- Trudno się obrażać na wyborców, trudno się obrażać na demokrację. Nikt wyborców do niczego nie zmuszał. W wypadku Partii Demokratycznej zgodzili się na to, co im partia proponowała, a w wypadku Partii Republikańskiej zbuntowali się przeciwko elitom – o dylematach wyborczych za oceanem mówi "Gazecie Polskiej Codziennie" kierownik Katedry Amerykanistyki na UKSW prof. Zbigniew Lewicki.

Na czym polega wyjątkowość tegorocznych wyborów w USA?
Są o tyle wyjątkowe, że po raz pierwszy w historii kandydaci budzą ogromne kontrowersje i każdy z nich jest nie do przyjęcia dla mniej więcej 2/3 wyborców. Zdarzali się kandydaci z bardzo małym poparciem, ale jako przeciwwaga dla kandydatów, którzy byli popularni. Natomiast nie było do tej pory sytuacji, by obaj kandydaci nie zasługiwali na poparcie ze strony wyborców.

Powiedział Pan „nie zasługiwali”, co sugeruje, że wiedza o ich wadach jest powszechna. Jak to się stało, że amerykański system polityczny dokonał selekcji kandydatów w taki właśnie sposób?
W wypadku Republikanów jest to efekt działania demokracji, tzn. wygrał kandydat, który spodobał się wyborcom. Nie elitom partyjnym, ale właśnie wyborcom. Tymczasem u Demokratów sytuacja była odwrotna: wygrała kandydatka, której co prawda wyborcy niespecjalnie chcieli, ale cieszyła się poparciem elit partyjnych. To dwa równoległe procesy, poniekąd przeciwstawne. U Republikanów na pewno nikt nie typował Trumpa spośród kandydatów. On sam się wypromował, a u Demokratów Clintonowie po prostu rządzą machiną wyborczą i wymusili akceptację Hillary, chociaż od początku budziła liczne kontrowersje.

Czy taka skuteczność partyjnych mechanizmów selekcji jest zjawiskiem niepokojącym?
Nie, nie jest. Trudno się obrażać na wyborców, trudno się obrażać na demokrację. Nikt wyborców do niczego nie zmuszał. W wypadku Partii Demokratycznej zgodzili się na to, co im partia proponowała, a w wypadku Partii Republikańskiej zbuntowali się przeciwko elitom. Nie można z zewnątrz negatywnie oceniać tego, co ostatecznie było jednak efektem działań demokratycznych. Przecież prawybory każde z nich wygrało.

Czy nie kryje się w tym pewna słabość: jeśli wygra Donald Trump, będzie to jego pierwszy urząd publiczny, od razu najważniejszy w państwie?
Już przy wyborze Baracka Obamy mieliśmy sytuację, kiedy doświadczenie kandydata w sprawowaniu funkcji publicznych było znikome. Jeśli zaś chodzi o Trumpa, to on wygrał, bo mu się udało przekonać wyborców, że jego doświadczenie biznesowe przełoży się na ich dobrobyt. I to jest wybór tak samo logiczny jak każdy inny, bo wyborcy uwierzyli, że skoro on doszedł do milionów, to wie, jak prowadzić gospodarkę. Z zewnątrz możemy uznać to za irracjonalne, ale wybory polityczne często nie są racjonalne, lecz emocjonalne.

Co wyłonienie tych kandydatów mówi o społeczeństwie amerykańskim?
Na tym etapie na wyciąganie wniosków na temat społeczeństwa amerykańskiego jest jeszcze za wcześnie. Natomiast nie uważam, by można mówić, że jest ono w jakimś szczególnym kryzysie. Amerykański system polityczny przechodzi kolejny okres przewartościowywania, co się wielokrotnie zdarzało w historii. O kryzysie można by mówić, gdyby wygrała Hillary Clinton, a wyborcy Trumpa nie zaakceptowaliby wyniku i rozpoczęłyby się jakieś niepokoje społeczne, lecz to są spekulacje. 

Całość wywiadu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"