To są materiały mocne. Na wielu z nich widzimy adnotacje GZI, czyli adresata, do którego Kiszczak wysyłał te informacje z Londynu. Jest tam napisane na przykład „zarejestrować w kartotece”, „sprawdzić”, „przekazać do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”. W ten sposób zaczynała się cała opresja w stosunku do tych osób i ich rodzin - opowiadał dziś dr Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego w programie „Minęła 20” w TVP Info.

Rozmowa prowadzona przez Michała Rachonia dotyczyła raportów pisanych z Londynu przez porucznika Czesława Kiszczaka, który infiltrował środowisko polskich żołnierzy chcących wrócić do ojczyzny okupowanej wówczas przez Sowietów. Portal niezalezna.pl dotarł do kopii części dokumentów, o których odnalezieniu mówił dzisiaj Sławomir Cenckiewicz.

Czytaj też: TYLKO U NAS! Zobacz donosy i raporty porucznika Kiszczaka

W 2011 roku dotarłem do jednego z raportów napisanego przez Czesława Kiszczaka w 1953 roku, jakby post factum, kilka lat po tym jak powrócił on już z Londynu, a wrócił w 1947 roku. W raporcie opisywał on swoją rolę i zasługi podczas szeregu prowokacji związanych z szukaniem tzw. wrogów wewnętrznych w szeregach Ludowego Wojska Polskiego. Przypomnę, że w momencie, gdy Czesław Kiszczak spisywał raport na ławie oskarżonych siedziało kilkudziesięciu żołnierzy. Zapadło - jeśli się nie mylę - 16 wyroków śmierci, a 40 osób zostało skazanych. Na Łączce są również ofiary tej komunistycznej prowokacji. Kiszczak chwalił się udziałem w tej akcji. Nie mieliśmy natomiast innych dowodów na jego działalność w Londynie, choć wiedzieliśmy, że musiał tam pełnić rolę weryfikatora filtrującego wszystkich, którzy się zgłaszali na powrót do kraju

- opowiadał Sławomir Cenckiewicz. 

Dysponujemy ponad setką stron, dokumentów, które dotyczą konkretnych osób. Ja naliczyłem ich ponad 90. Często są to raporty indywidualne, poświęcone jednej konkretnej osobie oraz jej rodzinie w Polsce. Trzeba pamiętać, że operacja dotyczyła ludzi powracających do kraju, ale też tych, którzy nie chcieli do Polski wrócić. Sens działalności Czesława Kiszczaka polegał na rozpoznaniu, zdobyciu informacji, na temat rodziny osób, które agitują przeciwko Polsce komunistycznej i przekazania informacji na ten temat do centrali Głównego Zarządu Informacji. To są materiały mocne, przerażające. Na wielu z nich widzimy adnotacje GZI, czyli adresata, do którego Kiszczak wysyłał te informacje z Londynu. Jest tam napisane na przykład „zarejestrować w kartotece”, „sprawdzić”, „przekazać do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”. W ten sposób zaczynała się cała opresja w stosunku do tych osób i ich rodzin 

- wyjaśnił szef Wojskowego Biura Historycznego. 

Czytaj też: Ukrywano je przez lata! Odnaleziono raporty Kiszczaka, donosił Sowietom z Londynu

Raporty podpisywane były osobiście przez porucznika Kiszczaka. Miały dwie wersje: rękopiśmienną i przepisaną później na maszynie. Dokumenty trafiały do Oddziału II GZI, do pułkownika Ignacego Krzemienia. Były przetwarzane, rozpisywane na plan działań w stosunku do rodzin osób, które wracały do kraju. 

Na raporty te należy nanieść materiały Głównego Zarządu Informacji i Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, które znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej po to, by sprawdzić, które z osób podlegały później inwigilacji, czy akcji represyjnej ze strony tajnych służb komunistycznych w latach 40-tych i 50-tych. Wtedy będziemy mogli ocenić, jakie były efekty wstępnej działalności prowadzonej w Londynie przez porucznika Kiszczaka

- dodał Sławomir Cenckiewicz.  

Czesław Kiszczak pisze w jednym z raportów do pułkownika Krzemienia, że jest zarobiony, że 200-250 osób dziennie musi „opracowywać”. Z tej masy ludzi musi wyłuskać tych, którymi GZI, czyli sowiecka, choć od pewnego momentu polskojęzyczna służba się interesuje. A interesowała się ona głównie oficerami służb specjalnych Polski niepodległej, czyli z okresu sprzed 1939 roku i lat wojennych. To był główny cel jaczejek GZI i samego Kiszczaka: żeby rozpoznać tych, którzy mieli jakikolwiek związek ze służbami wolnej Polski

- poinformował historyk.

Prowadzący zapytał Cenckiewicza, dlaczego o tych sprawach dowiadujemy się dopiero teraz. 

W przypadku instytucji, którą kieruję od 5 stycznia tego roku - dzięki ministrowi Antoniemu Macierewiczowi - nigdy nie znalazła się ona w rękach osób, które nie wywodziły się z wewnętrznego kręgu ludzi LWP, postkomunistów i komunistów, którzy przez całe 26 lat kontrolowali archiwum wojskowe, reglamentując dostęp do tych materiałów

- powiedział Sławomir Cenckiewicz.