​Pólko Pana Boga (2)

  

Zgubiliśmy się w Lesie Bielawskim. Przejechawszy nad autostradą w kierunku Lipinek Szlacheckich i Jabłowa, odbiliśmy, tak jak trzeba, w lewo, samochód podskakiwał na nierównościach bitej drogi, za oknami przesuwały się niezliczone pnie drzew, minęliśmy jedno skrzyżowanie, potem drugie, lecz do leśniczówki, której szukaliśmy, nie udało się nam dotrzeć. Po dwudziestu minutach błądzenia daliśmy za wygraną. 

To, co wiadomo

Potraktujmy to jako znak – próbowałem pocieszać pana Bogdana, który niewiele dni wcześniej odwiedził leśniczówkę z uczniami pelplińskiego liceum, a dziś, zupełnie nieoczekiwanie, stracił orientację w terenie.

– Znak? 
– Oczywiście. Przecież nic pewnego o bielawskim epizodzie nie wiemy. Wśród krzyżujących się ze sobą leśnych duktów pogubiliśmy się tak, jak gubimy się w szczegółach historii sprzed siedemdziesięciu siedmiu lat.

Alojzy Męclewski poświęca tym kilku godzinom, które upłynęły od wyjścia kapłanów z folwarku Pólko do ich powrotu na ulice Pelplina, jedynie kilka zdań. „Odtąd – czytamy w jego książce – eskorta stała się bardziej czujna. Żołnierze nieco oddalili się od kolumny i zwrócili ku niej lufy karabinów, po czym z okrzykami »Schneller! Schneller!« skierowano całą grupę do pobliskiego Lasu Bielawskiego. Tam na polance w pobliżu nadleśnictwa żołnierze kazali księżom kopać dół”. Ale nie wiemy, skąd czerpie informacje. Ani słowem nie wspomina o świadkach, nie podaje żadnych danych personalnych. 

Pelplinianie także niczego nie są pewni. Miejscowa tradycja mówi co prawda, że grób dla członków biskupiej kapituły został wykopany w pobliżu leśniczówki, lecz nie ma na to żadnych materialnych dowodów. 

Być może w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy autor „Pelplińskiej jesieni” gromadził materiały do swojej książki, żył ktoś, kto w październiku 1939 r. z ukrycia przyglądał się scenie opowiedzianej w cytowanym akapicie. Bo chyba nie dało się, po trzech dekadach od wybuchu wojny, natrafić na jakikolwiek ślad wykopu. Jak wolno się domyślać, wkrótce po wykopaniu dół został zasypany. Na zruszanej ziemi wyrosła trawa, może nawet ktoś posadził tam młode drzewka. Grób pozostał pusty, więc w okolicach leśniczówki nie prowadzono nigdy prac badawczych, nie dokonywano ekshumacji – nie było wszak ciał, które trzeba by zidentyfikować.

Jedno jest pewne. Kapłani nie zginęli w Lesie Bielawskim. Ktoś musiał ich zawrócić i skierować w przeciwną stronę – tam, skąd przyszli. Męclewski twierdzi, że „z Pelplina nadjechał na rowerze SA-mann z rozkazem do najstarszego rangą oficera”. Prawdopodobnie tak właśnie było. 

Inscenizatorzy i widzowie

Nasze współczesne wyobrażenie o drugim przemarszu pelplińskich duchownych przez miasto oparte jest na znacznie solidniejszych podstawach: „w ogródku za płotem stała Anna Buszkiewicz, z którą ksiądz Roskwitalski spożywał rano śniadanie. Teraz zwrócił ku niej głowę, pokiwał nią znacząco, potem opuścił ze smutkiem, przekładając łopatę z jednego ramienia na drugie. Z innego miejsca obserwował pochód Stefan Kuchta, kilkadziesiąt metrów dalej Paweł Adamowski i Karol Węsierski, z dala za ostatnim żołnierzem eskorty szedł palacz z młyna Jan Szatkowski. Na ulicy Dworcowej obserwowała tę scenę zza firanki w swoim mieszkaniu Zofia Burdakowa”.

To był teatr. Naprędce, lecz skutecznie wyreżyserowana demonstracja siły. Jakby mówili tym wszystkim Polakom, których spojrzenia biegły w ślad za pochylonymi księżowskimi sylwetkami: „Nic nie możecie uczynić. Zależycie od nas. Teraz my tu o wszystkim decydujemy”. Jakby dawali do zrozumienia, że każdy będzie obsadzony w nowej roli. Karzeł zagra olbrzyma (i stanie się olbrzymem), olbrzym – karła (i w karła się przedzierzgnie).

Bo czy to nie zabawne – ów pochód mężczyzn w rozpiętych surdutach (ich poły powiewają na wietrze), w sztywnych białych kołnierzykach, uroczysta procesja, ale bez dzwonów, feretronów, krzyży i sztandarów, bez kołatek nawet, w asyście pokrzykiwań i ponagleń, śmieszna wędrówka życiowych rozbitków, odartych z dostojeństwa, swoim dostojeństwem dławiących się jak kneblem wciśniętym w gardło? 

Widzicie? Nic nie znaczy, co miało znaczenie, forma wydrążona została z treści, przeminęła postać waszego świata. To są słowa puste: wikariusz i kanonik, penitencjariusz i szambelan papieski, prałat domowy Jego Świątobliwości i mistrz duchowy, profesor homiletyki i doktor teologii. Kiedy poślizgnie się na bruku i upadnie, aniołowie nie będą go zbierali z ulicy, nikt nie obetrze mu zlanej potem twarzy, nikt nie pomoże dźwigać łopaty – rozlegnie się nad nim pusty śmiech nieba, rozpostartego na wietrze jak płachta brudnego sukna, przebodzie go słowo drwiny, spoliczkuje spojrzenie nadzorcy i kata.

Nowy początek

Już przeszli przez Rynek i między kamieniczką z zegarową wieżą a hotelem Lutzów skręcili w Adolf-Hitler-Strasse, już minęli zabudowania cukrowni i mleczarnię, przybliżywszy się do dworca kolejowego, do miejskiego młyna górującego nad okolicą. 

O krok przed nimi wlecze się na niskim biegu czarny autobus bez szyb. Dla duchownych, ostatkiem sił brnących przez przedmieście, jest to dodatkowa tortura. Niechże nas zapakują do środka, niech nas powiozą, dokąd chcą – byle się wreszcie skończył ten beznadziejny marsz! Nie wiedzą, że Niemcy przeznaczyli pokracznemu pojazdowi, zwanemu przez pelplinian „czarną krową”, zupełnie nową funkcję. Od teraz ma być czymś w rodzaju karawanu.

A kiedy nadejdzie chwila, że każą im wsiadać, że pozwolą im odrzucić szpadle i kilofy – za ich udręczonymi plecami, tam gdzie nie patrzą, bo sił im brak, by odwrócić głowy, poczną się materializować widma rzeczy przyszłych. 

Jakieś ręce zetrą polskie napisy, wprowadzając na ich miejsce twardy germański gotyk. Obrócą się w proch postaci z pomników w biskupim ogrodzie i u wejścia do seminarium – Piłsudski i Długosz, Skarga i Wujek, Mojżesz i święty Wojciech męczennik. U stóp katedry zgromadzi się rozentuzjazmowany tłum mężczyzn w żółtych i czarnych mundurach. Dłonie uniosą się w hitlerowskim pozdrowieniu, z gardeł popłynie raźny śpiew. „Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! SA marschiert mit ruhig festem Schritt”. Ruszą krokiem równym i spokojnym, pewni, że dobrze wykonali swoją pracę. Na maszt stojący w samym centrum placu Mariackiego ktoś wciągnie sztandar ich wielkiej wspólnej sprawy. „Es schau’n aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen. Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!”. Trąbka zagra pobudkę ostatnim maruderom. 

Na koniec rozewrą się wrota bazyliki katedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a fala ludzkich głów zaleje nawę główną, transept i nawy boczne. Ktoś rozdzieli prace – jedni będą znosili ławy, krzesła, stołki i taborety i ustawiali je między emporą organową a prezbiterium. Inni wezmą się za ołtarz główny, o który oprą drabiny i wspiąwszy się na górne szczeble, zarzucą na sześciokondygnacyjną konstrukcję olbrzymi pokrowiec powstały z połączenia wielu kawałków płótna. Zasłonią umieszczoną na szczycie statuę Chrystusa Zmartwychwstałego, emblematy Opatrzności Bożej (rękę podtrzymującą ziemski glob, księgę siedmiokrotnie opieczętowaną i trzy gorejące serca, czyli wiarę, nadzieję i miłość), stojące parami święte niewiasty – Barbarę i Urszulę, Agnieszkę i Katarzynę. Ukryją figury św. Leonarda, dwóch męczeńskich patronów Polski, Wojciecha i Stanisława, ustawione po obu stronach malarskiej „Wizji świętego Bernarda”, rzeźbione podobizny apostołów Szymona, Macieja, Jakuba Młodszego, Tomasza, Judy Tadeusza i Barnaby oraz ulokowane niżej postaci Bartłomieja, Jana, Filipa, Mateusza, Jakuba Starszego, Andrzeja, Piotra i Pawła. Zamaskują scenę koronacji Maryi, z wyobrażonymi w górnej partii obrazu osobami Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego, oraz predellę z tabernakulum i grupą wieżyczkowych relikwiarzy.

Wreszcie wszystko ucichnie, drabiny odjęte zostaną od ołtarza i – obróceni twarzami w stronę organów, plecami zaś do wszystkich świętych Pańskich – spracowani robotnicy Hitlera przysiądą na ławach pośrodku głównej nawy. Odezwą się werble, zewrą szeregi, rozwiną flagi. W mieście nad Wierzycą będzie można godnie uczcić powstanie tysiącletniej Rzeszy, ogłosić ostateczny triumf narodu panów.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts