Tuż przed pogrzebem płk. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” nocowałem na terenie jednostki wojskowej. Rano obudził mnie śpiew maszerujących żołnierzy. Wtedy pomyślałem sobie: „Obudziłem się w wolnej Polsce” - z ANDRZEJEM GWIAZDĄ, współtwórcą NSZZ „Solidarność”, rozmawia Klaudia Dadura.

Dokładnie 36 lat temu między komisją komunistycznego rządu a komitetem strajkowym podpisano w Stoczni Gdańskiej Porozumienia Sierpniowe. Jak Pan wspomina te wydarzenia?
Było wiele dramatycznych momentów, które wryły mi się w pamięć. Jednak najgorszy był dzień, kiedy Lech Wałęsa ogłosił koniec strajku, zgadzając się na spełnienie początkowych postulatów, w tym podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar Grudnia ’70 oraz gwarancje nietykalności dla strajkujących. Po decyzji Wałęsy Stocznia Gdańska miała wyłączyć się ze strajku. Ania Walentynowicz, Alina Pieńkowska oraz Ewa Osowska przemówiły jednak do wychodzącej tłumnie ze stoczni załogi, dzięki czemu uratowały strajk. My, czyli członkowie Wolnych Związków Zawodowych, zorganizowaliśmy wówczas Międzyzwiązkowy Komitet Strajkowy, koordynujący wszystkie zakłady strajkujące. Na zebraniu każdy z 28. delegatów komitetu przedstawił swoje żądania. Następnie powołaliśmy czteroosobową komisję, która ujednoliciła postulaty delegatów. W ciągu dwóch godzin komisja ułożyła listę 21 żądań.

Czy spełniono któryś z 21 postulatów?
Nie spełniono żadnego, choćby tego dotyczącego zlikwidowania umów śmieciowych. Dla nas było oczywiste, że porozumienie zostanie złamane w pierwszej możliwej chwili. Tak też się stało. Przecież do niedawna nie mieliśmy niezależnych od partii Wolnych Związków Zawodowych. Po 1996 r. Akcja Wyborcza Solidarność uzależniła od siebie WZZ tak, jak żadna władza komunistyczna.

Czy cieszy się Pan, że w obchodach 36. rocznicy Porozumień Sierpniowych nie będą uczestniczyli komuniści i postkomuniści?
Tak, to daje dużo satysfakcji. Polacy, wybierając rząd Prawa i Sprawiedliwości, przejrzeli na oczy. Sprawa teczek TW „Bolka” również to pokazuje. Od samego początku, odkąd Lech Wałęsa zaczął się publicznie wypowiadać, wiedzieliśmy, że jest on agentem bezpieki. Szkoda, że niektórzy woleli żyć w bajce o bohaterskim krasnoludku.

W trakcie niedzielnego pogrzebu Danuty Siedzikówny „Inki” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” Lech Wałęsa pojawił się w dość swobodnym stroju. Ponadto tuż przed rozpoczęciem przemowy prezydenta Andrzeja Dudy wyszedł z kościoła. Jak Pan oceni to zachowanie?
W ten sposób Wałęsa nie tylko wyraził niechęć do Polski, ale również opowiedział się po stronie spadkobierców tych, którzy zamordowali „Inkę” i „Zagończyka”.

Ta rocznica podpisania Porozumień będzie wyjątkowa?
Na to pytanie odpowiem anegdotą. Tuż przed pogrzebem płk. Zygmunta Edwarda Szendzielarza „Łupaszki” nocowałem na terenie jednostki wojskowej. W sobotę rano obudził mnie śpiew maszerujących żołnierzy. Wtedy pomyślałem sobie: „No to obudziłem się w wolnej Polsce”. Właśnie na mszy pogrzebowej „Łupaszki” po raz pierwszy zaśpiewałem „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”.