„W Rzeczypospolitej Polskiej nie może być pogardy dla Polski”

  

Marzenie o rzekomej zgodzie wszystkich obywateli przynosi skojarzenia z tworzeniem w PRL różnych frontów jedności narodowej. Istnieją oczywiste granice tej jedności – nie da się porozumieć z ludźmi, którzy nienawidzą Polski – mówi prof. Andrzej Nowak w rozmowie z „Gazetą Polską”.

W ostatnich miesiącach namawia Pan Profesor obie strony politycznego sporu w Polsce do zgody narodowej. Udzielił Pan nawet wywiadu „Gazecie Wyborczej”, która przy następnej okazji manipulowała Pana słowami, by wywołać wrażenie, że domaga się Pan odwetu. Z tamtej strony, która wielokrotnie nas szykanowała, obrażała, drwiła z naszej żałoby, nie ma woli pojednania, więc czy taka zgoda może dojść do skutku?

Powinna. Musimy poszerzać krąg ludzi, którzy traktują Polskę jak swoją ojczyznę i poczuwają się do zobowiązań wobec jej tradycji. Nie możemy przyjąć założenia, że poza trzydziestoma paroma procentami Polaków głosujących na Prawo i Sprawiedliwość, kilkoma procentami, które być może mieszczą się w obrębie poparcia dla ruchu Pawła Kukiza, machniemy ręką na całą resztę. Przyjęcie takiej perspektywy byłoby szkodliwe dla Rzeczypospolitej, która – jak sama nazwa wskazuje – powinna być rzeczą wspólną. Inaczej przestaje być domem, bezpiecznym miejscem do życia. Rzeczpospolita nie będzie domem dla wszystkich, nie może być domem dla tych, którzy chcą ją zniszczyć. Marzenie o rzekomej zgodzie wszystkich obywateli przynosi skojarzenia z tworzeniem w PRL różnych frontów jedności narodowej. Istnieją oczywiste granice tej jedności – nie da się porozumieć z ludźmi, którzy nienawidzą Polski. Tacy ludzie faktycznie istnieją, grają niekiedy role opiniotwórcze. Nie jest ich wielu, sądzę, że w całym kraju znalazłoby się nie więcej niż kilka tysięcy osób, które otwarcie głoszą nienawiść do Polski.

Może oni nie darzą Polski nienawiścią, mają jedynie inną wizję przyszłości dla naszego kraju? Może pewne cechy narodowe uznają za wady, chcą je wyeliminować, zmodernizować społeczeństwo, zmienić je, ale nie z nienawiści, lecz z troski pojmowanej inaczej niż my ją rozumiemy?

Ależ znam takich, którzy jednoznacznie głoszą nienawiść do Polski, nawołują do uwolnienia jej od własnej historii, od naszej tradycji, kultury, od dziejowego dorobku. Czasami zdarza mi się czytać teksty, np. na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”, wraz z zamieszczonymi tam komentarzami czytelników, i wielokrotnie napotykam treści pełne pogardy i nienawiści w stosunku do polskości, choć są wyrażane w języku polskim. Z ludźmi, którzy nienawidzą Polski nie zbudujemy wspólnoty w obrębie Rzeczypospolitej. Oczywiście, możemy i powinniśmy się porozumiewać w obliczu katastrof czy zagrożeń o charakterze ogólnoludzkim z każdym, kto jest na nie narażony – wtedy, niezależnie od tego, co myślimy o Polsce, możemy sobie podać rękę i współpracować dla odparcia zagrożenia. W Rzeczypospolitej Polskiej nie może być jednak pogardy dla Polski. Podstawą tożsamości jest historia, a więc wszystko to, co zbudowaliśmy do tej pory, a raczej, co mozolną pracą poprzednich pokoleń zostało tutaj zbudowane i ocalone, obronione przed zewnętrznymi atakami. To suma dokonań, zachowań w dramatycznych momentach dziejów. Bez szacunku dla tego dziedzictwa nie jesteśmy wspólnotą.

Wynika z tego, że narody z krótszą historią mają słabszą tożsamość.

Tak właśnie jest. Jeżeli zgodzimy się z popularną w ostatnich dziesięcioleciach definicją Benedykta Andersona, który mówi, że narody są wspólnotami jedynie wyobrażonymi, to musimy jednak przyjąć, że owe wspólnoty, czyli narody, bardzo różnią się między sobą w zależności od tego, jak długo i z jaką intensywnością są wyobrażane. Nawet przez pryzmat tej nowoczesnej, konstruktywistycznej koncepcji narodu zobaczyć musimy, że istnieją wspólnoty silniejsze i słabsze, że różnią się one od siebie poprzez sposób i długość trwania tego „wyobrażenia”. Polska wspólnota polityczno-kulturowa jest budowana od ponad tysiąca lat i jest silniejsza od jakichkolwiek wspólnot partykularnych wewnątrzpolskich. Podobnie silna i przeżywana przez wiele pokoleń z wielką intensywnością jest wspólnota np. węgierska; naturalnie dużo starsze i także niezwykle silne są wspólnota żydowska czy ormiańska. Ale już na przykład hiszpańska – niekoniecznie: to raczej konglomerat mocniej przeżywanych i niespojonych dobrze przez historię wspólnot lokalnych (katalońskiej, kastylijskiej, baskijskiej itp.). Podobnie włoska – istniejąca politycznie dopiero od połowy XIX w. Belgowie nie mają żadnej wspólnej, politycznej historii przed 1830 r., są historycznie płytką wspólnotą, bez silnej tożsamości narodowej. Fundamentem „belgijskości” są być może tylko znakomite czekoladki oraz wielka wspólna zbrodnia: ludobójstwo na kongijskich Murzynach (czczone w całym tym kraju przez pomniki stawiane głównemu sprawcy tego ludobójstwa – królowi Leopoldowi). Dlaczego o tym mówię? Po to, aby zwrócić uwagę, że o ile na przykład dla Belgów czy Luksemburczyków rozmywanie wspólnoty narodowej nie musi być doświadczeniem tak istotnym, o tyle dla Polaków czy Węgrów (Anglików, Duńczyków) – na pewno jest: bo to stare, przez dziesiątki pokoleń przeżywane i „wyobrażane” wspólnoty.

Użyłem przykładu koncepcji Benedykta Andersona, by pokazać, że nawet najbardziej „nowocześni” ludzie nie powinni lekceważyć faktów o charakterze obiektywnym. Tożsamość polska jest przeżywana przez wieki, przez kulturę, która rozwija się wokół pojęcia „Polska” od roku 1000 (kiedy to pojęcie pojawia się po raz pierwszy w „Żywocie św. Wojciecha”), za pomocą języka, w którym teraz rozmawiamy, a który tworzyli i doskonalili Jan Kochanowski czy Adam Mickiewicz. Przypominając słowa Mikołaja Reja – „nie gęsi”, ale swój język mamy od wielu, wielu wieków – służący nie tylko do elementarnego komunikowania się, lecz także tworzący jedną z najwspanialszych literatur europejskich. Ten proces trwa od wieków: obchodziliśmy 1050-lecie chrztu państwa polskiego. Rzecz nie w tym, by znać wszystkie daty z narodowej historii – jeśli ktoś, jak lider partii Nowoczesna, ich nie zna i myli się co do podstawowych faktów, to także może być dobrym Polakiem. Ale jeśli ktoś mówi, że historia Polski jest nieważna, to fundamentalnie nie ma racji.

Żyjemy w kraju demokratycznym, gdzie środowiska odrzucające polskość ze swoją wizją odpolszczenia państwa także mają prawo istnieć – wolno posiadać takie marzenia w obrębie społeczeństwa otwartego. Musimy istnieć z nimi w państwie typu zachodniego.

Włoski filozof Giorgio Agamben, jeszcze bardziej „postępowy” od wspomnianego Andersona, rozróżnia dwa sposoby ludzkiego życia: bios i zoe. Bios to życie kulturowe, zanurzone w tożsamości, którą niesie tradycja, wychowanie, język… Istnieje też, zdaniem Agambena, nagie życie, zoe, podobne do siebie u ludzi i u zwierząt, odarte z wyższych celów, skupione wyłącznie na przetrwaniu i przekazaniu genów. Jeżeli ktoś twierdzi, że polskość nie ma żadnej treści kulturowej i można ją zastąpić dowolną treścią przyniesioną z zewnątrz, to popełnia poważny błąd intelektualny. Nie da się żyć samą zoe, więc w miejsce polskiego bios będzie trzeba postawić inny bios. W pierwszej połowie XIX w. żył Kasper Hauser, wychowany przez wilki, jednak jego przypadku nie da się traktować jako standardu albo celu społecznego, nikt nie chce sprowadzić naszego życia do zwierzęcych instynktów. Mamy więc do wyboru różne propozycje kulturowo-politycznej tożsamości. Każdy jest skądś, żeby być kimś. Może się tego wyprzeć – i zostać kimś innym. Polskość można opuścić, ale brednią jest stwierdzenie, że jeśli ją opuścimy, będziemy wolni, wolni od tożsamości. Jakąś musimy wybrać. Dla mnie wybór polskości jest wyborem dziedzictwa, które chcę poszerzać i którego jestem gotów bronić. Nawet nie zdajemy sobie sprawy ze wszystkich dobrodziejstw kultury, jaką to dziedzictwo zawiera. Sam cały czas odkrywam w niej coraz to nowe skarby. Ponieważ wiem, że jest ich tak wiele, jestem gotów stale przekonywać współobywateli, by i oni odkrywali to, co wspaniałe w polskim pejzażu, języku, tradycji politycznej, literaturze, muzyce, tańcach, obyczajach, a nawet kulinariach… Niemal każdy z nas znajdzie w dorobku narodowym coś, co będzie go inspirować szczególnie – czy to romantyczne zrywy, wytrwała, pozytywistyczna praca u podstaw, może przedsiębiorczość, a może nuta Chopina czy Kilara. Ale wszyscy obywatele muszą też uznać jakieś wspólne wartości polityczne. Polaków nie może łączyć tylko smak kiełbasy i pierogów. Nie lekceważę tradycyjnych dań, ale one nie wystarczą – dla ich przetrwania państwo polskie ani nawet naród polski nie są konieczne. Tymczasem do trwania polskiej kultury, polskiej wolności, polskiego sposobu życia w całym jego wielowymiarowym bogactwie – jakiś kształt politycznej wspólnoty (wyobrażonej i realnej) musi być zachowany.

Co jest więc taką polityczną wartością, która będzie stanowić podstawę porozumienia między Polakami?

Musimy sobie uświadomić, że polskość włączała do siebie kolejne kultury, grupy – w czasach Piastów zbrojnie, później jednak przez propozycje układów dynastycznych i politycznych, aż wreszcie swoją atrakcyjność cywilizacyjną. Przedstawiciele niektórych mniejszości etnicznych przyjęli polskość jako najwyższą wartość, różnie ją rozumiejąc. Ten fenomen przetrwał nawet rozbiory – ponieważ przechowywany i noszony był wysoko, dumnie, pewien ideał polskości w kulturowych i niepodległościowych elitach. Wtedy do polskości włączali się z powodu atrakcyjności tego ideału tacy ludzie jak Aszkenazy, Bruckner, Chopin, Leśmian, Linde i tysiące innych. Wielkość Polski i sposoby jej budowania czy obrony można rozumieć rozmaicie. Tak jak rozmaicie rozumiano ją choćby sto lat temu, kiedy jedni patrioci włączyli się w nurt piłsudczykowski, inni w socjalistyczny, a jeszcze inni w narodowo-demokratyczny. Nasza wspólnota wykształciła dość propozycji, by ludzie dobrej woli odnaleźli w niej dla siebie właściwe miejsce. Każdy, kto mówi: „Polska jest ważna”, włącza się we wspólnotę.

I to może stanowić punkt wyjściowy dla zgody narodowej?

Jest możliwość poszerzania porozumienia o ludzi, którzy padli ofiarą wieloletniej manipulacji, indoktrynacji, najpierw peerelowskiej, a potem postpeerelowskiej. Zanurzano nas w szyderstwach z polskości, wieloletnim „kabarecie”, w którym trywializowano nasze wartości, przedstawiano jako karykatury, które łatwo można odrzucić, „wyzwolić” się od nich. Oddzielić przeszłość grubą kreską i wybrać inny, „europejski” bios – oto propozycja, na którą wielu się skusiło, dając się nabrać, że na końcu tej drogi jest jakaś wspaniała, postępowa przyszłość, pełna dobrobytu i świętego spokoju. Oszukanych można zawrócić z tej drogi, bo ona prowadzi, jak to już dzisiaj widać ponad wszelką wątpliwość, donikąd. Do utopii, która ma twarz Martina Schulza i groźbę pałki użytej w jej obronie, a za tą utopią stoi bardziej realne zjawisko islamskiej alternatywy dla „europejskiego” bios. Łuski będą szybko spadały z oczu.

Pamiętajmy też, że część obywateli zasilających szeregi protestujących dziś w szeregach KOD czy KWRD (Koalicja Wolność, Równość, Demokracja – skróty brzmią przerażająco komunistycznie) jest po prostu zmuszana do uczestnictwa w tej akcji. Twierdzenie, że istnieje jakiś despotyczny rząd Prawa i Sprawiedliwości, który zagraża obywatelom, ma przesłonić funkcjonowanie innej, wciąż mocniejszej władzy w Polsce. Przypomniał o tym w swoim przemówieniu z 2 maja 2016 roku Jarosław Kaczyński. Powołał się w nim na Arystotelesowską zasadę wspólnego rozróżniania dobra i zła. Bez tego nie ma żadnej politycznej wspólnoty. Musimy się zgodzić, że Polska – nasza wspólnota – jest pewnym dobrem, a to co jej zagraża – jest złe. Największą kontrowersję wzbudził jednak ten fragment wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego, w którym mówił on nie „Arystotelesem”, ale raczej „Foucaultem”: o rozproszeniu i wielowymiarowości fenomenu władzy i związanej z nim przemocy, o całych „archipelagach” takiej despotycznej władzy w Polsce – przeciw której państwo może być ratunkiem, a nie zagrożeniem dla obywateli. Michel Foucault, francuski radykalny filozof, intelektualny idol wielu środowisk lewicowych, zwrócił uwagę na fakt (a raczej rozwinął wcześniejsze intuicje Rousseau, Hegla i innych poprzedników), że władza nie jest zjawiskiem przypisanym tylko rządowi, ale występuje we wszystkich niemal relacjach społecznych, czasem dużo brutalniej na najniższych szczeblach niż w tym politycznym, „rządowym” wymiarze.

Co to oznacza?

Pracodawca, dyrektor, kierownik, rektor, właściciel zakładu, a w przypadku współczesnego ustroju Polski szczególnie często samorządowy zwierzchnik setek takich pracodawców, ze swoim prawem do zwalniania i zatrudniania ludzi, ma nieporównanie większą władzę nad człowiekiem niż jakiś odległy premier w Warszawie. Choć opozycja przegrała zeszłoroczne wybory, nadal, m.in. poprzez samorządy, zwłaszcza w miastach, trzyma w rękach ogrom władzy (PiS zbiera tutaj żniwo zlekceważenia wyborów samorządowych w 2014 r.). Ta z pozoru rozproszona władza, oparta na takich politycznych filarach dzisiejszej formalnej opozycji jak pani Waltz, jak pan Adamowicz w Gdańsku, jak prezydenci Poznania, Wrocławia itp., ma możliwość powiedzenia: albo weźmiesz udział w manifestacji Komitetu Obrony Demokracji, albo zostaniesz wyrzucony z pracy. Dyrektorów, rektorów, kierowników przedszkoli, właścicieli gazet jest wielu – to są właśnie archipelagi władzy o wiele bardziej realnej i strasznej niż cokolwiek są w stanie zrobić ten „straszliwy” Kaczyński razem z Macierewiczem i Kamińskim. Wielu ludzi występujących przeciwko obecnemu rządowi w Polsce robi to nie z powodu poglądów politycznych, kulturowych czy zmanipulowania, ale w wyniku zastraszenia i troski o swoje interesy. Wielu z nich da się przekonać, że razem możemy stworzyć państwo, które zapewni bezpieczeństwo wszystkim obywatelom. Polacy nie będą wolnym narodem, jeśli na każdym szczeblu będą zależni od swojego bezpośredniego zwierzchnika w stopniu niemal feudalnym. Państwo może być (jak było w czasach PO, „GW” i TVN) osłoną dla silniejszych, by mogli bezkarnie gnębić i wyzyskiwać słabszych. Zapewne część dzisiejszych zwolenników opozycji należy do grona osób, z którymi porozumienie jest niemożliwe (mogą bowiem na utrwaleniu rządów demokratycznych obecnej większości parlamentarnej tylko materialnie i symbolicznie stracić), ale większość to ofiary systemu zależności III RP.

Jednak materialne uzależnienie Polaków oraz straszenie „despotycznym rządem w Warszawie” nie są jedynymi narzędziami zarządzania emocjami społeczeństwa.

Tutaj powoli odzyskujemy przewagę. Ludzie, którzy nie dostrzegają potrzeby obrony dziedzictwa narodowego, bardzo często patrzą przez klisze nałożone za pośrednictwem mediów i tzw. autorytetów. Ale te klisze są ostatnio cieńsze, tzw. autorytety nie mają takiej jak niegdyś mocy oddziaływania. W ostatnich miesiącach uległ erozji fundament wtłaczanego Polakom do głów kompleksu niższości. Od XVIII w. ci, którzy żerują na owym kompleksie, przeciwstawiali Polskę Zachodowi i tłumaczyli: patrzcie, u nas gorzej, biedniej, u nas zabobony, pozbądźmy się tego, a nastanie taki raj jak na Zachodzie, gdzie jest mądrze i bezpiecznie. Otóż na Zachodzie miraż raju rozwiewa się – mieszkańcy Niemiec, Francji, Belgii coraz częściej czują strach przed skrajnie głupią polityką własnego rządu i jej konsekwencjami. Decyzje pani Angeli Merkel czy François Hollande’a okazują się nieskuteczne i nieracjonalne. Polacy masowo zaczynają dostrzegać prostą prawdę: instrukcje z Europy nie muszą być wcale mądre i bynajmniej nie muszą się zgadzać z naszym najlepiej pojętym interesem ani dobrobytem. Schemat, w którym „awansować” można było tylko od polskości do europejskości – zawalił się. Nasze propozycje dla wspólnoty europejskiej mogą okazać się rozsądniejsze niż te silniejszych członków Unii. Kończy się rola pariasa czekającego na łaskawe skinienie czy skrzywienie brwi z salonu.

Obawiam się, że taka diagnoza brzmi mało demokratycznie. Czy więc tylko PiS i Kukiz’15 pozostają na polu walki o kształt Polski, gdy reszta wyklucza się ze wspólnoty?

W Polsce istnieje dynamiczna grupa wyborców, a dzięki ruchowi Kukiza także posłów, którzy uważają, że opieka państwa nad słabszymi może być niebezpieczna, nieskuteczna. Oni tworzą liberalną przeciwwagę dla tendencji socjalistycznych. Osobiście nie chcę, by jedna lub druga strona tego sporu zatriumfowała absolutnie, bo obie mają swoje dobre argumenty. Być może Platforma Obywatelska, gdyby wróciła do swoich (prawdziwych lub tylko wyimaginowanych) korzeni uczciwego liberalizmu, mogłaby wzmocnić tę stronę Ruchu Kukiza. Do tego trzeba jednak zrezygnować z obrony interesów niepolskich, porzucić rolę rzecznika obcej polityki. Idee, które mają wypisane na sztandarach, powinny być reprezentowane w polskim sejmie, ale obawiam się, że wiele środowisk politycznych jedynie podszywa się pod te hasła, aby realizować interesy – innych państw albo swoje prywatne.
Podobnie jest miejsce dla prawdziwych socjalistów, którzy w jeszcze większym stopniu niż Prawo i Sprawiedliwość reprezentowaliby postawę obrony słabszych. Najpierw jednak musimy zgodzić się na podstawową zasadę uznawania polskości jako wartości, której trzeba bronić.

Mamy też nowe zjawiska polityczne, jak działalność partii Razem. Oni ujmują się za słabszymi, ale jednocześnie chcą – niekoniecznie wysuwając to na pierwszy plan swojego programu – legalizacji małżeństw homoseksualnych czy drastycznej liberalizacji ustawy aborcyjnej.

Są powody, żeby to uszanować. Wszystkich nas obowiązuje jedna zasada: Tantum intende in Republica, quantum tuis civibus probavi possis („Tyle zamierzaj w Rzeczypospolitej, ile swoich obywateli możesz przekonać”). Jeśli liderzy tej partii uważają, że na hasłach praw homoseksualistów do zawierania związków usankcjonowanych przez państwo zdobędą szanse wejścia do parlamentu – ich prawo, takie są reguły gry w Rzeczypospolitej. Mnie się to nie podoba, uważam, że będzie to miało absolutnie zły wpływ na społeczeństwo, ale jeśli przekroczą próg 5 proc. głosów w wyborach, to będą mogli zmieniać prawo – o ile pozyskają jeszcze do tego 46 proc. dalszych głosów w parlamencie do swej obłędnej ideologii. Najpierw trzeba przekonać obywateli – potem zmieniać prawo. Dojrzałość obywateli i republiki wymaga, byśmy umieli przedstawiać swoje idee i przekonywać do nich, a nie przemycać je podstępem do parlamentu.

Zmiany polityczne ostatniego roku są podbudowane przeobrażeniem społeczeństwa. Zdaje się, że odrodziły się w Polakach postawy patriotyczne – czy to oznacza, że należałoby wyznaczyć państwu bardziej ambitne cele, które z bardziej świadomym narodem dałoby się zrealizować?

Samo się nic nie odrodziło. Oddziaływuje na nas kultura polska, także ta dawniejsza, czasów Jana Kochanowskiego czy Adama Mickiewicza. Patriotyzm nie odrodził się sam, lecz jest wynikiem pracy konkretnych ludzi, twórców, społeczników, rodziców i młodzieży. Dwadzieścia lat temu nie było zbyt wielu środowisk, które nad tym pracowały. Ukazywały się tylko „Arcana” i „Fronda”, powstał „Nowy Świat” Piotra Wierzbickiego i „Gazeta Polska”. Trudno sobie wyobrazić dzisiejszą zmianę bez tamtej pracy, do której włączali się kolejni. Czy setki tysięcy młodych ludzi patrzyłoby dziś z dumą na wizerunki Żołnierzy Niezłomnych, gdyby nie misja, najpierw samotna, Janusza Kurtyki, a potem kolejnych historyków, pisarzy, publicystów?

Nadal musimy pracować nad tym, co wydaje nam się ważne. Nie patrzeć na te doraźne owoce, nie zastanawiać się, czy konkretne wykłady, artykuły, spotkania, dyskusje przynoszą natychmiastowy efekt, ale po prostu dokładać swoją cegiełkę do dzieła patriotyzmu Polaków, do podtrzymywania i rozwijania kultury polskiej. Jeśli doczekamy plonów swojej pracy, to jesteśmy szczęściarzami, ale jeśli nie – nic nie skreśla naszego wkładu w polskość. Najwspanialszym przykładem jest świę. Jan Paweł II – wydawało się, że Jego idee padły na jałową glebę i że nic z tego nie wzrosło. Gdy Ojciec Święty umierał, wielu Polakom wydawało się, że pozostały po nim tylko propagandowe wydmuszki: kremówki i papierowe „pokolenie JP II”. Mesjanistyczna siła romantycznego przesłania Jana Pawła II pracowała jednak w ukryciu, w ludzkich sercach i sumieniach – i być może odzywa się dziś na przykład w tak rozpowszechnionym nieoczekiwanie wśród młodzieży kulcie bohaterów Niezłomnych. Polska nie dała się zlikwidować, mimo poważnych wysiłków swoich wrogów. Posiew słowa świętego Jana Pawła II wschodzi cały czas. A w nim plon przynoszą słowa wcześniejszych twórców polskiej tożsamości – od kronikarza Mistrza Wincentego zaczynając.

Jaka płynie z tego nauka na dziś?

Dziś nie możemy dać się uśpić przekonaniu, że odnieśliśmy jakieś trwałe zwycięstwo, nasza praca nie może ustawać. Misja polskości nie należy też do garstki wybitnych pisarzy czy świętych. Nie oglądajmy się na to, kto akurat rządzi w Polsce, czy sprzyjają nam okoliczności lub w jakiej epoce żyjemy – nasza historia to pasmo starań, które przebijały się nawet w najtrudniejszych warunkach. My też musimy być na to gotowi.
 

Tytuł pochodzi od redakcji
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Rebelianci porwali dwa statki

Zdjęcie ilustracyjne / pxhere/CC0 Public Domain

  

Dwa statki należące do Korei Płd. zostały porwane przez rebeliantów Huti na Morzu Czerwonym - podało dzisiaj południowokoreańskie ministerstwo spraw zagranicznych. Wcześniej powiązana z rebeliantami telewizja Al-Masirah informowała o przejęciu 3 jednostek.

W sumie rebelianci Huti przejęli trzy statki, z czego dwie jednosti to statki holujące platformy wiertnicze należące do Korei Południowej - powiedział agencji Reutera wysoko postawiony przedstawiciel służb dyplomatycznych w Seulu.

Operowały one w południowej części Morza Czerwonego - podał ze swej strony rzecznik międzynarodowej koalicji zwalczającej rebelię Huti pod wodzą Arabii Saudyjskiej.

W poniedziałek siły jemeńskiego rebelianckiego ruchu Huti podały, że "przechwyciły podejrzany statek" na Morzu Czerwonym - jednostkę, holującą południowokoreańską platformę wiertniczą. Lider wspieranych przez Iran Hutich Mohammed Ali al-Huti oświadczył, że "podejrzany" statek zostanie uwolniony, jeżeli uda się potwierdzić, że należy do Korei Południowej.

Jemen pogrążony jest w chaosie od 2011 roku, gdy społeczna rewolta położyła kres wieloletnim dyktatorskim rządom prezydenta Alego Abd Allaha Salaha. Wojna trwa tam od 2015 roku. Po stronie popieranego przez Zachód prezydenta al-Hadiego stoi koalicja sunnickich państw Zatoki Perskiej pod wodzą Arabii Saudyjskiej. Siły Huti, którzy pochodzą z północy kraju, wspierane są przez Iran i owarcie zwalczają rząd al-Hadiego.

W marcu 2015 roku, gdy interwencję w Jemenie rozpoczęła Arabia Saudyjska wraz z sojusznikami, konflikt uległ umiędzynarodowieniu. Jest on często postrzegany jako wojna zastępcza, prowadzona przez szyicki Iran i sunnicką Arabię Saudyjską w rywalizacji o dominującą pozycję w regionie.

Jej konsekwencją są zniszczenia i głód w Jemenie. ONZ mówi o najpoważniejszej katastrofie humanitarnej, z jaką mają do czynienia Narody Zjednoczone, w ostatnich latach - właśnie w Jemenie.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, pap

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl