Kalinowscy w Cuzco, czyli „moje” Peru

  

Właśnie wróciłem z Peru. Byłem tam służbowo, w związku z wyborami prezydenckimi w tym wielkim kraju, parokrotnie większym od naszego. Pewien  znany polityk zajmujący ważne międzynarodowe stanowisko (nie był to Donald Tusk) radził mi przed wyjazdem: napij się pisco sour, to stawia na nogi.

Odpowiedziałem: raczej zwala z nóg. Pisco sour to peruwiański alkohol. Smakuje bardzo, aż za bardzo, tym bardziej że łatwo wchodzi, tylko człowiek nie czuje, że jego nogi stają się, nie wiedzieć czemu, coraz cięższe i później trudno wstać. Tak przynajmniej słyszałem. Żadnego tu doświadczenia, Boże broń, nie mam.
Znam też historię dwóch polityków z Polski, którzy usiedli sobie kiedyś w hotelu w Limie i zaczęli popijać owo pisco. Jedna osoba z byłej partii rządzącej, druga z ówczesnej partii opozycyjnej, ale nie naszej, zresztą mniejsza z tym. Wystarczyło kilka kolejek, a już kelnerzy owych przedstawicieli Rzeczypospolitej na poważnej międzynarodowej konferencji musieli, podtrzymując ich, odprowadzać do hotelowych pokoi.

Świt pod Andami

Peruwiańska telewizja jest taka, jak na całym świecie: gdy jeden kanał podaje, że w porównaniu z ubiegłym rokiem zanotowano wzrost gospodarczy o 2,4 proc., to drugi eksponuje, że w porównaniu ze styczniem ubiegłego roku zanotowano spadek o 3 proc. Ale od telewizji ciekawsze są krajobrazy i ludzie. Nadmorskie nadbrzeża w Limie są zupełnie niezagospodarowane, a mogłyby być rajem dla turystów. Droga od lotniska wiedzie wśród gęstej zabudowy. Na skrzyżowaniach nowoczesna sygnalizacja świetlna pokazuje, ile sekund zostało do końca czerwonego czy zielonego światła. Korki są zawsze i wszędzie, także w weekendy. Królami dróg w stolicy, Limie, są setki, tysiące mikrobusów, które służą do komunikacji miejskiej, międzymiastowej, a także międzynarodowej. Są ciasno upakowane, przepełnione do granic możliwości. Ale z tego tłoku nic sobie nie robi para siedząca na przednim siedzeniu, obok kierowcy (siedzenia z przodu są trzyosobowe), która całuje się namiętnie. Gdy samochody zatrzymują się, podbiegają do nich dziewczęta albo chłopcy z napojami i gazetami – to obrazek niczym z Europy Południowej. Na lotnisko prowadzi szeroka sześciopasmowa (!) w każdym kierunku jezdnia. Lotnisko nosi nazwę Jorge Chaveza – na cześć peruwiańskiego lotnika.

I wszystko dobrze, tylko ta prohibicja... Pod tym względem Peru przypomina USA z lat 30. XX w. Oczywiście w Ameryce obowiązywała ona długi czas, a w tym jednym z trzech największych państw latynoamerykańskich tylko w okresie wyborów: od dnia poprzedzającego elekcję po poranek tuż po niej. W restauracji nie podają alkoholu, nie można go kupić w sklepach ani zamówić w hotelu. Zamknięte są minibarki w pokojach hotelowych – w związku z tym nie można wziąć z nich nawet wody.

Cuzco wita niesamowitym wschodem słońca. Wielkie czerwone pręgi na niebie niczym zwielokrotnione smugi odrzutowca. Ale za chwilę niebo uspokaja się i następuje dominacja błękitu i mniejszościowej bieli. Wczesnoporanna ekspresja krajobrazu łagodności.

Nazwy hoteli, hosteli, restauracji i biur podróży w większości nawiązują do Inków: Inka’s hostel, Inkapal Intertravel, Tupay Nemo Tours czy Tupac Yu Pan Qui Palace, restauracja Peruano Angino. Na calle Ruinas znajduje się, co brzmi trochę groteskowo, „JW Marriott el Convento Cusco”. Jest też hotel „Suenos del Inka”, a nawet „Angina Inka”. Idąc od calle Tullunayu, skręca się w małą, urokliwą uliczkę Santa Monica z ukrytym w głębi biurem turystycznym Tupay.

Wszędzie panuje dotkliwy chłód. Na ulicy San Augustin z agencją turystyczną Mulay Malu i jubilerem Michelle (odpadła pierwsza litera „J” i zostało tylko „ewellery”) o świcie jest całkowicie pusto. Ani śladu turystów czy miejscowych. Nikogo nie ma w zamkniętym sklepie z rękodziełem o intrygującej nazwie „Wawa Alpaca”. W knajpce „Amanca” nie ma choćby nawet właściciela.

Dwa razy T: turystyka i tradycja

W Cuzco niemal w każdym budynku mieści się albo hotel czy hostel, albo restauracja, albo sklep czy agencja turystyczna. Wszystko dla turystów pasjonujących się historią Inków lub wczesnokolonialną hiszpańską architekturą i tych przyjeżdżających tutaj, aby wjechać na Machu Picchu. Ale poza restauracjami miejscowymi szpanuje kuchnia francuska „Le Soleil” (słońce) połączona z hotelem o zgoła przeciwstawnej nazwie „La Lune” (księżyc) czy japońska restauracja „Bojosan”. W centrum widziałem obleganą chińską knajpę. Jest też włoska trattoria „Nonna”. Po prawej stronie mam calle Maruri i widać hotel „San Augustin” Internacional. Z ulicy jest fantastyczny widok na Andy z pasem ciemnych, nieruchomych, fantazyjnych chmur zachowujących swoisty majestat.

Ulicami Cuzco chodzę po szóstej rano, tylko sklep „Market” otwarty jest o tej porze: cóż, w tym wypadku Latynosi chcą zarabiać, w przeciwieństwie do gnuśnych Europejczyków.

Wciąż calle Maruri. Po lewej, patrząc na góry, hiszpański kościółek z niespodziewaną dużą przestrzenią wokół niego. Zaskakuje to miejsce wyjęte z tłoku okolicznych domków, jakby ktoś chciał przekazać maksymę: Co Bogu boskie – przestrzeń dla Boga – ścieśnione domki, dla ludzi. Po prawej bar Yupanqui, po lewej Direccion Regional de Cultura Cusco. Naprzeciwko urzędu ni przypiął, ni przyłatał, zupełnie niepasujący Bank Szkocki.

Miejscowy dentysta reklamuje swoje wyroby poprzez odwołanie do Europy „euroimplantes”. To czytelna aluzja, że szczękę wypełnią ci dobre – bo przecież europejskie – produkty stomatologiczne. Kościelne dzwonnice biją na siódmą rano, a globalne gołębie spotykane od Polski do Peru, chodzą wprost po ulicy, nie zważając na przejeżdżające auta.

Jeszcze pizzeria Pachamama, hostel Wasichay i biuro prawne z szyldem „Abogado”. Uwielbiam poranne Cuzco, jeszcze bez natłoku turystów, ale z czystymi krajobrazami gór. Spotkać można co najwyżej Indiankę w szerokim kapeluszu i tradycyjnym stroju albo młode urodziwe policjantki i najwyżej paru na krzyż przechodniów spieszących się do pracy.

Cristo Blanco i wszystkie kolory tęczy

Odwiedzam katolicką szkołę w Cuzco, której patronem jest święty Jose de la Salle. W samorządzie klasy, w której goszczę, są sami Latynosi, poza skarbnikiem – jest nim Japończyk. To jest jak metafora: przybyszów z Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest w Peru nadmiernie wielu, ale doskonale poradzili sobie w świecie biznesu i finansów. W świecie polityki zresztą też: mieli już przez blisko dekadę prezydenta Alberta Fujimori, teraz jego córce Keiko Fujimori zabrakło do objęcia tego stanowiska ledwie parudziesięciu tysięcy głosów.

Plakaty w katolickiej szkole przypominają uczniom i nauczycielom o corocznej procesji ku czci świętego Jana Baptysty. Zawsze odbywa się 20 maja i zawsze też rusza sprzed bazyliki katedralnej. Na szkolnej ścianie duże hasło: „Dios es misericordia – nostros tambien”. Raczej to postulat niż odbicie rzeczywistości: „Bóg jest miłosierdziem – my też”. Do tej szkoły chodzi 14-letni syn mojej znajomej Peruwianki, Katy Dina Acosta Pozo. Szkoła jest czysta, zadbana, widać, że katolicki charakter zobowiązuje.

Naprzeciw kompleksu szkolnego wiele ulicznych stoisk z szaszłykami i innymi potrawami. Sprzedają wyłącznie kobiety, głośno zachwalając swój towar. Na ulicy sporo kobiet z dziećmi przywiązanymi chustami do pleców matek, co kojarzy mi się bardziej z Afryką niż Ameryką Łacińską. Jadę na Uniwersytet San Antonio. Wielopiętrowy gmach obsługuje różne fakultety i setki studentów – to młode Peru, które ma dać nową jakość temu jednemu z dwóch największych państw (oprócz Argentyny) położonemu w obrębie Andów. Za chwilę kolejna szkoła, tym razem publiczna, widać, że biedniejsza niż ta katolicka. Toalety są koedukacyjne: dziewczęta, czekając na kabinę, starają się nie patrzeć, jak chłopcy załatwiają potrzeby fizjologiczne do pisuarów. Patronem szkoły jest Garcilaso de la Vega – historyk Inków, sam syn Hiszpana i kobiety z Inków.

Domy pną się stromym zboczem do góry z obu stron Cuzco. Robiło to na mnie wrażenie, gdy byłem tu pierwszy raz, niespełna dekadę temu, robi i teraz. Mijam restaurację „Gran Rancho” na Ciro Alegria w samym sercu miasta. Reklamy corocznego święta kolarzy „Tour GR Cusco”. Calle Sunturwasi prowadzi w górę, do Świątyni Zwycięstwa. Międzynarodowy tłum turystów doprawdy z całego świata. Restauracje atakują szyldami, hostele też, widzę nawet ofertę szybkiej nauki hiszpańskiego, pewnie dla turystów, którzy są tu dłużej niż jedną dobę.

Susana mówi, że główny plac w Cuzco jest jednym z najpiękniejszych na świecie. I Hiszpanka ma rację. Dziewczyny z La Coruña nie są alfą i omegą, ale tym razem ta przynajmniej mówi rzecz oczywistą. A potem wzgórze Saksaywaman. Tu jestem pierwszy raz. Jest na tyle wysoko, że czuję szybsze bicie serca. To miejsce pikników mieszkańców Cuzco. Poniżej wielki posąg Cristo Blanco, czyli Białego Chrystusa. Monumentalny, ale bliski bawiącym się ludziom. Dostrzegam patrol policji turystycznej – nawet nie wiedziałem, że taka w Peru istnieje. Poniżej Cristo Blanco – domy i domki zsuwające się po zboczu, przygaszona czerwień dachówek. Dopiero w centrum miasta widać wyższe budynki i z innymi niż czerwone dachami.

Czas na obiad. Peru słynie z kuchni, uznawanej nawet za najlepszą w Ameryce Łacińskiej. Miejscowi polecają restaurację o włoskiej nazwie, ale lokalnej kuchni  – „Cicciolina” (parę minut pieszo od głównego placu miasta). Nazwa nieprzypadkowa: na ścianie lokalu dostrzegam zdjęcie aktorki włoskich filmów pornograficznych, przepraszam, pani poseł Ciccioliny. Jako tapas, przystawkę, biorę miejscowy przysmak: carpaccio z alpaki. Alpaka to taka, powiedzmy, mniejsza lama, spotykana wyłącznie w Andach. Jedno z czterech zwierząt, które spotkać można tylko w tym regionie świata. Pozostałe to lama właśnie – symbol tego pasma gór – oraz wikunia andyjska (znajduje się w herbie Peru) i spokrewnione z nimi gwanako. Surowe mięso alpaki podają tu z oliwą z huacatay (rodzaj aksamitki) oraz z pysznym kozim serem i małymi pomidorkami. Na główne danie znów biorę alpakę – wiedząc, że prędko nie będę miał takiej okazji – w sosie pieprzowym z crispy yuca souffle (rodzaj chrupiącego i puszystego sufletu z juki). Popijam, oczywiście, jakże by inaczej, popularną tu Inka Kolą, czyli czymś w rodzaju naszej oranżady.

Wszechobecna jest tutaj tęczowa flaga Cuzco, ale kolorów ma jednak więcej niż ta prezentowana na manifestacjach homoseksualistów i lesbijek. Pełno tych flag, powiewają w słońcu, a ja się cieszę, że po trzech dniach w chłodnawej, szaroburej, jak zawsze o tej porze roku, Limie wreszcie chodzę po skąpanych w słońcu ulicach.

Mają w tym kraju sporo różnych rodzajów policji. Poza wspomnianą Policia Turistico jest na przykład Policia Transito, czyli po prostu nasza drogówka. Widzę też policjantów z naszywkami na mundurach Ecuadron Helados, czyli coś na kształt szwadronu „obywatelskiego” czy ludowego.

W hali targowej w Cuzco, w centralnym miejscu, kapliczka Matki Boskiej w latynoamerykańskim stylu: duża szklana skrzynia, piękne złote szaty Madonny, korona z drogocennym klejnotem. Obok wisi jeszcze wielki gobelin z Matką Boską. A mnie się przypomina stare polskie porzekadło: Bez Boga ani do proga. Potomkowie Inków i hiszpańskich kolonizatorów realizują je pod Andami na swój sposób.

Polskie tropy

Zapada zmierzch. Ciemności skryją Cuzco. Żegnam się z wielkim pomnikiem inkaskiego wodza Pachacuteca na kamiennej wieży w samym centrum miasta. A mnie żegna – ale już z okien samolotu – ściana świateł, niewidocznych tam, na dole. To domy wijące się na wzgórzach. W stolicy, Limie, do której lecę, też już zapada noc. Dzieli mnie od niej 408 mil, czyli 666 km, oraz, co ważniejsze, zapach gór. Ale jest jeszcze coś, co czyni zasadniczą różnicę między stolicą Peru a stolicą królestwa Inków. To... Polacy. Jeżeli na opisywanym już tu głównym placu Cuzco krzykniesz na cale gardło… „Kalinowski”, możesz mieć pewność, że ktoś się odwróci, podejdzie i zapyta, czego właściwie od niego chcesz. Gdy w grudniu 2012 r. Ambasada RP w Peru zaprezentowała w Cuzco trzyczęściową wystawę obrazującą stosunki polsko-peruwiańskie, dzieje Polaków w tym kraju i współczesne życie peruwiańskiej Polonii, to na inauguracji zjawiło się... dziesięciu panów Kalinowskich! A wzięło się to stąd, że polski lekarz o tymże sarmackim nazwisku osiedlił się tam i nie dość, że miał sporo własnych dzieci, to jeszcze adoptował wiele peruwiańskich sierot, dając im rodowe nazwisko.

Teraz będzie łatwiej o kontakty Warszawa–Lima, bo Rzeczpospolita zniosła w połowie marca wizy dla Peruwiańczyków. Nie dotyczy to jednak np. Ekwadoru, stąd w jego stolicy Quito nasz MSZ otworzył oficjalny punkt wydawania wiz. Chodzi o ułatwienie dla młodych Ekwadorczyków, którzy chcą przyjechać na Światowe Dni Młodzieży. Będzie ich ok. 1300–1400 (dla porównania, z biednej Boliwii przyjedzie do Krakowa ledwie 150 osób, gdy z Peru wybiera się do nas aż 40 razy więcej). Takie punkty wizowe poza krajami, w których mamy ambasady, uruchomiono w trzech państwach – poza Ekwadorem jeszcze na Filipinach i Dominikanie.

Lima zatem – dość nowoczesne miasto z bardzo rozwiniętą siecią usług i niewiarygodną liczbą reklam, nie tylko polityczno-wyborczych (byłem w niej ostatnio dwukrotnie w okresie kampanii parlamentarnej i prezydenckiej). Masę dzieciaków i młodzieży. Niepozorne busiki wożące pasażerów z Peru do portowego Callao oraz do Wenezueli i z powrotem, choć wyglądają, jakby kursowały jedynie z przedmieść stolicy do jej centrum. Restauracja w pobliżu jakiejś fabryczki o adekwatnej nazwie: „Industria”. Droga na lotnisko usłana billboardami – im bliżej, tym więcej – południowoamerykańskich linii lotniczych LATAM (sic!). Linia powstała po połączeniu chilijskiej LAN i brazylijskiej TAM, a dla Polaka zabawna jest ich reklama: „LATAM y tu” („LATAM i ty”).

Róża z Limy i... polscy święci

W Peru założono w XVI w. pierwszy uniwersytet na kontynencie południowoamerykańskim – był to San Marco. Także pierwsza święta w Ameryce Łacińskiej pochodziła z tego kraju – była nią święta Róża z Limy, żyjąca na przełomie XVI i XVII wieku. A skoro o Kościele mowa, to warto wspomnieć – bo to polonik – o klasztorze dominikańskim Coricancha, gdzie po prawej stronie ołtarza wisi obraz polskiej świętej Faustyny, a po jego lewej – obraz polskiego świętego papieża Jana Pawła II. Pośrodku zaś jest obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Choć ostatnio nastąpić tam miała pewna depolonizacja, w ramach której „naszą” Matkę Boską przesunięto do bocznego ołtarza. A wszystko to w pobliżu czterech dawnych świątyń Inków. Nie tylko w tym kościele mogą modlić się Polacy. A jest ich tu trochę, zwłaszcza z mieszanych małżeństw. Peruwiańscy absolwenci polskich uczelni (dużo lekarzy!) żenili się z Polkami i wywozili je na drugi kraniec świata.

Ale jest też niemało przykładów Polaków ożenionych z Peruwiankami: głównie to marynarze zawijający do pierwszego portu na kontynencie, czyli Callao (w tym mieście w lutym tego roku ogłoszono stan wyjątkowy w związku ze wzrostem przestępczości). Znaleźli miłość na lądzie i zostali w dalekim, ale bliskim, bo katolickim i dość tradycyjnym kraju.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts