Kim był Rosjanin, który w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej zachowywał się jak dyktator na miejscu tragedii? To zaufany człowiek obecnego ministra obrony Siergieja Szojgu, wyznaczany przez Kreml do najważniejszych misji związanych z rosyjskim lotnictwem wojskowym - czytamy w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Z ujawnionych niedawno przez resort obrony notatek, jakie sporządził tuż po 10 kwietnia 2010 r. płk Mirosław Grochowski, wynika, że to właśnie gen. Siergiej Bajnietow uniemożliwił Polakom zdobycie najważniejszych dowodów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Twarda postawa rosyjskiego oficera – przy biernym zachowaniu się polskich ekspertów w Smoleńsku oraz kapitulacji rządu w Warszawie – przesądziła o dalszym przebiegu badania tragedii.

Misja turecko-syryjska

Urodzony w 1955 r. Bajnietow to syn znanego wojskowego pilota Dmitrija Bajnietowa (1928–2006), laureata wielu sowieckich odznaczeń i autora paru popularnych książek militarno-propagandowych. Przyszły generał poszedł w ślady ojca. Był pilotem-snajperem, m.in. na Dalekim Wschodzie, w powietrzu spędził ponad 3000 godzin. Latał na 18 różnych samolotach: od Su-27 po MiG-29. I tak jak ojciec, dosłużył się różnych kremlowskich odznaczeń za zasługi dla ojczyzny.

Szefem służby zajmującej się bezpieczeństwem rosyjskich Sił Powietrznych został Bajnietow w 2005 r. Podobno dzięki wsparciu Siergieja Szojgu, pełniącego od 1991 do 2012 r. urząd ministra ds. sytuacji nadzwyczajnych (obecnie ministra obrony). Ale myliłby się ten, kto uważałby Bajnietowa za zwykłego wojskowego eksperta od wypadków lotniczych. Generałowi powierzano w ostatnich latach najważniejsze i najdelikatniejsze dyplomatyczne misje związane z rosyjskim lotnictwem. To właśnie on został wyznaczony do zbadania sprawy zestrzelenia rosyjskiego Su-24 w 2015 r. nad granicą syryjsko-turecką. Przypomnijmy: samolot został strącony przez Turków; było to pierwsze zestrzelenie rosyjskiej maszyny przez armię NATO od czasów wojny koreańskiej. Wydarzenie spowodowało ogromne napięcie na linii Ankara–Moskwa. Bajnietow badał m.in. rejestratory samolotu i występował przed kamerami, twierdząc w grudniu 2015 r., że zniszczenia czarnych skrzynek są tak duże, iż obecnie nie da się ich poddać analizie. – Ministerstwo obrony zatrudni wyspecjalizowane instytucje naukowe, które będą w stanie odczytać dane bezpośrednio z kryształowego czipu. To zajmie wiele czasu – przekonywał zdumionych dziennikarzy Bajnietow.

Pojawiły się wówczas od razu komentarze, że Moskwa gra takimi tłumaczeniami na czas, chcąc ukryć fakt, że Su-24 został zestrzelony, gdyż wleciał na terytorium Turcji (czemu Kreml od początku zaprzeczał). Co mówiły zapisy skrzynek i czy urządzenia pokładowe samolotu faktycznie zostały uszkodzone? Tego już się chyba nie dowiemy, bo w międzyczasie prezydent Turcji pojednał się z prezydentem Rosji, a sprawę natychmiast wyciszono. Misja Bajnietowa – z zaangażowaniem wyjaśniającego prasie, w jaki sposób 13 z 16 mikroczipów w rejestratorze lotu Su-24 zostało uszkodzonych – zakończyła się zatem powodzeniem.

Litwa nie dała się zastraszyć

Inną głośną misją dyplomatyczno-wojskową – zleconą Bajnietowowi tuż po przekazaniu mu kierownictwa służby bezpieczeństwa Sił Powietrznych – był wyjazd na Litwę w 2005 r. Kilka dni wcześniej rosyjski myśliwiec Su-27, lecący z Petersburga do obwodu kaliningradzkiego, wleciał w przestrzeń powietrzną Litwy i w wyniku technicznej usterki rozbił się obok wsi Błogosławieństwo (lit. Plokščiai), 190 km od Wilna. Pogwałcenie litewskiej przestrzeni powietrznej było ewidentną prowokacją wobec Litwy, która rok wcześniej przystąpiła do NATO. Litwini zareagowali zdecydowanie: aresztowali rosyjskiego pilota (który się katapultował) i wszczęli śledztwo. Musieli jednak zmierzyć się z gen. Bajnietowem, który zdecydowanie zażądał wypuszczenia dowódcy samolotu i oddania czarnych skrzynek Su-27. Bajnietow domagał się również powołania wspólnej rosyjsko-litewskiej komisji do zbadania incydentu. Przywiózł nawet ze sobą kilku wyznaczonych do tego oficerów.

Litwini na szczęście nie przestraszyli się pewnego siebie generała i natychmiast poprosili o pomoc NATO. Mając wsparcie Sojuszu, stwierdzili, że zarówno pilot Su-27, jak i rejestratory lotu, wrócą do Rosji dopiero po przeprowadzeniu niezbędnych czynności śledczych. Nie wydali też zgody na wspólne badanie katastrofy – przewidując, jak wykorzystają to Rosjanie. Można tylko żałować, że w Smoleńsku przedstawiciele polskich władz – wykonując ślepo polecenia Bajnietowa – nie potrafili nawet zwrócić się o wsparcie do NATO.

Całość artykułu w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”