„Nie mam zamiaru im pomagać w nakreślaniu ich [PiS-owskich] bzdurnych przekonań” – deklarował Marian Opania, odrzucając propozycję zagrania prezydenta Lecha Kaczyńskiego w filmie Antoniego Krauzego. A w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” odtwórca roli dziennikarza konformisty w „Człowieku z marmuru” oświadczył: „Ci, co wierzą w zamach, są bandą szkodników, która zachowuje się jak sowieccy agenci”. Przytaczam te słowa, bo czas dojrzał, aby „spisane były czyny i rozmowy”.

Czas po premierze „Smoleńska”, po 6 latach od tragedii, kiedy ulicami Warszawy (i wielu innych miast) z poświęceniem i uporem 10. dnia każdego miesiąca wciąż płyną w marszach pamięci dziesiątki tysięcy ludzi. Czy właśnie oni, według Opani, są „szkodnikami, sowieckimi agentami”? Agenci sowieccy czy narodowa wspólnota, która kolejny raz po katastrofie smoleńskiej w dniach żałoby na Krakowskim Przedmieściu „rozpoznała się w jestestwie swoim” i nieprzerwanie swoją odzyskaną tożsamość demonstruje?

Film Antoniego Krauzego jest, oprócz wielu innych swoich walorów, hołdem złożonym pamięci i wierności tej narodzonej 10 kwietnia 2010 r. wspólnocie.

I to ona, ta właśnie wspólnota, jest najważniejszym bohaterem filmu Krauzego.

Przyznam – bardzo się bałam tej premiery. Bałam się, jak wśród tylu przeciwieństw – odmowy dotacji przez ówczesne władze, co trzeba uznać za swoistą cenzurę prewencyjną, ostracyzmu środowiska aktorskiego, piętrzących się na ostatnim etapie trudności technicznych – wybrnie z niełatwego zadania reżyser pamiętnego „Czarnego czwartku”. Antoni Krauze nie tylko wybrnął, on zwyciężył.

Krauze postawił ważne pytania

Dla ilu z nas pamiętny kwietniowy dzień 2010 r. rozpoczynał się oczekiwaniem na transmisję z Katynia? Dla tysięcy, dziesiątków tysięcy? Antoni Krauze tak właśnie otwiera swój film i wchodzi w pamięć zbiorową: dziennikarka (Beata Fido), wychodząc do studia, przypomina o transmisji mężowi. Oczekiwanie, a potem strumień faktów – suchy, jak na dokumentalistę przystało. Zapis faktów, tak jak je wszyscy – chyba bez wyjątku – pamiętamy. Strumień pamięci zbiorowej rozwija się wraz z przejmującą muzyką Michała Lorenca, zapamiętaną na zawsze z czasu pogrzebów i żałoby. Można sobie wyobrazić, jak trudne to przeżycie dla rodzin ofiar – te sceny ogląda się ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach. Jak wtedy. Równolegle z tematem tragedii smoleńskiej rozwija Krauze temat medialnej manipulacji i kłamstwa rozgrywający się już kilkanaście dni po tragedii. Uosobienie medialnego oszustwa, szef stacji TV (świetny w tej roli Redbad Klijnstra) „wdrukowuje” w swoją podwładną oficjalny przekaz: wina była pilotów, wyjaśniać nie ma czego. Przekaz, który w 2010 r. – jak świetnie pamiętamy – szedł z ust samego ministra obrony narodowej. A powtarzali go, zgodnie z „instrukcją”, różni usłużni dziennikarze. Krauze odnotowuje wszystko: SMS-y rozsyłane do członków PO w sprawie „właściwej” interpretacji dramatu, oddaje atmosferę bluźnierczych „happeningów” na Krakowskim Przedmieściu, mnoży pytania: dlaczego konwencja chicagowska i oddanie śledztwa w ręce Rosjan, śledzi „seryjnego samobójcę”, pokazuje ofiary: Remigiusza Musia, generała Petelickiego i wielu innych, pokazuje niszczenie wraku na Siewiernym przez Rosjan. Tropiąc nadużycia mediów, równolegle gromadzi, rzec można, dokumentację śledztwa: kto i dlaczego? Fikcja filmowa ściśle splata się z dokumentem.

Historia manipulacji

Jeden z filmowych bohaterów, pierwowzorem był zapewne minister Łapiński, dyskretnie naprowadza dziennikarkę na ślad odsyłający do zorganizowanej przez prezydenta Kaczyńskiego w Tbilisi obrony Gruzji przed inwazją rosyjską. Cięcie i widzimy dokumentalny kadr: Tusk z Putinem na molo w Sopocie. Dialog niemy, a po nim filmowa para prezydencka (Ewa Dałkowska i Lech Łotocki) zastanawia się, o czym była rozmowa…

Z samego lotu i komend z budy zwanej wieżą kontroli lotów w Siewiernym Krauze odnotowuje wszystko, co w tej sprawie wiadomo. Przede wszystkim ważny nakaz kogoś spoza wieży, aby sprowadzać Tu-154M na wysokość 50 m. Reżyser nie rozstrzyga sprawy. Gromadzi dla widza materiał dowodowy, pozostawiając mu wolny wybór: będziesz zwolennikiem pancernej brzozy czy przejrzysz wreszcie na oczy?

Nad sferą faktów – medialnej manipulacji, mozolnego dochodzenia do prawdy przez protagonistkę filmu, dziennikarkę, walki o prawdę w umyśle i sumieniu widza – nadbudowuje Krauze finał piękny, przejmujący. Finał, który poniesie film w stronę legendy i wielkiego narodowego mitu. Obraz 1: „Tutka" rozpada się w powietrzu, płonie żywym ogniem. Po chwili, obraz 2: w kadrze barwy mundurów – zielono-mglistej, spotkanie tych z Katynia i tych ze Smoleńska. Sztafeta, łańcuch pokoleń: czy nie tak to wszyscy czuliśmy wtedy? Czy nie tak brzmiała w naszych uszach tamta anonimowego autora piosenka „Lot orłów przerwany”? I wreszcie kadr ostatni, zamykający film: ludzka rzeka płynąca w mroku wieczoru, pośród świateł świec i rozwiniętych sztandarów – Polską, Krakowskim Przedmieściem, z szeptem zbiorowym: „Zdrowaś Mario, łaski pełna…”. Rzeka włączona jako kolejne ogniwo w niekończący się łańcuch pamięci pokoleń, odwiecznej polskiej pielgrzymki ku prawdzie, polskiej Golgocie i Nadziei.

Ku przebudzeniu

„Smoleńskiem” Antoni Krauze stworzył nowy gatunek filmu. Jak go nazwać? Paradokumentem? – za mało. Mniejsza zresztą o nazwy – ten film będzie trwał w naszej polskiej pamięci jako niezwykłe świadectwo wielkiej, zbezczeszczonej tragedii, jako świadectwo małości i wielkości „człowieka w Polaku”. Wreszcie jako świadectwo mądrości sumienia zbiorowego, które nie poddało się kłamstwu i manipulacji. Czy to jest sumienie całej polskiej wspólnoty? Z pewnością nie. Czy Antoni Krauze chce społeczeństwo dzielić? Z pewnością nie. On chce je budzić.

Pewnych drobiazgów można by się w tym filmie czepiać. Mnie też nie satysfakcjonuje gra protagonistki Beaty Fido. I cóż? Film nie jest o niej, jest o mechanizmach narzucanych pewnym środowiskom, o losach wspólnoty kształtowanej przez ludzi różnych: indywidualności marne i wielkie, konformistyczne i odważne. Pozostali aktorzy wypełnili swoje zadania nienagannie: Halina Łabonarska (matka dziennikarki), Ewa Dałkowska (Maria Kaczyńska), Aldona Struzik (generałowa Błasikowa), Lech Łotocki (prezydent Kaczyński), Jerzy Zelnik (polityk manipulator). Nie zagłębiam się w szczegóły ich gry, bo wszystkich ich łączyło jedno: nie gwiazdorzyli, nie starali się imitować postaci historycznych. Starali się jakby po prostu nimi być. Wzruszająca i dawno zapomniana cnota aktorów – cnota skromności. Mieli z pewnością wielką świadomość odpowiedzialności za swoje zadania.

Bój o prawdę

Już pierwszy dzień po premierze filmu pokazał, że nie będzie łatwo. Ataki już się rozpoczęły. Katarzyna Janowska w TV Onet wychodzi ze skóry, aby znaleźć haka na realizatorów. Z miernym skutkiem. Główny negatywny bohater dni tragedii smoleńskiej, TVN, nadaje krytyczny wywiad o filmie z Arkadiuszem Wosztylem, dowódcą jaka-40, który… nie jest Arkadiuszem Wosztylem. Antoni Krauze z całą odwagą przeciwstawił się kłamstwu. Ale walka o prawdę ze zwolennikami pancernej brzozy trwa.