Reżyser „Smoleńska” Antoni Krauze odniósł się do ataków sporej części mainstreamowych  mediów, dziennikarzy i polityków, którzy - często jeszcze nie widząc obrazu - agresywnie atakują jego treść - Nie zrobiłem tego filmu dla pochwał, miałem bardzo silne przekonanie, że ten film był tak ważny, że bez względu na wszystko musiał powstać - podkreślił.
 
Dawno nie było w polskiej kinematografii filmu, który wywołałby tak ogromną dyskusję i niechęć ze strony polityczno-kulturalnego salonu, a także dziennikarzy aktywnie uczestniczących w tzw. „kłamstwie smoleńskim”.

W dzisiejszym programie "24 minuty" TVP Info reżyser odniósł się do tych ataków.

- Sprawa katastrofy tak mocno obrosła kłamstwem, że zdziwiłbym się, żeby sam film nie został wykorzystany do ich powtarzania - stwierdził Krauze (…)  Reakcje na ten film to tylko serwitut tego, czego się podjąłem. Mam nadzieję, że ten film uświadomi Polakom, że to było kłamstwo o dużo większe niż nam się wydaje - podkreślił reżyser.


Pytany o źródła, z których korzystał, reżyser wskazał na dorobek Zespołu Parlamentarnego ds. wyjaśniania katastrofy smoleńskiej, prace naukowców skupionych wokół tzw. Konferencji Smoleńskich, ale i efekt własnych badań. 

- Miałem wrażenie, że samolot ważący ponad 100 ton, spadając z kilkunastu metrów w błoto, nie mógł rozbić się na tysiąc kawałków, że taki stan rzeczy, obowiązujący zresztą do dziś, przeczy wszelkim prawom fizyki i trzeba być osobą niezwykle niechętną sprawie wyjaśniania katastrofy, żeby to powtarzać - mówił reżyser.

- Ten film jest wynikiem moich własnych studiów, prowadziłem w tej sprawie swoje własne śledztwo zaraz po tym kiedy poczułem się okropnie oszukany przez tych, którzy powtarzali kłamstwa, szczególnie wtedy kiedy od stycznia 2015 roku było wiadomo, że kapitan Protasiuk wydał komendę „odchodzimy” - to tutaj według mnie znajduje się klucz do zrozumienia tej tragedii, to pytanie z jakich powodów samolot, który powinien się wbić w powietrze nie odleciał - podkreślił


Reżyser  wskazał na dwóch ekspertów z pomocy których korzystał przy filmie. Byli to piloci z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, płk. Bartosz Stroiński i płk. Artur Wosztyl - kapitan Jaka-40, którzy pierwszy wylądował 10 kwietnia w Smoleńsku.

- To właśnie porucznik Wosztyl  opowiedział nam to wszystko, czego był świadkiem. Przez długi czas obaj piloci mówili niewiele na ten temat. Dopiero kiedy rozwiązano 36. pułk i obaj piloci przeszli na emeryturę, ich stosunek zmienił się diametralnie. Kiedy dowiedziałem się, że chciano ich ( pilotów specpułku - przyp. red) rozrzucić po całej Polsce, jak najdalej od Warszawy, wtedy  po raz kolejny miałem wrażeniem, że mam do czynienia z jakimś ogromnym kłamstwem, które chce się zatuszować - opowiadał reżyser.