Duch Fryderyka Wielkiego w UE. Czy Niemcy leżą w Europie?

  

Zachód stanowił niegdyś integralną siłę, opartą na wartościach chrześcijańskich i wewnętrznej rywalizacji o prymat we własnej cywilizacji. Czy jednak Europy nie podkopuje jakiś koń trojański, forsujący własne plany? Historyk Feliks Koneczny twierdził, że takim kukułczym jajem są Niemcy – a wielu niemieckich mężów stanu podzielało taki pogląd.

Zdaniem Konecznego (1862–1962), za którym poszedł wybitny teoretyk stosunków międzynarodowych Samuel Huntington (1927–2008), Zachód to nie tylko dobrobyt społeczeństw i demokracja. Wyróżnikiem naszej cywilizacją są wartości, dzięki którym mieszkańcy niezaludnionej Alaski, 120. piętra wieżowca Manhattanu czy Żurowej pod Tarnowem zrozumieją się lepiej niż z pokornymi Chińczykami, wyrabiającymi w fabrykach zabawek po kilkanaście godzin dziennej pracy, albo rosyjskimi telewidzami, przyklaskującymi kolejnym wyczynom Władimira Putina w ćwiczeniach judo. Najważniejsze wartości Zachodu, choć przybierają nieco inne barwy w Polsce, Ameryce czy Francji, można podsumować w kilku punktach: indywidualizm jednostek; rozdział władzy duchownej od świeckiej; władza wyłaniana w toku wyborów społeczeństwa; państwo jako sługa społeczeństwa; możliwość swobodnego zrzeszania się; tożsamość narodowa.

Opływając w swobody obywatelskie, trudno sobie wyobrazić, jak wielkim osiągnięciem cywilizacyjnym jest osiedlowe stowarzyszenie albo dyskusja polityczna podczas rodzinnego obiadu… I tutaj właśnie swoje zastrzeżenia zgłaszał Feliks Koneczny, zapewniając, że niemieckie sprawstwo I i II wojny światowej, a także wcześniejsze ekscesy z luteranizmem lub nawet średniowieczną walką z papiestwem nie są u naszego zachodniego sąsiada tak całkiem przypadkowe. Podczas gdy Berlin wciąga na maszt kolejny pomysł supremacji, warto się przyjrzeć, jak Niemcom zdarzało się oddalić od europejskości.

Uwielbienie państwa

Tradycja narzucania własnym społeczeństwem praw i obyczajów ma w Niemczech mocne korzenie. Wbrew twierdzeniom lewicy III Rzesza nie opierała się na tożsamości narodowej, lecz na ideologii wyższości rasowej. Zapomnijmy na chwilę, że Niemcy były bodaj jedynym narodem wyczekującym nadejścia bolszewików w 1920 r. i formującym strukturę dyktatury proletariatu w oczekiwaniu na Armię Czerwoną. Pomińmy już epizod z Niemiecką Republiką Demokratyczną, lecz przypomnijmy dawne Cesarstwo Niemieckie (II Rzesza 1871–1918) zbudowane na pruskim podboju, w którym wola władcy, kanclerza i wielkich przedsiębiorców przemysłowych i kolonialnych decydowała o sprawach społecznych niemal w równym stopniu co w Imperium Rosyjskim. Nawet w nazewnictwie uniknięto tytułu „Cesarz Niemców”, aby nie podkreślać roli społeczeństwa w życiu państwa. Także ostatnio w języku polityków Brukseli okazało się, że „słuchanie swoich wyborców” jest powodem kryzysu w UE, a przywódcy wspólnoty okazują lekceważenie milionom Europejczyków. W latach 70. XIX w. katolikom wypowiedziano wojnę kulturową, Kulturkampf, właśnie za niezależność wiernych. Deprecjonowanie Kościoła rzymskiego to zresztą drugie imię Niemiec – w dobie reformacji, walk z papiestwem i nawet w początkach niemieckiej państwowości.

Państwa jak klocki

Zanim rzucenie na kolana Austrii (1866) i Francji (1871) umożliwiło Prusom zjednoczenie (podbicie?) Niemiec, dzieje społeczeństw między Renem a Odrą także były naznaczone poddaństwem. Kraje germańskie, rozbite na setki królestw, księstw, hrabstw i palatynatów, charakteryzowały się silną pozycją władcy nad miejscową ludności. Zmiany granic i kolejne podboje tej nieokiełznanej układanki drastycznie zmieniały położenie lokalnych elit, degradując je i pozbawiając majątków, tytułów i godności. Cesarz niemiecki dzielił Rzeszę na regiony, których granice były kruche jak współczesne marzenie o euroregionach. Bezprecedensowe prawo cuius regio eius religio (1555) sprawiało, że poddani powinni wyznawać taką religię jak władca – a kiedy głowa państwa dokonywała konwersji, to od reszty społeczeństwa wymagano tego samego. Rzecz jasna, w praktyce nie było to konsekwentnie egzekwowane, ale tendencja była jasna – niemiecki władca miał panować także nad sumieniami – dziś religią wkładaną do głów poddanych ma być homotolerancja, laickość i gender.

Walka o kształt niemieckości

Feliks Koneczny uważał, że Germanie zapuścili korzenie we wschodnim typie państwa, poprzez związki z cesarstwem bizantyjskim, w którym nie istniały zalążki tożsamości narodowej. Także dzisiaj w Berlinie wzdycha się do „bezproblemowego” modelu władzy, podobnego do bizantyjskiej Moskwy, a na ulicach stolicy Niemiec nieraz słychać okrzyki Pegidy: „Putin, wprowadź wojsko”. Tysiącletnie pasmo ustanawiania hegemonii jednych nad drugimi sięga czasów pogańskich, gdy wódz germański pełnił jednocześnie rolę kapłana, mającego władzę nie tylko nad życiem doczesnym swoich współplemieńców, lecz zarządzał nimi także w zaświatach. Czy kilkanaście wieków utrwalania modelu absolutnej władzy można było zdjąć kilkoma reformami politycznymi po II wojnie światowej?

Światełko z daleka od Berlina

Patrząc na Niemcy jako na wielki naród, aż trudno zliczyć łańcuch wybitnych twórców kultury europejskiej, wszystkich Dürerów, Beethovenów, Spenglerów i Mannów. Jednak to środkowoeuropejskie państwo było od zawsze wewnętrznym polem walki o jego wolnościowo-zdecentralizowany kształt z jednej strony a dyktatorsko-hegemoniczny z drugiej. Najwybitniejszym reprezentantem tego pierwszego był Konrad Adenauer, który dokonał denazyfikacji, przebudowy Niemiec na wzór zachodni, demokratyczny i wolnościowy. Jako katolik chciał uczynić swój kraj częścią chrześcijańskiej wspólnoty Zachodu. Gdy jako kanclerz rozważał perspektywy na przyszłe zjednoczenie Niemiec, przestrzegał przed przenoszeniem stolicy nowego państwa z Bonn do Berlina. To pruskiej mentalności przypisywał chorobliwe dążenie do dominacji – zarówno nad własnym narodem, jak i nad resztą kontynentu. Duch Fryderyka Wielkiego, niemieckich kanclerzy i imperialnych geopolityków Niemiec znów przebija w planach najsilniejszego państwa Unii Europejskiej.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Prowokatorzy w haniebny sposób atakują Kościół Katolicki. Kto lubi wpis? Tak, to sam Paweł Rabiej!

Paweł Rabiej / Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

  

Wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej to jeden z najgłośniejszych zwolenników tolerancji. Staje też często w obronie środowisk LGBT. Kiedy jednak w sieci pojawiają się plugawe wpisy obrażające uczucia katolików lub atakujące kapłanów, wtedy zastępca Rafała Trzaskowskiego zachowuje się inaczej. Niedawno "polubił" skandaliczną grafikę.

Na skandalicznej grafice zamieszczonej na Twitterze przez anonimowego użytkownika, posługującego się nickiem "Viki" widzimy postać katolickiego księdza (wskazuje na to ubiór) dokonującego czynności seksualnej z dzieckiem i wskazującego kierunek dla osób, które uzbrojone "polują" na homoseksualistów, stojących pod tęczą.

Tego typu grafiki w mediach społecznościowych są często umieszczane przez anonimowych trolli. Ich cel jest jeden - prowokacja. W tym przypadku prowokacja na skandalicznie niskim poziomie.

Jednak - co ciekawe - grafikę uderzającą w Kościół Katolicki polubił na Twitterze... sam wiceprezydent Warszawy Paweł Rabiej. Tak, ten sam, który na ustach ma tolerancję dla różnych środowisk.

Jak widać, tolerancja nie przeszkadza w promowaniu grafik, które w skandaliczny sposób uderzają w Kościół Katolicki i kapłanów.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: twitter.com, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl