Fundacja „Złodzieje Razem”. Wykradanie gotówki z kasy pancernej jest dziś passé

Kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego wywołał szerszą dyskusję na temat patologii władzy sądowniczej w III RP.

Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
Kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego wywołał szerszą dyskusję na temat patologii władzy sądowniczej w III RP. Ujawnione niedawno fakty na temat rządowych dotacji dla Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, w której władzach zasiadał były sędzia TK Jerzy Stępień, pokazują też inną patologię. Wiele tzw. organizacji pozarządowych od dawna przestało służyć budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, a stało się narzędziem służącym konsolidacji władzy, kastowych interesów i realizacji najbardziej kontrowersyjnych pomysłów ideologicznych - pisze Maciej Kożuszek w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Sam pomysł, by w państwie, oprócz trzech gałęzi władzy, było jeszcze niezależne i aktywne społeczeństwo obywatelskie, należy do kanonu myśli konserwatywnej. Alexis de Tocqueville, chwaląc obywatelski zapał Amerykanów, widział w nim zabezpieczenie przeciwko zakusom potencjalnego despoty.

Jednak w III RP niezależność od władzy, podobnie jak sędziowska bezstronność, funkcjonują przede wszystkim w formie deklaratywnej. Stworzono narrację, w której każdy krytyk establishmentu wpędzany jest w pułapkę błędnego koła. Nie można skrytykować bezstronności sędziego Stępnia za to, że zgadzając się z diagnozami jednej ze stron politycznego sporu, jednocześnie stał na czele fundacji, która od polityków przyjmowała grube miliony w dotacjach. Krytyka jest niedopuszczalna, bo podważa autorytet Jerzego Stępnia jako… bezstronnego sędziego.

Podobnie jest z organizacjami pozarządowymi. Nie można wskazywać na ich gołym okiem zauważalną polityczną rolę, bo wówczas podkopuje się… fundament społeczeństwa obywatelskiego.

System przychylnych organizacji pozarządowych spełnia podobną rolę jak system przychylnej kasty sędziowskiej. Po pierwsze, mamy gotową pulę „niezależnych ekspertów”, którzy w razie potrzeby będą asekurować polityków. Po drugie, mamy kolejny sposób na realizowanie ideologicznych pomysłów bez konieczności pytania o zgodę wyborców. Po trzecie, i chyba najważniejsze, mamy zasadniczo legalny sposób na drenowanie budżetu państwa.

Tak, skończyły się czasy wielkich defraudacji i przelewów wprost na prywatne konto. Dziś nie wykrada się gotówki z kasy pancernej. Dziś zakłada się fundacje.

Co właściwie robi wasza organizacja?

Cele organizacji pozarządowych są często sformułowane tak mgliście, że trudno jest określić, w jaki sposób organizacje są odpowiedzialne za ich realizację. Fundacja założona m.in. przez Jerzego Stępnia miała budować samorząd terytorialny w Polsce. Czy więc odpowiada za jego systemowe wady? Oczywiście że nie. Fundacja tylko pomaga. Odpowiadają ustawodawca i władza wykonawcza. Chcąc „wyprostować kłamstwa” użytkownika Twittera @antyleft (faktycznie nie udało się wymienić ani jednego), FRDL wydało oświadczenie:

Nasze działania cieszą się wysokim uznaniem samorządowców. Wyniki badań zrealizowanych w 2015 roku przez FRDL, we współpracy z Radą Europy, wskazują, że Fundacja jest niekwestionowanym liderem rynku szkoleń dla samorządów: w ubiegłym roku w szkoleniach organizowanych przez FRDL uczestniczyli przedstawiciele aż 76,5% wszystkich jednostek samorządu terytorialnego w Polsce.

Tak jak realizację celów ogólnych musimy przyjąć na wiarę, tak słowa „zadowolonych samorządowców” (z których część, jak władze Gdańska i Warszawy, przyznawała fundacji dotacje) mają nam wystarczyć, by uwierzyć w przydatność szkoleń.

System szkoleń dla organizacji samorządowych i zamawiających usługę organów państwa ma same zalety. Sukcesem jest sama realizacja. A każde szkolenie to też długa lista płac. Co z tego, że wielu szkolonych mogłoby powiedzieć, iż statystycznie 76,5 proc. czasu większości szkoleń przeznacza się na rozwiązanie technicznych trudności związanych z przyklejeniem karteczek z imionami uczestników? Oni nie są ekspertami.

Rząd pozarządowy

Problem wchłaniania społeczeństwa obywatelskiego przez politykę jest charakterystyczny nie tylko dla III RP. W Polsce postkomunistyczny układ interesów został tylko wzmocniony przez system grantów Unii Europejskiej. Co ciekawe, już na początku XXI wieku europejskie elity dostrzegły problem. „Nie odniesiemy sukcesu bez wsparcia obywateli Europy, dla których UE istnieje” – mówił w 2000 r. Romano Prodi. Oczywiście sam użyty w tym zdaniu język wskazuje, że funkcja obywateli UE sprowadzona jest do wspierania sukcesu tajemniczego „my”, którym jest zapewne unijna kasta biurokratów. Urzędnicy tworzący w 2001 r. tzw. White Paper on Governance, wymyślili nawet nazwę dla problemu rozrostu biurokracji i erozji niezależnej od władzy tkanki społecznej – governmentalisation (ang. urządowienie). Jednak, jak to często bywa w przypadku UE, lekarstwem na problem miała być jego… przyczyna. Jeszcze więcej grantów, więcej konsultacji, jeszcze bliższa współpraca organizacji pozarządowych z unijną biurokracją. Fundacje czy stowarzyszenia, które teoretycznie miały być wolnymi zrzeszeniami obywateli, upodabniają się raczej do wielkich firm lobbingowych. Jak pisał Dariusz Gawin w tekście „Europejskie Społeczeństwo Obywatelskie”:

„Realnymi graczami (...) stać się mogą wyłącznie te organizacje, które są w stanie utrzymywać stałe przedstawicielstwa w Brukseli”.

Jeśli dodamy do tego mechanizm, w którym dotowane z unijnych lub państwowych budżetów organizacje spełniają rolę partnerów społecznych, którzy opiniują pomysły eurokratów na rozwiązanie problemów Europy, to mamy właściwie zamknięty system podejmowania decyzji ponad głowami obywateli. Nie mówiąc już o systemie budowania politycznego i towarzyskiego zaplecza poprzez transfer środków do zaprzyjaźnionych organizacji.

Gdzie jest społeczeństwo obywatelskie?

Komuś o konserwatywnych poglądach dziwne mogły się wydawać wygłaszane od początku III RP deklaracje o konieczności budowy społeczeństwa obywatelskiego od podstaw. Nie była obywatelskim kapitałem Solidarność, wraz z całą swoją autentycznością i elementarną chęcią bycia razem. Częścią nowego społeczeństwa obywatelskiego nie mogły być też Kościół katolicki i mrowie skupionych wokół niego organizacji, których członkowie nie widzieli potrzeby pisania projektów, a skupiali się na realnej pracy. Tak samo jak dziś nie są dla liberalno-lewicowego salonu społeczeństwem obywatelskim kibice ani narodowcy, których marsz 11 listopada „przejdzie obok obywateli”, jak napisała „Gazeta Wyborcza”.

Proces zniechęcania społeczeństwa do uczestnictwa w życiu publicznym, o którym często mówimy w Polsce, miał miejsce także w Europie i w Stanach Zjednoczonych. Również w tym przypadku odpływ obywateli od wspólnotowych aktywności był związany z dominacją narracji lewicowo-liberalnej, w której najlepszym rozwiązaniem ważnych dla społeczeństwa kwestii jest oddanie ich w ręce specjalistów i rządowych agend. W głośnej książce Roberta Putnama „Bowling Alone” możemy prześledzić, jak budowaniu wymarzonego społeczeństwa obywatelskiego lewicy towarzyszył jednoczesny proces zaniku realnej obywatelskiej aktywności. Pomiędzy latami 60. a 90. udział Amerykanów w zebraniach publicznych spadł o 35 proc., członkostwo w klubach lub lokalnych organizacjach o 42 proc., w organizacjach zrzeszających rodziców i nauczycieli o 61 proc., a w tytułowych męskich ligach bowlingu o 73 proc.

Nie trzeba chyba dodawać, że ten okres to także lata „złotych żniw” lewicowych NGO-sów, a we wspomnieniach Baracka Obamy czy Hillary Clinton, wtedy działaczy lewackich organizacji, czas „społecznego przebudzenia”, obywatelskiego nieposłuszeństwa i jednoczenia się ludzi wokół tak palących tematów jak aborcja, wolny seks, dostęp do narkotyków i równouprawnienie, nie mówiąc o podkładaniu bomb pod rządowe budynki. Instytucjonalizacja tego snu lewicy oznaczała zanik małych obywatelskich „stowarzyszeń przyjaciół” (ang. friendly societies) i zastąpienie ich przez przypominające korporacje fundacje giganty, które na pierwszym planie miały ideologiczną transformację społeczeństwa, a nie obronę jego organicznej tkanki przed rządową biurokracją.

Zaskakujące jest to, że tak rzadko pada pytanie, czy taki sposób na odgórne kształtowanie spontanicznych postaw jest w ogóle skuteczny. Choć przeciętny mieszkaniec Europy lub USA bezustannie bombardowany jest treściami mobilizującymi go do przyjęcia aktywnej postawy, choć nawet mecze piłki nożnej nie mogą się obyć bez zachęt do „wykopywania rasizmu ze stadionów” albo jak w lidze futbolowej w USA bez gremialnego stania na baczność w ramach akcji „zjednoczeni przeciwko rakowi piersi”, to ich wpływ na rzeczywistość pozostaje kwestią niezwykle mglistą. Bo twarde dane wskazują raczej na stopniowe zmniejszanie się u obywateli chęci stania na baczność.

Brytyjski historyk Niall Ferguson w książce „Why Nations Fail?” wskazuje, że to końcówka wieku XIX i początek XX, czyli ciemny i zły czas w narracji lewicy, były okresem szczytowego rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Wielkiej Brytanii. W 1914 r. liczba członków dobrowolnych stowarzyszeń wynosiła 33,8 mln (przy populacji 44 mln), a w 2001 r. już tylko 10,5 mln przy populacji 59,7 mln. Choć łatwo zrzucić ten spadek na pojawienie się telewizji, a później mediów elektronicznych, to rozwój portali społecznościowych pokazuje, że sama technologia niekoniecznie musi mieć wpływ demobilizujący. Warto jednak zadać pytania: skoro nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego, otwartego i europejskiego, to co się lewicy udało? Udało się zdobyć środki na działalność!

„Dobry kryzys nie może się zmarnować”

Wiele działań lewicowo-liberalnych elit, tworzących trzon największych międzynarodowych NGO-sów, można by opisać w kategoriach „kapitalizmu katastrofy”, terminu stworzonego przez ikonę lewicy Naomi Klein. Często kryzys jest realny, jak aktualna klęska polityki imigracyjnej w Europie (choć można tu mówić o istotnym elemencie sprawczym ze strony europejskich elit). I choć nie wypada o tym mówić, ze względu na polityczną poprawność, interes różnego rodzaju organizacji pozarządowych jest tutaj oczywisty, przy czym media zwykle skupiają się na interesie ideologicznym. W wyciekach wewnętrznych maili z fundacji Open Society George’a Sorosa kryzys imigracyjny określany był jako „nowa normalność” i sytuacja o ogromnym potencjalne rozwojowym dla organizacji.

Oprócz wątku ideologicznego jest jednak także wątek finansowy. Dinesh D’Souza, w swojej książce „Stealing America” porównuje lewicowe intelektualne elity do kryminalnego gangu, którego przekręt, choć wysublimowany, zasadniczo sprowadza się do tego samego co działalność każdego gangu – złodziejstwa. D’Souza zdaje sobie sprawę, że jego sposób rozumowania będzie szokiem dla klasycznie wykształconych konserwatystów, przyzwyczajonych do toczenia wielogodzinnych debat z „ideowymi lewicowcami”. „Konserwatywna wizja świata opiera się na idei (...), wedle której złe uczynki muszą wynikać z ignorancji i braku wiedzy” – pisze D’Souza. „Konserwatyści mówią często: »Gdyby oni tylko znali dane!«. Nie mogą zaakceptować, że ich przeciwnicy znają dane równie dobrze jak oni, ale mają inne motywacje, by wierzyć w to, w co wierzą”.

Dla D’Souzy zasadniczy lewicowy gang przede wszystkim zajmuje się wyłudzeniami. Najpierw trzeba stworzyć „legendę”, czyli fałszywą opowieść o niesamowicie intratnej inwestycji, potem znaleźć frajera, a następnie doić go tak długo, jak tylko to możliwe. Zauważmy, że wielkie fundacje lewicowe zajmujące się walką z „homofobią”, „islamofobią” i „dyskryminacją” pełnią jednocześnie funkcje zespołów eksperckich, które te problemy wykrywają. A gdy, tak jak choćby w krajach skandynawskich, badania dowodzą, że długotrwała walka o równouprawnienie nie przyniosła zakładanych rezultatów, legendę trzeba odnowić. Wtedy okazuje się, że zakorzenione w społeczeństwie stereotypy są tak silne, że trzeba w nie uderzyć ze zdwojoną siłą, podwojoną liczbą szkoleń i budżetem.

Zakład brukarski „Dobre intencje”

„Legenda”, którą lewicowo-liberalne elity chciały sprzedać polskiemu społeczeństwu, opierała się przede wszystkim na nauce kompleksów wobec wizji „europejskości”. To tych kompleksów trzeba się przede wszystkim wyzbyć, jeśli chcemy jeszcze ocalić potencjał prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego drzemiący w Polakach.

Jeśli traktujemy siebie i swoich współobywateli poważnie, nie możemy godzić się z sytuacją, w której pytania o finanse fundacji Jerzego Stępnia traktowane są przez wielu jako nietakt. „Przecież szkolenia się odbyły! Przecież jakoś tam działa ten samorząd”. A przede wszystkim „ci wszyscy ludzie mieli dobre intencje, chcieli coś zrobić dla Polski”. Takie argumenty są, owszem, słuszne, ale wówczas, gdy mówimy o kole gospodyń wiejskich, które za własne pieniądze zorganizowały charytatywną sprzedaż wypieków. Ani sędzia w stanie spoczynku Jerzy Stępień, ani politycy Platformy Obywatelskiej, będący w komitecie honorowym jego fundacji, nie stworzyli jej za własne pieniądze. Jako aktywni członkowie społeczeństwa obywatelskiego mamy chyba prawo zapytać, czy przynajmniej część tych wielomilionowych dotacji nie została przeznaczona na ufundowanie wyjątkowej ideowej zgodności pomiędzy środowiskiem Platformy Obywatelskiej a apolitycznym i bezstronnym sędzią w stanie spoczynku Jerzym Stępniem?

 

 



Źródło: Gazeta Polska

#organizacje pozarządowe #fundacje

Maciej Kożuszek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo