Bójka kibiców Legii z policją, do której przed meczem doszło pod stadionem Santiago Bernabeu, spowodowała panikę w warszawskim klubie. Władze Legii spodziewają się najgorszego. Na ich szczęście delegat UEFA Alan McRae w oficjalnym raporcie nie odnotował żadnych zdarzeń, które mogą postawić mistrzów Polski w złym świetle.

Niedawno Legia stoczyła z UEFA nieudaną batalię o otwarcie stadionu na mecz z Realem. Klubowa delegacja pojechała do Nyonu świetnie przygotowana, przytaczając m.in. przykłady klubów, które za podobne incydenty, jakich świadkami byliśmy na meczu z Borussią, nie były karane równie srogo, jak warszawianie. Wszystko na marne - kara została utrzymana, a w kuluarach reprezentanci „Wojskowych” dowiedzieli się, że Legii wyjątkowo uważnie patrzy się na ręce, a UEFA nie zamierza porównywać jej z żadnym innym klubem, bo to właśnie Legia naraża organizację na straty finansowe i wizerunkowe. 

Przed spotkaniem w Madrycie o spokój apelował do fanów Legii zarówno klub, jak i stowarzyszenie kibiców. - Rozmawiałem po odprawie z delegatami UEFA. Nie ma już miejsca na jakikolwiek błąd z naszej strony. Pamiętajmy o tym - mówił dyrektor Legii ds. PR i komunikacji, Seweryn Dmowski. I długo rzeczywiście było spokojnie - dopiero przed stadionem kilkunastu kibiców stoczyło bójkę z hiszpańską policją. Warszawiacy rzucali w policjantów butelkami, ci w odpowiedzi zaatakowali na koniach, wjeżdżając w tłum. W ferworze działań dostało się nie tylko awanturnikom - pałkami potraktowano także przypadkowe osoby. Po kilku minutach sytuację udało się opanować, w czym pomogli przedstawiciele klubu i SKLW, a także lider Żylety, „Staruch”, który przez megafon apelował o spokój. Wcześniej warszawianie nie stwarzali zagrożenia dla porządku publicznego, co podkreślał właściciel pobliskiego lokalu. - Wielu z nich zamawiało u nas posiłki i napoje, w tym alkohol, ale nie zachowywali się w sposób agresywny - mówił PAP Omar Gonzales z restauracji „Jose Luis”. 

Na stadionie ponad 3 tys. warszawskich kibiców zachowały się wzorowo. Legioniści całkowicie zdominowali miejscowych fanów, którzy nie mogli przebić się ze śpiewami o Realu. Po drodze na swój sektor kibice z Polski wielokrotnie byli dokładnie przeszukiwani przez służby porządkowe, które towarzyszyły im także podczas… wypraw do WC. - Po wyjściu z toalety musieliśmy zdejmować nawet buty - opowiadali legioniści. Mimo spokoju na trybunach w hiszpańskich mediach po meczu mówiło się głównie o wydarzeniach sprzed stadionu. Władze Legii wolały więc dmuchać na zimne i już na środę, nie czekając na decyzję UEFA, zwołały briefing.

- Regulamin UEFA nie pozostawia żadnych złudzeń - jeden z paragrafów mówi wprost, że klub może być pociągnięty do odpowiedzialności za zachowanie kibiców zarówno na stadionie, jak i w jego otoczeniu. Konsekwencje mogą być bardzo złe - stwierdził Dmowski.


- Absolutnie nie widzimy możliwości przerzucania odpowiedzialności na kogoś innego. Należy spojrzeć prawdzie w oczy, gdyż problem leży po naszej stronie - dodał. Legia już zapowiedziała, że zmieni formułę wyjazdów kibiców na mecze. Do tej pory dystrybucją biletów zajmowało się stowarzyszenie, od teraz zajmie się tym klub.

Na Łazienkowskiej obawiają się, że po kolejnych incydentach klub może zostać nawet wyrzucony z Ligi Mistrzów. Możliwe jest także zawieszenie w kolejnej edycji pucharów rozgrywanych pod egidą UEFA. Raport delegata sugeruje, że to strach na wyrost, ale dokument podpisany przez McRea o niczym niestety nie przesądza – UEFA domaga się, by jej firmowy produkt, jakim jest Liga Mistrzów, był postrzegany przez sponsorów jako produkt idealny. W Legii wciąż nie mogą więc spać spokojnie…