USA Trumpa – przyczyny zwycięstwa, pytania o przyszłość

  

A więc to Donald Trump został królem amerykańskiego polowania, choć sondaże uparcie wskazywały Clinton. Media w USA koronowały kandydatkę Demokratów na długo przed wyborami – ale obywatele Stanów Zjednoczonych zadecydowali inaczej. Europa w szoku. Na spotkaniu ministrów finansów UE Ecofin, które odbyło się w przeddzień wyborów w USA, tylko przedstawiciele dwóch państw wskazali na Trumpa jako zwycięzcę. Byli to Polak Mateusz Morawiecki i szef resortu finansów Chorwacji. 

W środowy poranek miliony Europejczyków obudziły się zupełnie zaskoczone, ponieważ uwierzyły mediom na Starym Kontynencie, a także wielu komentatorom, analitykom, ekspertom etc., że zwycięstwo Hillary Diane Rodham Clinton jest pewne. Co więcej, spora część obywateli krajów Europy wcale się tym nie zmartwiła. W ten sposób tak naprawdę zademonstrowali swój stosunek do własnego – unijnego lub krajowego – establishmentu, który nachalnie popierał Clinton i atakował, według przyjętego w USA schematu, Trumpa. 

Znam wielu ludzi, którzy jeszcze wiosną tego roku mieli do Trumpa stosunek sceptyczny, ale zmienili go, gdy zobaczyli, kto w Polsce (ale nie o Polskę tylko chodzi) go popiera. U nas było to czytelne. Ci sami, którzy atakowali Jarosława Kaczyńskiego i PiS, uderzali w Trumpa. Charakterystyczne, że identyczny mechanizm ma miejsce na arenie międzynarodowej. Te same elity (pseudoelity) unijne, które w ostatnich miesiącach nachalnie wtrącały się w sprawy 
wewnętrzne Rzeczypospolitej i Węgier, stawiały pod pręgierzem kandydata Republikanów. 

Kandydat ruchu społecznego

Trump wygrał, mimo że zebrał co najmniej dwa razy mniej środków finansowych niż jego konkurentka, a w kluczowych stanach (swing states) nawet kilka razy mniej. Ciekawe jednak, że liczba jego darczyńców była większa niż kandydatki Demokratów. Zadziałał ten sam mechanizm co osiem lat wcześniej w kampanii prawyborów w pojedynku między Hillary Diane Clinton a Barackiem Husseinem Obamą. Obama AD 2008 i Trump AD 2016 potrafili uczynić ze swojej kampanii ruch znacznie wychodzący poza struktury partyjne, który porwał rzesze obywateli. 

Nie dziwi zatem, że oficjalny Facebook Trumpa miał kilkaset tysięcy (!) fanów więcej niż Facebook byłej sekretarz stanu. Wiedziony albo genialną intuicją, albo pomysłami świetnych doradców kandydat Republikanów podkreślał cały czas, że jest kandydatem nie partii, ale ruchu społecznego. To zachęcało ludzi do zaangażowania się w jego kampanię, ale też w gruncie rzeczy odzwierciedlało stan faktyczny. Trump wygrał, bo wyszedł poza struktury Partii Republikańskiej. Clinton przegrała, bo w niewielkim stopniu potrafiła przekonać przeciętnych Amerykanów, że robi tę kampanię nie tylko dla siebie i „dynastii Clintonów”, lecz także dla nich. 

Sporo tradycyjnych wyborców Partii Demokratycznej nie tyle przerzuciło głosy na Republikanów (casus Ronalda Reagana w 1980 r.), ile pozostało w domach wbrew partyjnym elitom. Z kolei wyborcy republikańscy – także trochę na przekór partyjnemu establishmentowi – zdecydowanie opowiedzieli się za Trumpem. 

Ataki na Trumpa uwiarygodniały go

Kolejnym powodem zwycięstwa Trumpa było to, że potrafił nakłonić do głosowania na siebie tych, którzy nie głosowali nigdy lub głosowali bardzo rzadko. Ci, którzy wygrażali na „zgniliznę Waszyngtonu” i w związku z tym co cztery lata machali ręką na wybory, uważając, że Republikanie i Demokraci to jedna skorumpowana szajka, tym razem uwierzyli, że Trump – który przecież był przez lata częścią establishmentu – temuż establishmentowi rzeczywiście wydał wojnę. 

Donalda Trumpa uwiarygodniała totalna wojna toczona z nim przez olbrzymią większość amerykańskich mediów od ponad roku, ale ze szczególną intensywnością od lipca 2016 r., gdy został oficjalnie nominowany na kandydata Republikanów w wyborach prezydenckich. Nawet jeśli czynione mu zarzuty były rzeczywiście prawdziwe, i tak wielu z Amerykanów uznawało to za element spisku przeciwko temu, który chce „rozwalić układ”. 

To, co stało się w USA w pierwszy wtorek listopada jest czymś historycznym, ale jednak nie wyjątkowym. To bardzo ważna część światowego procesu „buntu mas”, żeby użyć w tym kontekście adekwatnego do sytuacji tytułu książki sprzed stu lat hiszpańskiego myśliciela José Ortegi y Gasseta. 

Nie demonizujmy Trumpa – patrzmy mu na ręce

Dla nas, Polaków, najważniejsze jednak pozostaje pytanie o stosunek prezydenta elekta do Rosji i naszego regionu Europy. Warto w tym kontekście nie ulegać dwom skrajnościom. Jedną z nich jest demonizowanie Donalda J. Trumpa jako bezmyślnego czy skrajnie naiwnego prorosyjskiego polityka, który będzie marionetką w rękach Putina. Myślenie takimi kategoriami jest żenujące intelektualnie i raczej stanowi stary instrument antytrumpowskiej i antyprawicowej propagandy. 

Zupełnie nie uwzględnia to faktu, że: 1) Wśród jego doradców są również ludzie jeszcze z administracji Ronalda Reagana, wysocy urzędnicy administracji George’a W. Busha, zaufani ludzie Donalda Rumsfelda czy bynajmniej nie pałający sympatią do Rosji sztabowcy Mitta Romneya. W konglomeracie wokół Trumpa są bardzo różni ludzie: od zwolenników ostrego zaostrzenia sankcji wobec Rosji (sic!) po zwolenników dogadania się z Moskwą, i to nawet na jej warunkach, gdy chodzi o Europę Środkowo-Wschodnią. 2) Każdy prezydent USA jest w jakiejś mierze uzależniony od amerykańskiej administracji, Pentagonu, bardzo silnego lobby zbrojeniowego, etc. Jeśli nawet nie dyktują mu one polityki zagranicznej, to na pewno po prostu musi się z nimi liczyć. 3) Inaczej niż w Europie, gdzie parlamenty krajowe są, gdy chodzi o politykę zagraniczną, jedynie membraną czy kalką rządu, w USA rola Kongresu jest olbrzymia, nieraz wręcz autonomiczna. Oznacza to, że tradycyjnie sceptyczni wobec Kremla liderzy Republikanów, niemal bez wyjątku odwołujący się do antykomunistycznego, antysowieckiego dziedzictwa Ronalda Reagana, nie będą chcieli zagrać w ewentualnym prorosyjskim koncercie Białego Domu. Republikańska większość w obu izbach Kongresu stanowić będzie hamulec bezpieczeństwa, gdy chodzi o politykę Białego Domu wobec Rosji.

Jednak unikać należy innej skrajności, która wydaje się udziałem niektórych moich prawicowych kolegów, polityków i publicystów. Uzasadniona niechęć do niewątpliwie prorosyjskiej działalności Hillary Clinton jako sekretarz stanu w pierwszej administracji Obamy skłania ich bezwiednie do obdarzenia Trumpa bezgranicznym zaufaniem i wzruszenia ramion na pytania o rzeczywiście kontrowersyjne w kontekście Putina, Rosji, Krymu i NATO, wypowiedzi Trumpa. Na szczęście prezydent elekt Trump w swoim pierwszym przemówieniu po wyborach mówił już jako przyszły prezydent, a nie jak kandydat, i unikał rzeczy skrajnych i dziwacznych. 

Choć lepiej nie wyzbywać się zdroworozsądkowego patrzenia na ręce 45. prezydentowi USA, który na szczęście nie jest twarzą resetu USA-Rosja, jak Hillary Clinton, czy nie bredzi o „polskich obozach śmierci”, jak Barack Obama, ale też niestety nie jest niezłomnym wizjonerem, jak Ronald Reagan. Uzasadniona niechęć do naszych, krajowych, i zewnętrznych lewicowo-liberalno-mainstreamowych wrogów Trumpa nie może prowadzić nas do dania mu carte blanche.

Dobrze, że wygrał. Teraz zaczyna się czas stawiania mu trudnych pytań i takiego ułożenia relacji Waszyngton-Warszawa, które byłoby optymalne z punktu widzenia polskiej racji stanu. Warto o to walczyć.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts