Liban z palestyńską flagą

  

W centrum Bejrutu widzę kobietę w czarnym, zakrywającym twarz nikabie, niosącą na głowie olbrzymi pakunek i nawet niepomagającą sobie rękoma. Tuż obok smukła wieżyczka z krzyżem – to chrześcijańska świątynia. I to właśnie najkrótszy opis Libanu, gdzie chrześcijanie maronici i muzułmanie sunnici koegzystują, mimo niechęci i walk. Cóż, do czasu... Powoli przemija i ta postać świata.

Jestem tu, w Libanie, pierwszy raz, ale znajomość regionu mam zdecydowanie lepszą: byłem blisko dziesięć razy w Izraelu, trzy razy w Egipcie, dwa razy w Autonomii Palestyńskiej, dwa razy w Jordanii, raz w Katarze, raz w Kuwejcie, raz w Bahrajnie.

Liban pamiętam z dzieciństwa. Po pierwsze, z efektownych znaczków pocztowych z obowiązkowym zielonym cedrem – dzięki nim dowiedziałem się o istnieniu tego drzewa, ale też z zaśnieżonymi szczytami. Po drugie, z opowieści mamy. Mówiła, że mieszka tam bardzo wielu chrześcijan i że są dzielni (coś w tym rodzaju). Nic dziwnego, że potem śledziłem dzieje tego cudownego kraju – tak cudownego, że musiała się o niego i w nim toczyć wojna.

To kraj olbrzymiej emigracji – piszę to jako przedstawiciel narodu też rozsianego po całym świecie, ale którego większość mieszka jednak w swoim ojczystym domu. Libańczycy są jak Ormianie czy Żydzi – we własnym kraju mieszka ich wyraźna mniejszość w porównaniu z diasporą na wszystkich kontynentach. Słyszę, że Libańczyków poza Libanem żyje ponad 10 mln, a w ich kraju tylko 4 mln.

Charakterystyczne, że wyraźna większość z tych emigrantów to chrześcijanie. Po pierwsze, dlatego że presja, w tym przemoc wobec naszych braci w wierze, wzrasta od dziesięcioleci. Po drugie, chrześcijanie byli bardziej niż muzułmanie operatywni w biznesie, przedsiębiorczy, zamożniejsi i mieli lepsze kontakty z bogatym Zachodem. Po trzecie wreszcie, kiedyś łatwiej było chrześcijanom odnaleźć się w bogatych chrześcijańskich krajach Europy – teraz Stary Kontynent przyjmuje jak leci, a nawet w praktyce uprzywilejowuje ludzi z innych niż nasza kultur.

Obecnie, z inicjatywy libańskiego ministra spraw zagranicznych – chrześcijanina – emigranci będą mogli występować o ponowne przyznanie obywatelstwa Libanu. Może to zwiększy nieco nominalną liczbę wyznawców Chrystusa w tym kraju, ale przecież i tak muzułmanie systematycznie zwiększają przewagę dzięki wyższej rozrodczości. Nie tylko w Libanie przecież.

Bejrut: „nie” dla integracji Palestyńczyków

Liban kojarzyć się musi z Palestyną. Uchodźców z Palestyny jest tu ćwierć miliona. Palestyńscy staruszkowie przyjechali tu przed ponad 60 laty, kolejni w drugiej połowie lat 60. Mają własne obozy z własnym samorządem i własną policją, czyli siłami porządkowymi. To ich różni od najświeższych uchodźców z Syrii, którzy nie są tak zorganizowani i którym władze Libanu nawet na to nie pozwalają.

W samochodowym radiu bez przerwy arabska muzyka. Nie wiem, co lepsze – to czy propagandowe plakaty sławiące dobrych wujków z Zachodu: „EU and UNRWA together for Palestine refugees”. UNRWA to agencja ONZ, EU – wiadomo. Oficjalnie to właśnie ONZ-owski podmiot finansuje i zarządza obozami – wymienionymi na plakacie – uchodźców palestyńskich. Władze Libanu i wszystkie tamtejsze partie polityczne, niezależnie od tego, czy są u władzy, czy w opozycji, czy są chrześcijańskie, czy muzułmańskie, zdecydowanie nie chcą integracji Palestyńczyków z miejscowym społeczeństwem. Nie decydują przesądy, ale liczby – Libańczycy obawiają się bowiem, że wkrótce przybysze przejęliby „pakiet kontrolny” nad całym państwem. A swoją drogą, pewnie łatwiej jest im rozmawiać o problemach z Palestyńczykami niż o problemach z korupcją przy podziale środków przeznaczonych na tychże Palestyńczyków. A Unia i kraje UE, które dają setki tysięcy euro rocznie, coraz bardziej niepokoją się czarną dziurą, w której znikają pieniądze Starego Kontynentu.

Arafat i Abbas patrzą z plakatów

Libańczycy mówią mi o różnicach międzypokoleniowych wśród Palestyńczyków – że ci młodzi mają już inną świadomość niż generacja Jasira Arafata. Cóż, trudno żeby było inaczej. Ale gdy bywałem w Autonomii Palestyńskiej, mówiono mi o innych jeszcze podziałach. Na tych, którzy przez lata walczyli w Organizacji Wyzwolenia Palestyny i byli na emigracji, i tych miejscowych, którzy „okupację izraelską”, jak to określają, przeżyli na Zachodnim Brzegu czy w Strefie Gazy i OWP nawet nie powąchali. Ci pierwsi później byli bogatą klasą uprzywilejowaną, ci drudzy tymi gorszymi i czasem swoją frustrację wylewali przed obcym, jak ja.
W obozach i kwartałach palestyńskich dotąd wiszą pożółkłe plakaty Arafata i niewiele nowsze prezydenta Abbasa, kwestionowanego przez Hamas i może dlatego uderzającego w radykalne tony, także ostatnio w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, gdzie przybył dzień po… prezydencie Izraela.

W obozie uchodźców

Część libańskich Palestyńczyków mieszka nie w obozach, ale w osobnych domach, choć skupionych w jednym miejscu. Prowadzą mnie do niedawno odnowionego. Staruszka Palestynka kłania się co chwilę i po arabsku wylewnie dziękuje Unii Europejskiej za pomoc. Dwa pokoje dalej na sofie siedzi z komórką jej wnuczka. Młoda w żaden sposób nie jest zainteresowana choćby zwykłą rozmową o warunkach ich egzystencji.

Obóz Burj Barajneh jest jak normalne miasteczko z drogami, autami i domami. Samochody śmierdzą benzyną, przypomina mi to lata mojego dzieciństwa w PRL‑u – ale to naprawdę było dawno. Nad głowami na ulicach i uliczkach zwisa kłębowisko przewodów elektrycznych i rur czy raczej rurek wodociągowych. Lepiej chodzić środkiem, bo pod ścianami jest ich najwięcej i tam jest najbardziej niebezpiecznie. Trup ściele się gęsto. Przedstawiciel uchodźczego palestyńskiego samorządu podkreśla, że dbanie o te śmiercionośne łącza nie należy do ich obowiązków. Formalnie ma pewnie rację, ale ich ludzie giną tu bez przerwy. Ostatni przedwczoraj, poprzedni trzy tygodnie temu. Wylicza: 27 zabitych porażeniem prądu w ostatnim czasie.

Historia wymieszana ze współczesnością, podlana sosem tragedii – to codzienność. Oto płótno zwisające na ulicy, martyrologiczny baner przedstawiający jednego z młodych bojowników palestyńskich na tle czterech kolorów ich flagi narodowej (biały, zielony, czerwony i czarny) – ale w typowym zachodnim T-shircie z napisem „Brooklyn”. Takich koszulek jest pełno w USA, Europie Zachodniej, a pewnie też w Izraelu. Obok poster o pomocy finansowej Szwajcarii dla palestyńskich uchodźców: „Swiss Help”.

Pierwsza klasa w szkole dla dzieci na wygnaniu. Przepełnione pomieszczenia: 33 dzieciaków, hałas, jak to w dzieciarni niezależnie od szerokości geograficznej. W klasie dla maluchów napisy są po angielsku. W kolejnej są roczniki z nieco mniejszego boomu demograficznego, bo są to dzieci 8- i 10-letnie. Mają po pięć godzin w tygodniu ojczystego języka arabskiego. Upał, okna otwarte na oścież, słychać wyraźny głos zawodzącego muezina z pobliskiego meczetu. W tej klasie 27 dzieci, w tym – dla równowagi – jedna dziewczynka jest w chuście na głowie, choć to przecież maleństwo, a druga w modnych dżinsach z dziurami niczym żywcem przeniesiona z Zachodu. W kolejnej klasie 30 dzieci, w tym dwie dziewczynki w chustach. W pobliżu małe cementowe boisko. Szkoła w Ramallah, obóz uchodźców w Shatila. Gdy tam jadę, mijam po drodze pomnik zamordowanego w zamachu w lutym 2005 r. premiera Libanu, muzułmanina (sunnity) Rafika Haririego.

Baby boom jest zawsze

Palestyńska uliczka w Libanie. Po obu stronach sklepy, fryzjer, bary z arabskim fast foodem, dzieciaki biją się, używając długiej żerdzi: starszy z krótszą, młodszy z dłuższą – aby siły były wyrównane. Starsza kobieta w sklepiku oczywiście bez okien, jak każdy tutaj, szyje na maszynie, od razu można coś kupić albo przynieść do poprawy. Przewody elektryczne nade mną, niemal na wyciągnięcie ręki – słyszę, jak starszy Palestyńczyk mówi do mnie po angielsku, że to „bardzo niebezpieczne”. Ja to wiem bez niego. Widzę masę dzieciaków i młodzieży, znajoma Niemka nachyla się do mnie i mówi nieco zgryźliwie: „Będzie nowy baby boom”. Ależ Frau – odpowiadam – tu zawsze jest baby boom... I my, dwoje Europejczyków, uśmiechamy się z wyższością, ale tak naprawdę z zazdrością.
Szpital. A może raczej „szpital”. Palestyński oficjel dobrą angielszczyzną, wzdychając, mówi do mnie, że jak był dzieckiem, przyprowadzała go tutaj mama, i że szpital wygląda tak samo jak 40 lat temu. To świadczy zresztą o tym, że w Libanie można być uchodźcą palestyńskim przez kilka dekad – urodzić się tu, na obczyźnie, ale jednak jakoś tam wśród swoich, a potem robić karierę i zapewne doczekać emerytury. W każdym razie szpital jest identyczny jak wtedy, gdy mój dzisiejszy rozmówca był tu szczepiony jako dziecko. W szpitalu wszędzie napisy wyłącznie po arabsku, inaczej niż w szkole. Doktor Suha Ismail tłumaczy bardzo łamaną angielszczyzną, że tutaj tylko bada się i leczy najlżejsze przypadki, bo wszystkie cięższe odsyłane są ambulansami do szpitali libańskich.

Pracujące dzieci

Jeszcze mały sklepik, w którym reperuje się lodówki i sprzęt AGD, przyjmuje mnie dwóch 20-latków, może mniej, może więcej. Punkt istnieje, tłumaczą, od ośmiu, dziewięciu lat. Trafiam tam nie dlatego, żeby zreperować lodówkę, ale dlatego, że takie małe firmy wspiera miłosierna Unia Europejska, aby zapewne udowodnić sobie, że coś robi w kontekście Bliskiego Wschodu, ale też żeby dać pracę młodym ludziom i zapobiec (?) w ten sposób ich radykalizacji. Zaraz potem małe mauzoleum pamiętające masakrę uchodźców palestyńskich w 1982 r. Zginęło wtedy ponad tysiąc Palestyńczyków, w tym ich przywódca, który ukończyć miał cztery czy pięć kierunków studiów, m.in. Uniwersytet Amerykański w Bejrucie. Zostawiam martyrologię, której pełno i tutaj, i na Zachodnim Brzegu, i w Strefie Gazy – znów jestem na gwarnej ulicy. Mija mnie może 10-latek na motorze dla dorosłych z przyczepką. W przyczepce ma cztery kilkunastolitrowe pojemniki na jakiś płyn. Dowozi je gdzieś za róg, a tam przyjmuje je od niego kilkunastolatek. Tu dzieci pracują niczym ich rówieśnicy w XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii.

W przeciętnym palestyńskim obozie przelicznik jest prosty: na jedną rodzinę przypada mniej więcej siedem osób. To nie tak, że każda ma pięcioro dzieci – czasem jest ich więcej, a nie ma ojca rodziny, który już nawraca Europę na islam, czasem dzieci jest mniej, za to przy rodzinie jest np. babcia. A palestyński eksport ludzi do Europy („human resources”) jest tylko częścią tego większego, islamskiego. Znajomy Niemiec, były burmistrz jednej z dzielnic Berlina, mówi, że w samej tylko stolicy RFN‑u mieszka 100 tys. Palestyńczyków. W jego głosie, delikatnie mówiąc, bynajmniej nie wyczuwam entuzjazmu. Pewnie dlatego jakiś czas temu był jednym z tych odważnych w CDU, którzy podpisali publiczny protest przeciwko polityce imigracyjnej Angeli Merkel. To jak na warunki niemieckie – silnej, tradycyjnej, zakorzenionej dyscypliny partyjnej – nie tak częsty przykład otwartej krytyki przywódcy. Skądinąd sama Frau Kanzlerin przyznała, że w kwestii polityki imigracyjnej popełniła błąd – tyle że uczyniła to po dwóch przegranych wyborach w landach, w tym katastrofie wyborczej w niemieckiej stolicy.

Zbyt piękny kraj, by żył w pokoju

Z balkonów domów na głównej ulicy uchodźczego miasteczka zwisa pranie: pościel, tkaniny, trochę ubrań. Znam ten obrazek z innej strefy klimatycznej – z obszaru postsowieckiego. W ulicznej kafejce internetowej przesiadują wyłącznie dzieciaki. W necie szukają bajek, hurys z seraju czy może instrukcji, jak zbudować bombę. Nie chcę wiedzieć.

Przechodzę na ulicy pod wielką płachtą z podobizną… prezydenta Syrii Baszara al-Asada. On tu jest bohaterem. I myślę, co by się stało, jaki przebieg miałaby historia tego regionu, gdyby w wypadku samochodowym nie zginął starszy brat Al-Asada, kochany przez Syryjczyków Basil. Pędził na lotnisko, aby zdążyć na samolot Lufthansy. Po jego śmierci sięgnięto po mieszkającego w Londynie z brytyjsko-sunnicką żoną okulistę Baszara. Ten potrafił zobaczyć wszystkie spiski.
W kolejnym, setnym sklepie młody mężczyzna pali fajkę wodną, patrząc na nas z doskonałą obojętnością. Przed nim na wielkiej plazmie transmisja muzułmańskich uroczystości religijnych: wokół jakiegoś meczetu wielkie tłumy ludzi. Arabskie napisy na murach. Jeden angielski: „Fuck you”. To niejedyny zachodni element, bo okazuje się, że KFC jest wszędzie.

Piękne, spokojne morze w naturalny sposób przechodzące w błękit nieba, nadbrzeże w słońcu. Już mniej się dziwię, że ludzie zabijają się o ten skrawek ziemi. Mój kierowca używa sygnału dźwiękowego przypominającego trąbkę, a raczej trąby jerychońskie, które mogły umarłego obudzić. Jem obiad ze studentami i wykładowcami Siblin Training Centre. Kuchnia śródziemnomorska: ryż z orzechami, kurczak, jogurt, sałatka z pomidorów i ogórków. Do popicia woda. Patrzę na młodych Palestyńczyków, o których eksperci mówią, że mają tylko dwie drogi: jedna to islamistyczna radykalizacja, a druga to ucieczka do innych krajów. Problem polega na tym, że tak naprawdę jedno nie wyklucza drugiego. Imigranci do Europy mogą właśnie wówczas wybrać drogę pierwszą i skończyć jako muzułmańscy terroryści.

Na parterze ambasady Unii Europejskiej w Bejrucie malowidło na ścianie informuje, że „United in Diversities”. Różnorodność – na pewno, ale zjednoczeni? Ta Unia niby taka agnostyczna, laicka, a tu, proszę, wierzy w cuda.

Raj utracony?

Liban kiedyś słynął z tego, że był rajem. Dziś z raju została nazwa willi unijnego ambasadora – obecnie jest to Dunka, poprzednio była Holenderka. Ta nazwa to Villa Paradise. Gdy ambasador UE Christina Lassen mówi do mnie, że „wojna w Syrii to ciężki czas dla Libańczyków”, nagle gaśnie światło. Jak tu nie wierzyć w takie metafory?

Ciekawe, jak bardzo szanowany jest tu nasz polski papież – i to tyle lat po śmierci. Wszyscy moi rozmówcy reagują na wspomnienie o Janie Pawle II emocjonalnie pozytywnie. Reakcja ta dotyczy nie tylko chrześcijan – co byłoby zrozumiałe – lecz także sunnitów. Minęło od pielgrzymki „naszego” Ojca Świętego do Libanu prawie 20 lat (1997), a nadal wzbudza ciepłe uczucia. Polscy pielgrzymi do św. Charbela (od maja do września LOT miał pięć połączeń z Warszawy do Libanu) podtrzymują samą swoją obecnością to wręcz uwielbienie dla papieża z Polski. A swoją drogą, dlaczego LOT urządził odprawę pasażerów do Bejrutu tuż przy odprawie na lot do... Tel-Awiwu, co od razu spowodowało żywiołowe protesty Arabów?

Na lotnisku libańskie czerwono-biało-czerwone flagi z zielonym cedrem pośrodku kłują w oczy nawet przy zwykłych stanowiskach odpraw. Libańskie linie MEA są w sojuszu z francuskim Air France i holenderskim KLM. Bejrut też wydaje się miastem europejskim. Meczety i przenikliwe głosy muezinów nie zmieniają tego wrażenia, bo przecież w europejskich miastach też jest coraz więcej meczetów i muezinów.

Nad libańską stolicą zmierzch pod koniec września zapada znienacka. Czy to też zmierzch Libanu w kształcie, jakim go znamy „od zawsze”? Czy to też zmierzch chrześcijaństwa w Libanie? Odpowiedzi na te pytania mogą zakłócić dobre samopoczucie europejskich wyznawców Chrystusa.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts