Legia sprawiła nie lada sensację, remisując 3:3 z Realem Madryt. Michał Pazdan po raz kolejny zatrzymał Cristiano Ronaldo. – Taki mecz daje więcej niż kilka spotkań w Ekstraklasie. Na tle triumfatora Ligi Mistrzów pokazaliśmy, że umiemy grać w piłkę – mówi obrońca „Wojskowych”.

To był najlepszy mecz Legii, od kiedy jesteś w klubie?
Myślę, że tak.  Zwłaszcza w drugiej połowie na kilka naszych akcji aż miło było popatrzeć. Z uznaniem patrzyłem na chłopaków, którzy dobrze radzili sobie z trudnym rywalem. Trzeba się z tego cieszyć. Gdy zaczynaliśmy przygodę z Ligą Mistrzów mówili, że mamy kompleksy i problemy z grą w piłkę, a my pokazaliśmy na tle triumfatora LM, że jednak potrafimy. Musimy w to uwierzyć i odstawić kompleksy na bok.

Zagrałeś jak profesor, chociaż w ostatnich tygodniach głównie leczyłeś kontuzje.
Cieszę się, że mogłem zagrać w takim meczu. Miałem sporo przerw, ale wróciłem, a gra w LM to sama przyjemność. W środę zmierzyliśmy się z przeciwnikiem na najwyższym poziomie i podołaliśmy. Chwała za to całej drużynie.

Po bramce Garetha Bale’a w 1. minucie podłamaliście się?
Wiadomo, że człowiek przeklął pod nosem, bo zaczynasz mecz z Realem, nie masz jeszcze nawet piłki przy nodze, a już dostajesz gola. Nie było to przyjemne, ale dość szybko się otrząsnęliśmy, a jeszcze przed przerwą zdobyliśmy ważną bramkę, która dała nam wiarę, że możemy zdziałać coś więcej. 

Trzy gole strzelone Realowi robią wrażenie.
Czasem to fajniejsze, niż zagranie trzech spotkań bez straty bramki. Szkoda, że nie można grać z Realem co tydzień (śmiech). Owszem, my też straciliśmy trzy bramki, ale graliśmy z rywalem z najwyższej półki i wywiązaliśmy się z zadań defensywnych lepiej, niż poprzednio. Ten mecz pokazał, że nie można skazywać nikogo na pożarcie. Po pierwszym spotkaniu z Borussią wszyscy wyśmiewali się z nas, czytaliśmy, że będziemy najgorszą drużyną i nie uda nam się ani razu trafić do siatki. Nie można sobie zaprzątać tym głowy, trzeba skupić się na własnej robocie, bo widać, że mamy dobry zespół. Swoją drogą w Madrycie, gdzie przegraliśmy 1:5, mieliśmy lepsze sytuacje strzeleckie niż w rewanżu. U siebie aż tak dobrych okazji nie było, a zremisowaliśmy. W dwumeczu zaprezentowaliśmy się całkiem fajnie.

To zasługa trenera?
Na pewno. U trenera Magiery podstawą jest gra w piłkę. Z meczu na mecz, z treningu na trening, wierzymy w siebie coraz bardziej. Trener wpaja nam, że możemy podnosić swoje umiejętności, dzięki niemu odżyliśmy.

Jak ważne jest przygotowanie mentalne do takiego meczu?
Każdy przygotowuje się inaczej. Takie mecze gra się bez presji, to sama przyjemność - tyle lat grasz w Ekstraklasie aż w końcu trafia się spotkanie, na które bardzo czekasz i po prostu się nim cieszysz, a dobre zagrania i korzystny wynik cię napędzają, dzięki czemu mecz staje się łatwiejszy.

Przez chwilę prowadziliście 3:2. Czujesz niedosyt?
Trzeba się cieszyć z tego punktu - mieliśmy swoje sytuacje, a opóźnianie gry, czy leżenie na murawie, nic by tu nie dało. Gdybyś nawet zabrał „Królewskim” minutę, albo dwie, i tak mogliby w każdej sekundzie zdobyć bramkę. Cieszmy się z tego co jest - graliśmy dobrze, przyjemnie dla oka, bez kompleksów, tak jak powinien grać mistrz Polski i jak się od nas wymaga.

To była więc dobra lekcja futbolu?
Zdecydowanie. Mierzyliśmy się przecież z piłkarzami, którzy zawsze mogą sprawić zagrożenie w postaci kontrataku czy prostopadłych piłek. Czasem taka potyczka daje więcej niż kilka spotkań w Ekstraklasie. Liga Mistrzów uczy nas szybkiego grania. Owszem, czasem wydaje się, że mamy nieco więcej miejsca, ale tu każda strata może kosztować utratę gola. Trzeba być na to wyczulonym - każde zagranie musi być precyzyjne, dopieszczone, bo nie ma marginesu na błędy.