"Ojciec" Artura Ubrańskiego - osobisty film, który oficjalnie już jutro ukaże się w kinach, budzi mieszane odczucia. Wsłuchując się w pierwsze echa po premierze, można się zniechęcić. Jednak wystarczy samemu pójść do kina, by przekonać się, że nie taki "Ojciec" straszny, jak go malują.

Historia opowiedziana w filmie Artura Urbańskiego jest właściwie stara jak świat - oto mężczyzna w średnim wieku, który po raz pierwszy doświadcza fenomenu ojcostwa, musi zmierzyć się z własną przeszłością i niełatwą relacją ze swoim własnym ojcem. Konstantego (w tej roli sam Artur Urbański) oraz dużo młodszą od niego Milę (Karolina Porcari) poznajemy w momencie, gdy ich codzienność wypełniona jest sielskimi obrazkami - warszawska bohema, luksusowe mieszkanie przy Placu Zbawiciela i obiady w drogich restauracjach. Wszystko się zmienia, gdy niemal jednocześnie parze rodzi się syn, a mężczyzna dowiaduje się o nagłej śmierci ojca (tu naprawdę przekonujący Zygmunt Malanowicz). To sprawia, że w Konstantym pękają - budowane zapewne latami - mury oddzielające go od przeszłości i zawiłej relacji z humorzastym rodzicem. Dalej reżyser serwuje nam obraz powolnego rozkładu związku Konstantego i Mili, która nie potrafi zrozumieć dziwacznego zachowania ukochanego, przeplatany retrospekcjami z dzieciństa głównego bohatera, w których jak zły (?) duch powraca postać ojca. 

Niejako "przy okazji" Urbański wplata wątki poboczne - nieobliczalny sąsiad z kamienicy obok (Andrzej Konopka) czy lokalny ćpun i diler (Dawid Ogrodnik) wraz z jego siostrą (Michalina Olszańska), którzy co raz składają Konstantemu dziwaczne, wątpliwe moralnie propozycje. Jak dodać do tego znajomość Konstantego i Mili z podstarzałą i histeryczną lesbijką (Renate Jett) oraz dziwną, balansującą na granicy patologii fascynację mężczyzny śmiercią (w tym wątku połowa scen wydaje się mieć tylko jeden cel: wywołać szok u widza - ostatecznie wywołują niesmak) to wychodzi przeładowana emocjami, udziwnieniami i psychoanalitycznym bełkotem narracja, która rzeczywiście może zniechęcić widza spragnionego czegoś więcej niż osobiste wynurzenia artysty. Urbański wiele zaryzykował, decydując się przenieść na ekran swoje własne doświadczenie, kiedy podobnie jak wykreowany przez niego Konstanty, musiał jednocześnie poradzić sobie z narodzinami potomka i śmiercią taty. Nie każdemu taka wiwisekcja się spodoba.

A jednak... Urbańskiemu trzeba oddać choć trochę sprawiedliwość, bo pomimo sztampowego scenariusza i przerysowanej gry aktorskiej (choć wspomniany Zygmunt Malanowicz trochę ją ratuje) film w jakiś sposób ujmuje. Można oczywiście mieć pretensję (uzasadnioną zresztą), że to kolejna depresyjna, ekshibicjonistyczna produkcja, jakich mamy niestety wiele w rodzimej kinematografii, ale dla mnie znamienne jest to, że jest to historia kompletna. Wypełniona symbolami, które rzeczywiście przemawiają i sprawnie trzymają opowieść w ryzach oraz całkiem niezłe zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora ("Bogowie", "Drogówka") sprawiają, że film wart jest uwagi. Największym jego atutem jest chyba to, że pomimo oklepanego schematu i wielu onirycznych podróży do przeszłości, widz się nie nudzi. Nawet po dniu wypełnionym od rana do wieczora pracą, udało mi się obejrzeć ten film w skupieniu i dać poprowadzić się Arturowi Urbańskiemu wgłąb przedstawionej przez niego narracji. A to zawsze działa na korzyść filmu.

Ocena: 5/10