Upolitycznione smutasy z Warszawy

Wakacje nad polskim morzem stały się niepostrzeżenie sprawą polityczną. To nie jest normalne.

Wakacje nad polskim morzem stały się niepostrzeżenie sprawą polityczną. To nie jest normalne. Normalne by było, gdyby każdy Polak, niezależnie od poglądów, cieszył się, że coraz więcej ludzi chce spędzać wakacje w Polsce.

Znowu to zrobili. Po wynurzeniach Agaty Młynarskiej na temat rzekomej grozy wakacji we Władysławowie i na Półwyspie Helskim oraz po tym, jak spotkała się z krytyką i atakami wielu użytkowników internetu, teraz postanowił wziąć ją w obronę tygodnik „Newsweek Polska”, idąc jeszcze dalej w ataku na wakacje na Wybrzeżu. Strach zresztą wymieniać to nazwisko i nazwę gazety, bo p. Młynarska już grozi procesem Krzysztofowi Wołodźce, który skrytykował ją na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”. Tacy to są demokraci i obrońcy wolności słowa...

Polityczną pałką w region

Ale dobra, niech spróbują, niech pozywają, będzie ubaw. Wezwie się wtedy na świadków przedsiębiorców pracujących w branży turystycznej nad Bałtykiem i władze lokalne. To byłby też ciekawy proces, mogliby opowiedzieć o swojej ciężkiej pracy i nad ofertą, i nad wizerunkiem naszego regionu. Naszego, nie ukrywam, bowiem jestem z Gdańska i bardzo zależy mi na tym, by turystyka rozwijała się nie tylko tu, ale i na całym Pomorzu.
Można się domyślać, że ci smutni ludzie, którzy atakują nasz region, są tak opętani polityką, że z polityką wszystko im się kojarzy. A wakacje nad Bałtykiem szczególnie, konkretnie z 500+ i z elektoratem PiS-u. Twierdzą oni, że „bidoki” mają pierwszy raz w życiu pieniądze i ruszyły nad morze. Chociaż nie ma na to żadnych dowodów i nikt tego nie zbadał, a niektóre wypowiedzi i oceny podane w niesławnym tekście „Newsweeka” nie wydają się wiarygodne. Bo trudno na przykład uwierzyć w przedsiębiorcę, który nie cieszy się, że jest większy ruch w interesie. A już nawet jeśli znaleźli takie marudy, to na pewno nie są one reprezentatywne.

Podano też wypowiedź policjanta z Nowego Dworu Gdańskiego, który mówi, że jest tyle zdarzeń drogowych, iż nie można nadążyć. Może to jednak jego subiektywna ocena. W internecie znalazłem dane policji z Nowego Dworu z 19 lipca – wynika z nich, że w ciągu poprzedzającego tygodnia doszło do trzech zdarzeń drogowych z obrażeniami ciała.

Okolice Nowego Dworu – to tamtędy przebiega bardzo ruchliwa „siódemka”, to nie jest tylko „droga nad morze”. Również często poruszają się nią mieszkańcy Pomorza udający się na Mazury i na Pojezierze Suwalskie, czy to na wakacje, czy do rodziny, bo wielu mieszkańców Gdańska albo Gdyni pochodzi z Mazur lub Suwalszczyzny. Albo też jedzie się tamtędy do Warszawy czy np. w Bieszczady i tą samą drogą wraca z kierunku południowo-wschodniego.

Artykuł w „Newsweeku” wygląda tak, jakby powstał nie po to, by opisać w miarę rzetelnie zjawisko i konsekwencje rosnącego ruchu turystycznego na Wybrzeżu, ale po to, by „udowodnić”, że nad morze zjechało mnóstwo właśnie „bidoków” i chamów, czytających prorządowe magazyny, nieumiejących ani dobrze prowadzić samochodu, ani się zachować nad morzem i „na mieście”, brudzących gdzie popadnie i pijących na potęgę.

Alternatywna rzeczywistość

Mieszkaniec Gdańska idzie na elegancki koncert jazzowy do coraz bardziej eleganckiego Sopotu, biega sobie wieczorem w pięknej scenerii wzdłuż zatoki, mijając zadowolonych i kulturalnych spacerowiczów, innych biegaczy i rowerzystów. Idzie na plażę z żoną i dziećmi, w inny dzień do dobrej i niedrogiej restauracji rybnej opodal plaży albo po prostu na dobrą kawę... Spotyka w pociągu do Warszawy młodych austriackich turystów, autentycznie zachwyconych wakacjami na Mazurach i nad Bałtykiem... A potem otwiera internet i czyta, że tu niebezpiecznie, brudno, brzydko i drogo. Przecież to jest jakiś matrix!

Może i tego lata odnotowywanych jest więcej wypadków naruszenia prawa, np. chodzenia po wydmach, więcej zdarzeń drogowych, większy jest w niektórych miejscach tłok, więcej pijanych, więcej śmieci, więcej ludzi niebezpiecznie korzysta z kąpieli, ale to zrozumiałe statystyki. Wzrost notowanych zdarzeń wynika po prostu z tego, że w tym roku jest więcej letników. Chamskie zachowania przy takich tłumach ludzi są nieuniknione, ale to jest jednak margines. Ja na przykład nie widziałem żadnego. Poza tym chamstwo nie zaczęło się przecież tego lata, było zawsze obecne. Od paru lat jest go zresztą w całej Polsce, w mojej ocenie, mniej. Wreszcie, chamstwo czy pijaństwo nie zależy wcale od statusu i pozycji społecznej ani zarobków. Zwłaszcza nałogi nie wybierają.

Lepsza koniunktura gospodarcza

A czy wzrost liczby letników to efekt 500+? Również mam wątpliwość. Jeżeli rzeczywiście potrzeba było dopiero 500+, aby duża część naszego społeczeństwa pierwszy raz wyjechała z dziećmi na wakacje, to redaktor naczelny polskiej edycji „Newsweeka” powinien zapaść się ze wstydu pod ziemię, bo był on i jest wielkim apologetą pierwszego ćwierćwiecza III RP. A tymczasem z artykułu w jego gazecie wynika, że ta III RP wykluczyła rzesze Polaków z wakacji.

W moim przekonaniu słuszna jest tylko ta właśnie diagnoza, że przez lata wielu Polaków nie było stać na wakacje. Nie sądzę jednak, by akurat 500+ dokonało tu jakiejś istotnej zmiany. 500 zł miesięcznie to nie jest aż tak dużo, poza tym wypłacane jest zbyt krótko, by zmienić aż w takiej skali sytuację gospodarczą w Polsce. Pewnie jest grupa, która była na styku dochodu niskiego i średniego, i to 500+ pozwoliło tym ludziom w krótkiej perspektywie nieco odetchnąć. Jednak nie sądzę, by miało to decydujące znaczenie i wywołało aż taki efekt skali.

Na pewno natomiast (pokazują to spadające wskaźniki bezrobocia i rosnącej konsumpcji) części Polaków zaczęło być nieco lepiej. I to jeszcze przed ruszeniem programu 500+. Polacy są więc bardziej skłonni wyjechać na wakacje. Ale to też nic nie ma wspólnego z 500+ ani elektoratem PiS-u czy PO, tylko po prostu w Polsce poprawiła się koniunktura gospodarcza. Z tych samych przyczyn wzrósł wskaźnik zawieranych małżeństw i urodzeń dzieci.

Słaby złoty i atrakcyjność „destynacji”

A najważniejszym czynnikiem wpływającym na to, że więcej ludzi spędza wakacje w Polsce jest kwestia słabszego złotego (a więc i droższe wakacje za granicą) oraz bezpieczeństwa. Egipt, Tunezja, Turcja, bezpośrednia konkurencja dla wakacji nad polskim morzem, to dziś kierunki, w których wielu Polaków woli już nie jeździć z obawy o swoje bezpieczeństwo, poza tym w tych krajach jest drożej niż jeszcze parę lat temu. Chorwacja, Bułgaria czy Hiszpania to niby alternatywa, ale znów pojawia się bariera słabszego złotego. Wielu Polaków wybiera więc polskie morze.

A do tego dodajmy jeszcze rosnącą atrakcyjność Polski jako, jak to się mówi w branży, destynacji turystycznej. Polska przyciąga więcej turystów i letników z zagranicy. Z powodów bezpieczeństwa właśnie i słabszego złotego, ale też po prostu z powodu tego, co może zaoferować dzisiejsza Polska. Jest stosunkowo tanio (zwłaszcza jak ktoś przyjeżdża z bogatszego kraju), coraz lepsza jest komunikacja i transport, infrastruktura turystyczna, usługi, gastronomia. Dotyczy to zresztą nie tylko morza, więcej obcokrajowców widać np. w polskich górach, a z kolei Warszawa, jak niedawno usłyszałem, stała się wręcz modna. Wystarczy przejść się tego lata po centrum stolicy, by się przekonać, że są goście ze wszystkich niemal stron świata. Generalnie branża turystyczna w Polsce z roku na rok się rozrasta i rosną jej przychody. Może komuś to się nie podoba? Wszak konkurencja jest ogromna.

Znana prezenterka oraz tygodnik „Newsweek Polska” chcieli, podejrzewam, skrytykować Polskę pod rządami PiS-u. PiS-owi jednak tą krytyką nie zaszkodzą, bo to woda na jego młyn, zresztą, przyznam szczerze, mało mnie interesuje polityka. Ale boję się, że jeszcze parę takich tekstów i zaczną szkodzić polskiej branży turystycznej, a w efekcie gospodarce.

 

Źródło:

#Nowy Dwór #morze #wakacje #Newsweek

Marcin Herman
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo