W ostatnich latach, jakkolwiek pompatycznie by to brzmiało, za sprawą kibiców działa się w Polsce historia. Żołnierze Wyklęci i warszawscy powstańcy pod koniec życia usłyszeli od tłumów młodzieży: „Cześć i chwała bohaterom”. Tego nie doczekali ich koledzy, którzy odeszli wcześniej. Tych zasług nikt już kibicom nie zabierze. Rządy PiS zaczęły się dla kibiców obiecująco – na Marszu Niepodległości zamiast policyjnych prowokacji był list od prezydenta. Ale potem doszło do haniebnych działań policji we Wrocławiu, Białymstoku i Gdańsku. To jest kluczowy moment, w którym od mądrości zarówno rządzącego PiS, jak i kibiców zależy dalszy bieg wydarzeń - pisze Piotr Lisiewicz w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Każdy, kto – jak niżej podpisany – chodził na stadion przez ćwierć wieku, wyczuwa niezwykłość i nietypowość sytuacji, do której doszło po zwycięstwie PiS.

Dla policjanta szokiem jest informacja, że kibol, którego nie lubił od zawsze, a przez ostatnie lata kazano mu go nękać, to teraz Szanowny Pan Kibol, którego ma obowiązek traktować tak samo jak prawnika, biznesmena czy dziennikarza, o ile nie popełnił przestępstwa.

Dla kibiców zaś sam pomysł, by można było traktować policjanta inaczej niż jako wroga, wydaje się czymś absurdalnym.

Jak to się miło czyta: PiS i kibice skazani na skansen

Był rok 2011, gdy Piotr Bratkowski napisał w „Newsweeku”:

„Kibiców z PiS połączył wspólny wróg, czyli rząd Tuska. Ten egzotyczny sojusz może się okazać trwały, bo oba środowiska są skazane na skansen”.


Po wygranych przez PO wyborach napisałem wówczas, że Bratkowski okazał się „mieć trochę racji. Wybory pokazały, że wartości Polski przedwojennej, akowskiej, Żołnierzy Wyklętych to na dziś dla większości Polaków skansen. Czy jesteśmy w stanie odwrócić ten trend? Nie wiem. Jeśli tak, to tylko razem”.

W 2016 r. okazało się, że Bratkowski pomylił się w swoich kalkulacjach. To jego środowisko, czyli obecny KOD, wygląda w 2016 r. jak skansen. Natomiast sprawdziła się moja prognoza:

„Naszym potencjalnym sojusznikiem jest polska ulica, która za komuny żyła w biedzie, a w nowym ustroju też ma pod górkę. Może być zmanipulowana, ale nie jest kupiona – jak wykształciuchy. Najliczniejszą zorganizowaną siłą na tej ulicy pozostają kibice”.


Ryzykowna gra, która przyniosła sukces

Możemy dziś powiedzieć, że ten wspomniany trend udało się odwrócić. Ma rację prof. Rafał Chwedoruk, gdy twierdzi, że bunt kibiców przeciwko władzy odegrał kluczową rolę w zmianie nastrojów młodego pokolenia. A to ona wyniosła do władzy PiS, choć oczywiście nie wszyscy kibice PiS popierali.

Gdy w okolicach 2008 r. podjęliśmy z paroma osobami myślącymi podobnie, a cieszącymi się nie najgorszą opinią w środowisku kibiców, próbę zbliżenia pomiędzy kibicami a polskim obozem niepodległościowym, mieliśmy w głowie fenomen Solidarności z 1980 r. Polegał on na tym, że inaczej niż w czasie wcześniejszych buntów w PRL, razem poszli robotnicy i niepodległościowa inteligencja.

Byliśmy przekonani, że bunt przeciwko postkomunistycznej kaście rządzącej III RP zwycięży tylko wtedy, gdy znów uda się taki sojusz. A bez kibiców się nie uda.

Wiedzieliśmy też świetnie, że to nie jest zabawa dla mięczaków. Że to gra, w której początkach ci, którzy ją podejmą, nie spotkają się ze zrozumieniem ani większości prawicy, ani większości kibicowskich mas. Że raczej oberwą, niż usłyszą oklaski. Że opory po obu stronach będą duże i często logicznie uzasadnione.

Jednym słowem: mieliśmy świadomość, że jest to gra ryzykowna i na pewno przyniesie straty, które na pewnych etapach będą przewyższać zyski. A te ostatnie wcale nie muszą przyjść szybko.

Pierwsze odszkodowania za Akcję „Widelec”

Dziś znajdujemy się w kolejnym punkcie zwrotnym w tych relacjach. Nie mniej ważnym niż ten z 2008 r.

Rządy PiS faktycznie zaczęły się z punktu widzenia kibiców obiecująco. Nowy minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak nazwał po imieniu Akcję „Widelec”, czyli bandyckie działania policji wobec kibiców Legii Warszawa w 2008 r., gdy ministrem był, jak na ironię, broniący dziś demokracji Grzegorz Schetyna. Notabene pierwsi kibice otrzymali za nią w sądzie odszkodowania, sięgające nawet 10 tys. zł.

Błaszczak podobnie ocenił też prowokacje na Marszu Niepodległości sprzed kilku lat, zapowiadając w sejmie, że za rządów PiS nikt nie będzie kazał podpalać budki pod rosyjską ambasadą. Otwarcie powiedział też, że za rządów PO i PSL kibice byli represjonowani za poglądy.

Optymistyczne było też to, że na wieść o wygranej PiS na przejście na wcześniejszą emeryturę zdecydowało się też wielu komendantów różnego szczebla, przeważnie z milicyjną jeszcze przeszłością.

Z kolei kibice sformułowali na Jasnej Górze swoje postulaty wobec rządu Beaty Szydło. Niemal wszystkie okazały się bliskie myśleniu PiS: odbudowa polskiego przemysłu i promocja polskich marek, osłabienie zagranicznych koncernów medialnych, dofinansowanie mediów narodowych, ochrona prawna bohaterów narodowych, kultywowanie pamięci Żołnierzy Wyklętych, patriotyzm w szkołach, lustracja środowisk opiniotwórczych i kulturalnych.

„Mamy właśnie zaogniać”

Mimo tych miłych początków jasne było, że wkrótce pojawią się różnice między władzą a kibicami. Nie te, które sprowokować próbował Tomasz Lis. Na rozpętaną przez niego kampanię, wedle której kibice Lecha i Legii wspólnie wygwizdać mieli prezydenta Andrzeja Dudę, co potwierdzać miał zmontowany, fejkowy filmik Polsatu, jasno odpowiedzieli kibice Legii transparentem:

„KOD, Nowoczesna, Lis, Olejnik, inne ladacznice, dla was gwizdów nie będzie, będą szubienice”.


Rządzący PiS przejął bowiem nadzór nad policją, tradycyjnym wrogiem kibiców. Ze wszystkimi jej obciążeniami związanymi zarówno ze spadkiem komunizmu, jak i lat 2007–2015.

Największym problemem policji po 1989 r. było to, że wielu młodych policjantów wyniosło z domu mentalność milicyjną. Tata czy wujek przechwalali się przy wódce, jak to za komuny nie trzeba było się pieprzyć i można było natłuc temu i owemu. No i nikt wujkowi nie mógł nic zrobić, bo inni milicjanci potwierdzali jego wersję. Zresztą komendant miał dojścia na górze. A ci na górze byli nietykalni.

Policja w III RP zmieniała się powoli, ale jednak: dziś twarz zwykłego policjanta bywa trochę bardziej inteligentna niż ćwierć wieku temu. Niestety, rządy PO i PSL przez osiem lat robiły rzecz najgorszą: odwołały się do wciąż silnej w policji mentalności z komuny. Wyznaczyły wrogów, np. kibiców, wobec których policja ma nadużywać swych praw. Odpowiedzią na wszelkie zarzuty wobec funkcjonariuszy były wybielające ich kłamstwa.

Komendanci wojewódzcy w czasie specjalnych narad instruowani byli, jak traktować kibiców. W ubiegłym roku do sieci wyciekło nagranie z narady w komendzie policji w Szczecinku. Oficer policji – według „Głosu Koszalińskiego” zastępca naczelnika – relacjonował swoim podwładnym, jakie instrukcje na temat traktowania kibiców wydali jego przełożeni. Wśród licznych przekleństw zwierzchnik wyjaśniał policjantom, iż mają „szukać pretekstu” do zatrzymywania kibiców: „Nie ma tak, że oni idą w grupie, nie zaogniajmy. Mamy właśnie zaogniać”.

Coraz mniej szkoleń, coraz więcej bezkarności

Za rządów PO policjantów nie tylko zachęcano do łamania prawa, lecz także jednocześnie z roku na rok byli oni coraz gorzej szkoleni. Poza szkoleniami obowiązkowymi, dalece niewystarczającymi, coraz mniej było dodatkowych warsztatów dochodzeniowo-śledczych czy prewencyjnych. Skutkiem tego jest nieumiejętność zachowania się policjantów w warunkach ekstremalnych, kiedy to nie potrafią odróżnić oni sytuacji, w których powinni użyć środków łagodniejszych od tych, gdy powinni używać tych najdalej idących. Na ulicy rzadziej niż dawniej zobaczyć można policjanta starszego z młodszym, który ma się od niego uczyć. Często we wspomnianych sytuacjach ekstremalnych zajmujący się nimi oddział składa się z samych słabo wyszkolonych 20-parolatków.

Brak wiedzy i poczucie bezkarności w równym stopniu skłaniają ich do używania brutalnej przemocy oraz działań kuriozalnych, jak ostatnie obezwładnianie zatrzymywanego przy użyciu mopa i roweru.

Jakie wnioski z ostatnich wydarzeń powinien wyciągnąć PiS? Takie, że nie można chować głowy w piasek. Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak wykonał ważny gest, spotykając się z ojcem zabitego we Wrocławiu 25-letniego Igora. Słusznie też zawieszono do wyjaśnienia czterech funkcjonariuszy i przekazano – choć z opóźnieniem – śledztwo w tej sprawie prokuraturze, która na co dzień nie współpracuje z wrocławskimi policjantami.

Ale to zdecydowanie za mało. Od gestów ważniejsze są autentyczne zmiany w policji. Zarówno zmiany personalne w komendach, jak i skończenie z bezkarnością funkcjonariuszy dopuszczających się nadużyć oraz ciężka praca nad zmianą mentalności policjantów.

Zdopingować komendanta do zmian

Nowy Komendant Główny Jarosław Szymczyk ma opinię policjanta rzetelnie wykonującego swą pracę i zapewne to zadecydowało o jego nominacji. Można przypuszczać, że będzie lepiej od poprzedników dbać o poziom wyszkolenia policjantów itp.

Problemem jest jednak to, że raczej nie jest on reformatorem zdolnym do przeprowadzenia zdecydowanych zmian personalnych. W tym kontekście jego pierwsza wypowiedź po objęciu funkcji nie nastraja optymistycznie:

„Zmiany na stanowiskach komendantów wojewódzkich to kompetencja ministra spraw wewnętrznych i administracji, dokonywana na wniosek komendanta głównego. Ja na chwilę obecną takich wniosków nie przewiduję. Mam też ogromne zaufanie do obecnego kierownictwa komendy głównej i tu nie planuję zmian”.


Wydaje się, że tym razem akurat przydałoby się, by artykuły „Gazety Wyborczej” o dyktaturze panującej w PiS okazały się prawdą i komendant został zachęcony do zmian bardziej energicznych. Politolog dr Jerzy Targalski po wydarzeniach w Gdańsku tak komentował sytuację w policji dla portalu Niezależna.pl:

„Jeśli rząd w dalszym ciągu będzie zwlekał i udawał, że w służbach specjalnych, w policji, w MSW nie ma agentury, to upadnie. Przykładem jest tu stosunek gabinetu do prowokacji, do jakiej doszło w Gdańsku. Po niej rząd powinien wyczyścić całą policję w tym mieście i zrobić tam porządek, żeby każdy prowokator policyjny i ten, kto policji wydaje polecenia, wiedział, że reakcja rządu będzie ostra”.


Od Janosika do rotmistrza Pileckiego

A wnioski dla środowiska kibiców? Przed napisaniem tego tekstu rozmawiałem z liczącymi się osobami z grup kibicowskich czterech klubów piłkarskich. Relacje były zbliżone: jest trochę lepiej, mniej jest ewidentnych policyjnych prowokacji, ale zmiany nie są zasadnicze.

Można przypuszczać, iż instrukcja, by zaprzestać prowokacji wobec kibiców, dotarła do ich przełożonych policjantów, ale zdaje się, że nie wszyscy są przekonani, że z jej niewykonania centrala będzie ich rozliczać. Twierdzę, że ostre kibicowskie protesty po wydarzeniach we Wrocławiu i Białymstoku były potrzebne.

Choć z drugiej strony jasne jest, że nawet gdyby PiS był idealny, to spowodowanie, by tysiące policjantów, uczone przez lata nienawiści do kibiców zmieniły z dnia na dzień swoją mentalność, jest niemożliwe. Zresztą także odwrotnie: kibice policji nie pokochają. Niechęć do policji jest częścią kibicowskiej ideologii, wyniesionej z czasów komuny, a wyrażonej najpełniej przez rap początku lat 90.

Ocena stanu państwa w utworach hiphopowych była w gruncie rzeczy podobna do tej nazywanej dziś „pisowską”: wszechobecna korupcja, brak perspektyw dla zwykłych ludzi, nadużycia państwowych służb.

Tylko wnioski bywały mocno „niepisowskie”, czyli postulat, by w społeczeństwie godzących się na ten stan pokojowych piesków zostać „wilkami”. Peja rapował:

„Miastem rządzi mafia, to do mnie nie trafia, / bo po drugiej stronie barykady ziomek będzie lepiej / i ten co klepie biedę szybko znajdzie tu robotę”.


Twierdzenie, że chuligańskie lata 90. były złe, a obecne patriotyczne działania kibiców są w porządku, jest uproszczeniem. Bo to także pewne składniki owej chuligańskiej mentalności poprowadziły kibiców ku zainteresowaniu się tradycją Żołnierzy Wyklętych czy narodowych powstań.

Pomysł, by kibice radykalnie zmienili się, jest mocno ryzykowny. Jeśli w ostatnich latach kibicowskie środowisko potrafiło w sposób świadomy przyjąć za własne polskie tradycje patriotyczne, to właśnie dlatego, że różniło się mentalnie od społeczeństwa wychowanego na komercji i popkulturze.

A z czasem wspomniana ideologia Janosika zarówno w rapie, jak i w ruchu kibicowskim traciła na znaczeniu na rzecz idei rotmistrza Pileckiego.

A może by tak spełnić koszmar „Wyborczej”?

Nie oznaczało to jednak, by kibice stawali się propaństwowi. I szczerze mówiąc, ze względu na fakt, że państwo istniało tylko teoretycznie, trudno im się dziwić. Dziś zapewne jakaś ewolucyjna zmiana stosunku kibiców do państwa musi wyjść od nich samych.

Pisałem już kiedyś o tym, że II RP po 1920 r. też miała kłopot z ówczesnymi „kibolami”. Pisarz Ryszard Kiersnowski opisywał, jak uczestnicy wojny z 1920 r. zwykli przychodzić do gimnazjum z rewolwerem. Zaś na zarzuty, że w internacie rozbijają w nocy butelki o ścianę, odpowiadali:

„Kto bił bolszewików, to teraz bije butelki”.


II RP nie istniała tylko teoretycznie, więc wiedziała, co z takimi zrobić. W gimnazjum awantury im odpuszczano, ale potem trafiali do szkół oficerskich, gdzie uczono ich dyscypliny, szacunku do kobiet itp. W efekcie takich oficerów zazdrościła nam cała Europa.

III RP miała wychowanie swojej młodzieży gdzieś. Propozycją dla ludzi, z których powinna zbudować polską siłę, były praca w esbeckich agencjach ochroniarskich oraz mafii.

Co się stało, to się nie odstanie. Co rodząca się w miejsce postkomunistycznej hybrydy niepodległa Polska może zrobić dla nich dziś? Gdy czytam, jak „Gazeta Wyborcza” za najbardziej przerażającą wizję uznaje służbę kibiców w Obronie Terytorialnej, nasuwa mi się wniosek, że może jest to całkiem wartościowa wskazówka?

W każdym razie dzisiejsze państwo musi nabrać w tej sprawie rozmachu na miarę II RP. Tekst niniejszy nie daje gotowych recept. Chciałbym jednak, by był początkiem dyskusji, a potem działań w tej bardzo ważnej sprawie.