Zanim rosyjskie niebo spadnie nam na głowy. Po incydencie na Morzu Bałtyckim

  

W środę 13 kwietnia Pentagon poinformował o incydencie na Morzu Bałtyckim. Rosyjski myśliwiec Su-24 pozorował atak na amerykański USS „Donald Cook”, przelatując dwadzieścia razy tuż nad pokładem okrętu lub obok niego. Reakcja Zachodu była błyskawiczna – w końcu rzadko się zdarza, by pilot rosyjski zbliżył się na tyle blisko, by móc pomachać załodze okrętu.

Reakcje USA i Rosji były skrajnie odmienne. Waszyngton uznał zajście za „niebezpieczne”, natomiast rzecznik Ministerstwa Obrony Narodowej Federacji Rosyjskiej zapewnił, że „zachowano procedury bezpieczeństwa”. Odpowiedź NATO była jednomyślna, skoro sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg nazwał podejście Rosjan „nieprofesjonalnym”, a sekretarz stanu USA John Kerry potępił ich i stwierdził, że mogło dojść do zestrzelenia myśliwców. Podobnie, acz bardziej stanowczo, twierdzi w rozmowie z „Gazetą Polską” gen. Roman Polko: – Istotą strategii rosyjskiej jest prowokowanie, stawianie przeciwnika przed faktami dokonanymi. Dopóki nie zobaczymy struktur NATO gotowych bronić swojej wschodniej flanki na morzu, lądzie i w powietrzu, nie będzie pewności, czy Putina da się powstrzymać. Generał wskazuje też przykład sprawnego reagowania na rosyjskie nadużycia: – Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czy najwłaściwszej reakcji nie pokazała Turcja, gdy zestrzeliła rosyjski myśliwiec, który naruszył jej przestrzeń powietrzną. Sojusz militarny nie może jako jedynych swoich argumentów używać wyrazów oburzenia.

Polski minister spraw zagranicznych wezwał do siebie ambasadora Federacji Rosyjskiej w Polsce Siergieja Andriejewa (tego samego, który deklaruje, że Polska istnieje dzięki żołnierzom Armii Czerwonej), a minister Antoni Macierewicz jednoznacznie określił to jako rosyjską prowokację. Tymczasem zdaniem rzecznika rosyjskiego MON gen. Igora Konaszenkowa trajektoria lotu nie stanowiła zagrożenia dla jednostki NATO, a rosyjskie media, powołując się na szwedzkich ekspertów, przekonują, że Amerykanie nie mieliby prawa zestrzelić rosyjskiego samolotu.

Szczegóły zajścia świadczą o poważnych celach rosyjskiego dowództwa. Choć rosyjski Su-24 nie był uzbrojony, to jednak jego lot był symulacją ataku na amerykański niszczyciel. Publicyści głównej prasy z lubością powołują się na członka załogi USS „Donald Cook”, który stwierdził, że samolot przeleciał poniżej poziomu nadbudówki, co było wyczynem brawurowym i spektakularnym. Rosjanie oficjalnie podają nawet inną datę incydentu, przesuwając ją na 13 kwietnia – gdy Pentagon informował o wydarzeniach z 11 i 12 kwietnia. W rosyjskiej publicystyce i mediach informacyjnych grzmią wyrazy oburzenia na imperializm amerykański, „won z Bałtyku” – piszą internauci. W podobnym duchu wypowiedział się minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow, tłumacząc, że szum medialny ma wykreować Rosję na wroga wolnego świata i legitymizować istnienie NATO.

Rosyjska supertechnologia czy dezinformacja?

Niszczyciel USS „Donald Cook” nie pierwszy raz stał się ofiarą rosyjskiej prowokacji. Równo (sic!) dwa lata temu, 12 kwietnia 2014 r., podobne zdarzenie miało miejsce na Morzu Czarnym, także z udziałem myśliwców Su-24. Wówczas sprawę szeroko opisała „Rossijskaja Gazieta”, której dziennikarze twierdzili, że incydent miał poważniejsze konsekwencje. Zdaniem Rosjan myśliwcom udało się ogłuszyć amerykański okręt, wyłączając jego systemy informacyjne, tak „jak wyłącza się telewizor wciśnięciem przycisku na pilocie”. „Rossijskaja Gazieta” zapewniała również, że na pokładzie zapanowała panika, a nerwowe reakcje zarówno załogi, jak i amerykańskiej dyplomacji miały dowodzić przewagi technologicznej rosyjskiej armii w zakresie łączności. Zachodnie źródła tego nie potwierdzały. Czy więc rosyjska dezinformacja święci triumfy poprzez zastraszanie przeciwnika i budowanie mitu potęgi, który ma Rosjanom zastąpić prawdziwe sukcesy?

W czwartek 14 kwietnia rosyjski myśliwiec przechwycił amerykański samolot zwiadowczy. Jak wyjaśnia w rozmowie z „Gazetą Polską” gen. Roman Polko, manewr polega na „doprowadzeniu do sytuacji, gdy przechwytujący jest w stanie wymusić na pilocie drugiego samolotu wykonanie komend dotyczących kierunku i prędkości lotu”. Opinia publiczna dowiedziała się o tym dopiero kilka dni później, ale media z wielu powodów nie informują o wszystkich incydentach związanych z rosyjskim lotnictwem. Tutaj wojskowi prawdopodobnie chcieli zbadać kontekst techniczny i proceduralny, zanim szczegóły pozna świat cywilny. Z drugiej strony wojska powietrzne Federacji Rosyjskiej łamią prawo właściwie codziennie – tylko od stycznia do listopada 2014 r. odnotowano 400 incydentów z naruszeniem przestrzeni powietrznej członków Paktu Północnoatlantyckiego.

Sześć powodów, dla których Putin decyduje się na prowokacje

Jaki więc był prawdziwy cel ostatnich prowokacji? Rosjanie na pewno sprawdzają techniczne i organizacyjne możliwości zachodniego lotnictwa – czy reakcja będzie błyskawiczna, czy wszystkie naruszenia zostaną wykryte, jak wyglądają aktualne procedury obronne? 29 marca 2013 r. szwedzka obrona nie zdążyła zareagować – w jej strefę powietrzną wleciały nie tylko rosyjskie myśliwce, lecz także bombowce. To oznacza, że Moskwa ćwiczyła atak na obcy kraj (jednak Szwecja nie należy do NATO). Czy takich zdarzeń było więcej, a opinia publiczna pozostaje nieświadoma skali rosyjskiej penetracji?

Drugi cel prowokowanych incydentów to sprawdzanie reakcji polityków i wojskowych. Rosyjska agencja prasowa Regnum z satysfakcją odnotowała liczne przykłady szwajcarskich komentarzy, stwierdzających, że to USA prowokowały Federację Rosyjską swoją obecnością na Bałtyku. Mieszkańcy Kremla mogą się klepać po biodrach ze śmiechu, gdy dziennikarze w Ameryce informują o „stanowczej odpowiedzi amerykańskiego sekretarza stanu Johna Kerry’ego”, która polega na wypowiedzeniu paru zdań na konferencji prasowej. I tak generał Polko przekonuje: – Żadne noty protestacyjne nie powstrzymają Władimira Putina. Mam jednak nadzieję, że prawdziwej reakcji dopiero się doczekamy i obecność wojsk amerykańskich w krajach wschodniej flanki NATO będzie wystarczającym sygnałem dla Moskwy.

Trzeci cel może mieć charakter marketingowy – w ciągu ostatnich sześciu miesięcy Chiny i Indie wyraziły wolę nabycia rosyjskiego sprzętu wojskowego, m.in. znanych nam myśliwców Su-24. Dowodów na sprawność towaru dostarczają sami oficjele i dziennikarze z państw NATO. Rosja podkreśla z dumą, że 17 kwietnia na paradzie wojskowej w Teheranie Irańczycy pokazali rosyjski rakietowy system przeciwlotniczy S-300, zatem Kreml na każdym kroku stara się nie tylko podkręcać biznes wojenny, ale też wiązać ze sobą realnych i potencjalnych sojuszników.

Czwartym celem może być usypianie czujności – zarówno wojskowych, jak i zachodnich opinii publicznych. Do naruszenia przestrzeni powietrznej jesteśmy już przyzwyczajeni – może dojdzie to tego, że latające nad głowami polskich i amerykańskich żołnierzy rosyjskie samoloty także będą chlebem powszednim?

Piąte założenie może mieć charakter wewnętrzny – budowanie imperialnej dumy, kpiny z Zachodu i pokazywanie USA jako agresora mobilizuje naród rosyjski i odwraca uwagę od wewnętrznych problemów. Na tej metodzie pacyfikacji społeczeństwa opierała się strategia Ronalda Reagana, który wierzył, że powstrzymując agresję Moskwy, zmusi się komunistów do rozwiązywania problemów sowieckiego społeczeństwa – w ostatnich latach Waszyngton zdaje się nie pamiętać o założeniach swojego 40. prezydenta.

Według generała Polko jest jeszcze jeden aspekt rosyjskiej aktywności. – Rosjanie w ten sposób szkolą swoich pilotów. Manewry NATO mają charakter symulacji i nigdy nie przekraczają granic obcego państwa, a tymczasem Rosjanie realizują zadania bardziej zbliżone do prawdziwej wojny – przyznaje generał, przypominając jednocześnie manewry z 2013 r., gdy armia rosyjska ćwiczyła atak nuklearny na Warszawę.

Putin dolewa oliwy

Aktywność w powietrzu nie jest jedynym objawem gorączki na Kremlu. Poniedziałkowe (18 kwietnia) wieści z Donbasu opisują ostrzał pozycji ukraińskich z polowych wyrzutni rakietowych „Grad”, usytuowanych na terytorium rosyjskim. Dziennikarze gazety internetowej „Bellingcat” od dawna byli przekonani o bezpośrednim wsparciu rosyjskich sił zbrojnych (a nie tylko przebranych „ochotników”) dla rebeliantów ze wschodniej Ukrainy. Założyciel tego medium, Eliot Higgins, przysłużył się już społeczności międzynarodowej, dostarczając niepodważalnych argumentów na rosyjski udział w zestrzeleniu malezyjskiego samolotu w lipcu 2014 r. Od tamtego czasu Higgins szukał dowodów na rosyjskie zaangażowanie na Ukrainie – tymczasem podczas jednej doby (17/18 kwietnia) z terenów rosyjskich przeprowadzono 79 ataków na ukraińskie pozycje. Tym razem nie ma wątpliwości co do rzeczywistego sprawcy.

Ostrzał rozpoczął się w tym samym czasie, gdy fiaskiem zakończyły się rozmowy przedstawicieli Federacji Rosyjskiej na szczycie OPEC w stolicy Kataru Ad-Dauha. Putin chciał ugrać zmniejszenie wydobycia ropy naftowej przez państwa arabskie, co zwiększyłoby ceny i uratowało budżet Kremla oparty na eksporcie surowców. Przypomnijmy, że załamanie cen ropy w połowie lat 80. XX wieku zmusiło Związek Sowiecki do porzucenia „zewnętrznego imperium” i zgody, z początku tylko pozorowanej, na zmiany wewnętrzne w państwie. Obecnie cena ropy jest najniższa od ponad 10 lat, a kryzys ekonomiczny w Rosji i podwyżki cen podstawowych produktów zmusiły Władimira Putina do zabrania głosu w tej sprawie na corocznej rozmowie prezydenta z narodem. Przez ponad trzy godziny satrapa odpowiadał na pytania, obiecując przyjrzeć się problemom z rosnącymi cenami towarów. A oprócz tego stanowczo przekonywał: „Ja mówię konkretnie: rosyjskich wojsk na Ukrainie nie ma”.

Wszystko wskazuje na to, że rozpalenie wielu frontów będzie sprzyjać izolacji Rosji, ale też przyczyni się do powstania kolejnych obszarów destabilizacji. Gdzie na tej szachownicy znajduje się Polska?

Cały tekst w tygodniku "Gazeta Polska"
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Dorota Kania UJAWNIA: Uzasadnienie nakazu aresztowania S. Michnika liczy niemal 130 stron!

na zdjęciu Stefan Michnik / Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

  

Stefan Michnik obecnie mieszka w Szwecji, gdzie wyjechał w latach 60. ubiegłego stulecia. Obecny ENA jest kolejnym, który polskie władze skierowały do Szwecji – zawiera dokładny opis wszystkich czynów, których dopuścił się Stefan Michnik. Dlatego uzasadnienie ENA liczy blisko 130 stron. W programie „Koniec Systemu” Dorota Kania w rozmowie z historykiem prof. Tomaszem Panfilem szukała odpowiedzi na pytanie, czy ściganie Michnika po tylu latach ma jeszcze sens. „Ściganie Michnika ma głęboki sens! Przynajmniej symbolicznie pokażmy, że sprawiedliwość istnieje w stosunku do oprawców” - podkreśla prof. Panfil.

Ofiara sędziego Michnika

Andrzej Czaykowski, przedwojenny dowódca plutonu łączności w 1. Pułku Ułanów Krechowieckich, kurier, po napaści sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku walczył przeciwko Armii Czerwonej pod Grodnem i przebił się na Litwę. Internowany w obozie w Rakiszkach, skąd 27.11.1939 roku udało mu się zbiec i przedostać do Wilna, gdzie nawiązał kontakty konspiracyjne z ZWZ. W lutym 1940 roku wysłany jako łącznik do Warszawy. Został pochwycony przez Sowietów i wywieziony do gułagu. Po ataku Niemiec na ZSRR i amnestii dla więźniów polskich, od listopada 1941 roku był oficerem w szwadronie przybocznym gen. Władysława Andersa. Po dotarciu z gen. Andersem przez Bagdad, Suez, Durban, Rio de Janeiro i Nowy Jork do Wielkiej Brytanii został przeszkolony w zakresie dywersji i odbioru zrzutów. W nocy z 16 na 17 kwietnia 1944 roku przerzucony na spadochronie do kraju. Brał udział w Powstaniu Warszawskim – po jego upadku opuścił Warszawę. Aresztowany przez Niemców w Częstochowie w grudniu 1944 roku, został wywieziony do obozu koncentracyjnego KL Gross-Rosen, a następnie do Dory. Od wiosny 1945 roku oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Za namową ministra spraw wewnętrznych Rządu RP na Uchodźstwie gen. Romana Odzieżyńskiego powrócił z jego rozkazami w dniu 29.07.1949 roku do kraju. Używał wówczas nazwiska Tomasz Sulikowski. 13.08.1951 roku w Krakowie został aresztowany przez UB i przewieziony do Warszawy. Skazany 30.04.1953 roku przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem ppłk. Mieczysława Widaja pod zarzutem szpiegostwa na karę śmierci, utratę praw publicznych i utratę mienia. Przy jego egzekucji był obecny Stefan Michnik – członek składu sędziowskiego, który wydał wyrok śmierci.

Pytany wprost, czy nakaz aresztowania Stefana Michnika ma sens, historyk nie ma najmniejszych wątpliwości.
 
Oczywiście, że ma sens! Ma sens i to głęboki. Andrzeja Czajkowskiego nie odnaleźliśmy do dzisiaj. Nadal nie wiemy, gdzie on jest, a wie to Stefan Michnik. To ma sens chociażby po to, aby powiedział nam, abyśmy mogli pochować naszego bohatera. Zajmujemy się oprawcą, a nasz szacunek i uwaga należy się bohaterom, których wciąż nie możemy odnaleźć. Jeżeli nie jest nam dane uczczenie bohaterów, to przynajmniej symbolicznie pokażmy, że sprawiedliwość istnieje w stosunku do oprawców. Andrzej Czajkowski to człowiek, który całe swoje dorosłe życie spędził służąc Polsce i tak stracił życie. Stefan Michnik przy tym był. On patrzy na scenę, kiedy kat moktowski Dreja strzelał w tył głowy rotmistrza – kawalera Virtuti Militari – skazanego na śmierć tylko za to, że przyjechał do kraju, jako emisariusz. Jego misją było nawiązanie kontaktu między komunistami w kraju, a rządem najjaśniejszej RP na emigracji. Czajkowski był człowiekiem, który miał się porozumiewać. On nie miał zwalczać, on miał szukać ludzi, z którymi da się rozmawiać o Polsce i za to go zamordowano.
- kwituje prof. Panfil.

W 2018 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie wydał Europejski Nakaz Aresztowania Stefana Michnika, który jako sędzia wojskowego sądu w okresie 1952–1953 dopuścił się 30 czynów polegających na bezprawnym pozbawieniu wolności oraz zastosowaniu kary śmierci, popełniając zbrodnię komunistyczną, która stanowi jednocześnie zbrodnię przeciwko ludzkości. Wyrok w tej sprawie został wydany 4 lutego 2019 roku przez prezesa Sądu Rejonowego w Göteborgu – na mocy jego decyzji Stefan Michnik nie został wydany Polsce. Szwedzka prokuratura nie przeprowadziła w tej sprawie żadnych czynności, m.in. dlatego, że jej zdaniem czyny uległy przedawnieniu. Z tego też powodu nie złożyła odwołania od wyroku sądu w Göteborgu.

Zbrodniarze w togach

Instytut Pamięci Narodowej prowadzi ponad sto śledztw dotyczących zbrodni sądowych. Najwięcej popełniono ich w latach 1945–1956 oraz w okresie stanu wojennego. Jedno z najbardziej obszernych postępowań w sprawie zbrodni sądowych jest prowadzone w Warszawie i dotyczy okresu 1945–1956. Śledczy zgromadzili w nim materiał dowodowy (zeznania ofiar, akta sądowe) świadczący o czynnym udziale sędziów w aparacie represji. Zgromadzony w IPN materiał dowody potwierdza ponurą prawdę o „demokratycznej” Polsce Ludowej: podporządkowane aparatowi bezpieczeństwa sądy były narzędziem wprowadzającym w Polsce sowiecką dominację.

Więcej na ten temat w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska":

[polecam:https://niezalezna.pl/294032-w-najnowszym-numerze-gp-wszyscy-chca-glowy-schetyny-powyborcze-rozrachunki-po]

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika, Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl