Biorąc pod uwagę niemieckie opinie na temat wojskowych manewrów odbywających się obecnie w Polsce, można odnieść wrażenie, że jesteśmy w zupełnie innych sojuszach militarnych. Tamtejsze media oraz duża część elit politycznych ostro krytykuje manewry „Anakonda”, twierdząc, iż jest to zupełnie niepotrzebne i w dodatku niebezpieczne drażnienie Rosjan.

Czytając niemieckie komentarze dotyczące największych ćwiczeń wojskowych po 1989 roku, w których udział bierze 31 tys. żołnierzy z 24 natowskich i sprzymierzonych państw, można nabrać pewnych wątpliwości. Niemcy wprawdzie wysłały także swoich żołnierzy, ale – co zgodnie przyznają tutejsze media – ich ilość (400 ludzi) świadczy, iż rząd Angeli Merkel nie chce zbyt mocno w to wydarzenie się angażować. Portal T-online twierdzi wprost, że z perspektywy Berlina manewry „Anakonda” są prowokacją wymierzoną w Rosję.

We wszystkich gazetach i mediach elektronicznych komentatorzy przestrzegają przed negatywnymi konsekwencjami wynikającymi z prowadzonych manewrów, którymi oczywiście będzie pogorszenie stosunków z ich przyjaciółmi Rosjanami. Od kilku dni z ekranów telewizorów nie znikają niemieccy i rosyjscy eksperci, który próbują udowodnić „agresywne zachowanie” paktu północnoatlantyckiego. Cytują przy tym wypowiedzi rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa, który oburzony na organizatorów ćwiczeń, zapowiada utratę zaufania Rosji do Zachodu.

„Algemeine Zeitung” z Hanoweru stwierdza w swoim komentarzu, że organizator „Anakondy” Polska, kraje bałtyckie oraz Amerykanie poprzez manewry celowo wysyłają Rosji sygnał, który wkrótce zaowocuje kłopotami. „Tym bardziej, dlatego, że do ćwiczeń zaproszono spoza NATO takie kraje jak Ukraina i Gruzja” – pisze Hannoverische Algemeine. O ostrej moskiewskiej reakcji na manewry pisze Rheinische Post, który z niepokojem dodatkowo zauważa, iż Polska w 2015 roku zwiększyła wydatki na zbrojenie o 20 procent. Hamburski „Der Spiegel”, Telewizja ARD, liczne stacje regionalne (NDR, RBB) uznały, że manewry są prowokacją skierowaną w stosunku do Rosji. Hamburski tygodnik twierdzi, że do końca antyrosyjską retorykę ćwiczeń bez powodzenia próbował złagodzić szef dyplomacji Frank Walter Steinmeier. „Stuttgarter Zeitung” uznał, że organizacja ćwiczeń wcale nie jest motywowana merytoryczną koniecznością, lecz chęcią niepotrzebnego sprowokowania Rosjan. Dziennik z przygranicznego z Polską Lausitz także krytykuje polskie władze za organizację „Anakondy” twierdząc, że jest to zabawa w piaskownicy, która może być niebezpieczna.

Niemieckie radio publiczne oraz telewizja ARD wyemitowały obszerne rozmowy z rosyjskim ambasadorem w Niemczech Olgierdem Krasnitzkim, którego absurdalne komentarze na temat wojskowych manewrów odbywających się obecnie w Polsce obrażają przeciętnie rozumnego słuchacza. Krasnitzki ostro skrytykował manewry (szczególnie organizatorów), ale na uwagę o zajęciu Krymu i wojnę na wschodniej Ukrainie odpowiedział, że Rosja nie dokonała żadnej aneksji, lecz Krym sam zadecydował o swoim losie w referendum i poprosił ich o pomoc. Natomiast za sytuację na Ukrainie wschodniej rosyjski ambasador obwinił rząd w Kijowie. Rosyjski dyplomata stwierdził ponadto, że nie ma żadnej potrzeby organizowania takich manewrów jak w Polsce (niemiecki rozmówca był tego samego zdania), bowiem on gwarantuje sąsiadom nienaruszalność ich granic, gdyż Rosja przestrzega podpisane traktaty.

Pełnomocnik rządu Niemiec ds. kontaktów z Rosją Gernot Erler w najnowszym wywiadzie dla telewizji SWR przyznał Polsce i krajom nadbałtyckim co prawda prawo do niepokoju z racji sąsiedztwa z Rosją, ale jednocześnie zapewnia o wspieraniu polityki niemieckiego rządu, który do końca zamierza respektować porozumienie NATO-Rosja z 1997 roku. Dlatego zarówno on, jak i cały niemiecki rząd widzą możliwość rozszerzenia prezencji natowskiej na flance wschodniej, ale bez stałych baz.

Zdaniem specjalisty ds. międzynarodowych niemieckiej lewicy Andreja Hunko organizacja tak wielkich ćwiczeń wojskowych jak „Anakonda” jest piekielnie niebezpieczna dla Europy. „Akurat teraz na miesiąc przed szczytem NATO organizacja takiej konfrontacyjnej sytuacji i to w dodatku pod rosyjskim nosem jest zupełnie niepotrzebną prowokacją” – stwierdził Hunko i dodał – potrzebujemy z Rosją kompromisu, a nie eskalacji konfliktu, a „Anakonda” jest szkodliwym krokiem wiodącym w fałszywym kierunku. Inny niemiecki polityk Roderich Kiesewetter, ekspert ds. polityki zagranicznej i obronności z CDU, podczas wywiadu dla rozgłośni Deutsche Welle także nie ukrywał, że niemieckie priorytety są inne niż polskie. Kiesewetter przyznał, że Niemcy opowiadają się za przestrzeganiem umowy NATO-Rosja, gdzie jest mowa, iż ewentualne manewry będzie można organizować na poziomie batalionu i dlatego wysłały do Polski jedynie 400 do 600 osób. „Poza tym – idąc z duchem odprężenia i dialogu – byliśmy przeciwni stacjonowaniu wojsk na stałe” – szczerze przyznał niemiecki polityk i dodał - gdybyśmy teraz mieli zwiększyć prezencję NATO, byłoby to zbyt wiele.

Z kolei przedstawiciel niemieckiej SPD Knut Fleckenstein jest zdania, że równolegle do ewentualnej organizacji takich manewrów jak „Anakonda” należy ciągle szukać możliwości odnalezienia drogi do prowadzenia z Rosją rozmów o współpracy. Jego zdaniem manewry w Polsce nie przyniosą żadnych korzyści. „Dlatego musimy sobie postawić pytanie, czy takie ćwiczenia jak „Anakonda” gdzie udział wzięli także Ukraina i Gruzji przynoszą nam w kwestii wzajemnych relacji z Moskwą więcej korzyści czy szkód” – stwierdził Fleckenstein.

Czy Niemcy są w tym samym sojuszu co Polska?