przez cały czas obecni też na zdjęciach, dzieciaki są pod ich opieką po dziś dzień, rok po zdjęciach, na wszelki wypadek. Najpierw scenariusz czytali rodzice, dla dzieci zorganizowaliśmy wyjazd integracyjny, na którym scena po scenie omawialiśmy cały tekst. Godzinami dyskutowaliśmy, co, jak, dlaczego, gdzie. Urządziliśmy też zajęcia z kaskaderstwa, efektów specjalnych - by wiedzieli, że jeśli ktoś daje komuś w filmie łeb, to jest to efekt, trick.

A jak wyglądała wasza współpraca na planie? Domyślam się, że praca z dziećmi znacząco różni się od tej z zawodowymi aktorami.
Nie mogliśmy popełnić błędu w castingu. Prawdziwość gry aktorskiej dzieciaków to było życie lub śmierć dla filmu. Ale udało się znaleźć trzy, nieoszlifowane diamenty. Na każdego z dzieciaków był inny sposób – ten sposób też zmieniał się zależnie od humoru, pogody czy sceny. Stosowaliśmy przeróżne chwyty: czasem suflowałem teksty, czasem korzystaliśmy z napisanego dialogu, czasem sam grałem z dzieciakami poza kamerą, dużo improwizowaliśmy. To była ciężka robota, niektóre sceny miały po 25 dubli, ale było z kim pracować. Dzieciaki są świetne.

Wracając do realizmu - czy nie boi się pan, że przez dosadność filmu, a szczególnie jego końcową scenę zostanie pan zaszufladkowany jako kolejny twórca, który chce zaistnieć, epatując okrucieństwem?
Ta scena miała boleć, miała być nie do wytrzymania! Tak jak zło, przemoc, które nas otaczają. Szanuję reakcje, kiedy ktoś odwraca głowę czy wychodzi z kina. Ale po premierze na festiwalu w Gdyni miałem groźbę śmierci, a jeden pan próbował mnie opluć. Spodziewałem się mocnych reakcji, ale nie do tego stopnia.

Może to zdrowa reakcja normalnego człowieka w obliczu takiej patologii, choć niekoniecznie właściwie ukierunkowana.
A może oburzajmy się na to, że takie rzeczy dzieją się pod naszym nosem? Dlaczego tego nie robimy? Otwieramy gazetę, informacja o nowym samochodzie celebryty jest tuż obok gwałtu na noworodku, oba newsy czytamy w podobnym zobojętnieniu. Może westchniemy, pokręcimy głową i po chwili problem znika z naszych głów. I to jest do przyjęcia? A przecież „Plac zabaw” to film, przy realizacji którego nikomu włos z głowy nie spadł. A sama historia wydarzyła się naprawdę, Do tego opowiedziana jest z daleka, bez szczegółów, bez krwi i flaków – do których przecież na co dzień wsuwamy popcorn w kinie.

Można powiedzieć, że z filmu wyłania się morał: spieszmy się chronić dzieci... przed nimi samymi. To smutny obrazek, bo okazuje się, że zaburzenia dotykają dzieci właściwie w sposób losowy, jako interakcja między genami a środowiskiem.
Tak, to się może zdarzyć w każdej rodzinie. Wiele z takich przypadków ma bardzo skomplikowane podłoże: to efekt domina różnych czynników, które składają się na jakiś wybuch agresji. Ale są też sprawy, jak ta, która zainspirowała film, a które wytłumaczenia po prostu nie mają. Wtedy najczęściej uwaga koncentruje się na sytuacji rodzinnej, grach wideo czy filmach. Ale przecież nie każdy, kto obejrzał straszny film czy przeżył rozwód rodziców, wychodzi na ulicę i eksploduje agresją. Tutaj jednoznacznej odpowiedzi na pytanie "dlaczego" nie ma, i to jest chyba najbardziej przerażające.

W filmie dodajecie wątek mediów społecznościowych, Internetu, który jeszcze w latach 90. nie miał takiego znaczenia jak dziś.
Chcieliśmy tę historię opowiedzieć współcześnie, dlatego musieliśmy dodać element wszechobecnej technologii. Mam wrażenie, że to tylko kolejny powód do niepokoju. Dzisiaj każdy może każdego nagrać, śledzić, anonimowo postraszyć, upublicznić coś w Internecie wbrew czyjejś woli. A konsekwencje tego mogą być tragiczne. W podstawówce, w której uczy się moja bratanica, ostatnie samobójstwo miało miejsce w zeszłym roku, w VI klasie.

Film ma być apelem do rodziców o uwagę wobec dzieci?
Mój opiekun artystyczny Wojtek Smarzowski powiedział, że ten film jest ostrzeżeniem dla rodziców. Często to cytuję, bo nie mi oceniać czym ma być „Plac zabaw” i dla kogo jest przeznaczony. Dla mnie to film, który zrodził się ze skrajnych emocji, ze strachu, z jakiejś wewnętrznej niezgody na zło i jego bezsensowność. Bo filmowy Szymek i Czarek żyją wśród nas, czy nam się to podoba czy nie.