Jeden z syryjskich uchodźców, który przyjechał do Niemiec z czterema żonami i 23 dziećmi dostał już od rządu aż... 360 tys. euro zasiłku! Mężczyzna nie jest skory do pracy, tłumacząc to tym, że ma obowiązek dbać o swoich krewnych i brakuje mu czasu na inne zajęcia.

Sprawę syryjskiej rodziny i jej problemy opisał  w sierpniu br. lokalny dziennik „Rhein-Zeitung”. Liczna rodzina dotarła do Niemiec przez Turcję rok temu. W Syrii, poligamia jest zgodna z prawem. Arabski uchodźca, z zawodu mechanik samochodowy, utrzymywał swój harem właśnie z zysków z prowadzenia warsztatu. Niemieckie przepisy nie zezwalają na wielożeństwo. Dlatego Syryjczyk musiał wybrać jedną kobietę jako oficjalną żonę. Reszta pań została określona mianem jego „partnerek”.

Gazia A. mieszka w Montabaur, a do swoich żon musi dojeżdżać, mieszkają one bowiem w miejscowościach oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. I właśnie tymi „odwiedzinami” Syryjczyk tłumaczy brak czasu na pracę. Od przyjazdu do Niemiec nie przepracował ani jednej godziny.

Według naszej religii mężczyzna powinien dbać o każdą swoją rodzinę i nie powinien mieć preferencji, więc  staram się z nimi wszystkimi spędzać każdą godzinę. Praktycznie cały czas jestem w drodze do moich krewnych. Z chęcią podjąłbym się jakiejś pracy

- usprawiedliwiał się 49-letni Syryjczyk w rozmowie z „Bildem”.

Mężczyzna i jego ogromna rodzina żyje z zapomóg socjalnych. Media wyliczyły, że pomoc wynosi aż 360 tys.euro rocznie (przy obecnym kursie to ponad 1,5 mln zł).

Burmistrz związku gmin Montabaur stwierdził, że kwota ta jest zdecydowanie za duża. Dodał jednak, że integracja przybyszów przynosi efekty.

Dzieci chodzą do szkoły, wielu wolontariuszy pomaga rodzinie w nowych warunkach

- stwierdził Edmund Schaaf.

Zaznaczył, że Syryjczyk, jego partnerki i dzieci są traktowani jak wszyscy inni uchodźcy.