Panisko na puszczy. Resortowy ekspert, który nie wychodzi z telewizora

Jacek Liziniewicz

Dziennikarz „Gazety Polskiej” oraz „Gazety Polskiej Codziennie”. W \"GP\" kieruje działem dotyczącym tematyki środowiska.

Kontakt z autorem

Dorota Kania

Szefowa działu krajowego „Gazety Polskiej Codziennie”, redaktor naczelna Telewizji Republika, wicenaczelna portalu Niezależna.pl oraz dziennikarka śledcza „Gazety Polskiej”.

Kontakt z autorem

  

Oficjalnie Włodzimierz Cimoszewicz jest poza polityką. Jednak w mediach pojawia się ostatnio tak często, że robi pod tym względem konkurencję Ryszardowi Petru. I jako „ekspert” należy do najbardziej zagorzałych krytyków PiS. Dawny komunistyczny aparatczyk, w zależności od sytuacji, albo wypowiada się górnolotnie, albo epatuje knajackimi porównaniami.

Cimoszewicz najczęściej przebywa w Puszczy Białowieskiej, gdzie wiele lat temu za symboliczną opłatę wydzierżawił ogromne siedlisko z budynkami. – Herostrates spalił Artemizjon. Szyszko wytnie puszczę – stwierdził w lokalnym dodatku „GW” Cimoszewicz, komentując decyzje obecnego ministra środowiska w sprawie Białowieży.

To, że Cimoszewicz jest nadal tak bardzo obecny w mediach, nie wynika z tego, że był on premierem i kandydatem na prezydenta RP. Istota jego popularności tkwi w tym, że był i jest niezwykle ważną postacią postkomunistycznego układu, który w III RP odgrywał decydującą rolę.

Resortowy „Carex”

Włodzimierz Cimoszewicz został zarejestrowany jako kontakt operacyjny komunistycznej bezpieki o pseudonimie „Carex”. Rejestracja nastąpiła przed jego wyjazdem na stypendium Fulbrighta do USA. Włodzimierz Cimoszewicz pochodzi z resortowej rodziny – jego ojciec był żołnierzem Głównego Zarządu Informacji Wojskowej – formacji powołanej przez Sowietów. Działalność GZI opierała się na najbardziej okrutnych metodach śledczych.

Marian Cimoszewicz urodził się tuż przed rewolucją w Rosji w Symbirsku, który Sowieci przemianowali na Uljanowsk. Jego rodzice razem z dzieckiem wrócili w 1921 r. do Rzeczpospolitej na Grodzieńszczyznę, gdzie mieli gospodarstwo. Marian Cimoszewicz w 1940 r. został zmobilizowany do Armii Czerwonej, a do GZI wstąpił w lipcu 1945 r.

– Kiedy poznałem go osobiście, poczułem dodatkowy sentyment, ponieważ jest on synem oficera – tak o Włodzimierzu Cimoszewiczu mówił Wojciech Jaruzelski. Było to w czasie, gdy Cimoszewicz chciał zostać funkcjonariuszem komunistycznego wywiadu, do czego ostatecznie nie doszło. Rekomendacje wystawił Cimoszewiczowi osobiście Czesław Kiszczak, który znał się z Marianem Cimoszewiczem jeszcze z czasów służby w wojskowej bezpiece. Jak pisał Piotr Lisiewicz w „Przewodniku Katolickim”, Wojciech Jaruzelski był częstym gościem w domu Cimoszewicza. „Miły gość w naszym domu w Kalinówce. Wojciech Jaruzelski dobrze się czuje w tym miejscu” – mówił Cimoszewicz. Związki Cimoszewicza z Kiszczakiem i Jaruzelskim zaważyły na jego karierze, obecnej pozycji i przychylności mediów, dla których komunistyczni oprawcy byli i są „ludźmi honoru”.

Dyżurny „autorytet”

Włodzimierz Cimoszewicz jest używany przez media dawnego mainstreamu (głównie „Gazetę Wyborczą”, TVN 24 i Radio Zet) jako przysłowiowa „deska ratunku”. Ostatnio namiętnie i często wypowiada się w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Nie oszczędza też prezydenta – mówi to, co chcą usłyszeć ludzie tęskniący za PRL i III RP.

„Jestem zażenowany zachowaniem prezydenta jako prawnika, już nie tylko jako prezydenta, głowy państwa, ale jako prawnika. Przecież on albo jest, albo to jest jakieś nieporozumienie, że on kiedyś zrobił doktorat z prawa, jakiś niedouczony jest, albo po prostu jest jednym z tych prawników, którzy będą całkowicie świadomie rozmijali się z wiedzą prawniczą w swoich stwierdzeniach” – mówił Cimoszewicz w styczniu w Radiu Zet.

Nie omieszkał także skomentować kierowanych na obecne władze skarg do Brukseli – syn funkcjonariusza, który sam chciał zostać funkcjonariuszem, chętnie posługuje się bliską mu terminologią.

„Od tej pory, ilekroć instytucje międzynarodowe zaczynają interesować się wyczynami PiS-owskich władz, tylekroć słychać wypowiedzi funkcjonariuszy tej partii, włączając w to prezydenta i szefową rządu, że w suwerennej Polsce możemy robić, co chcemy. Że nie dopuścimy do wtrącania się w nasze sprawy, że na tym polega podnoszenie się z kolan itd.

Przy okazji słyszymy o długiej tradycji zdrady narodowej, o donosicielstwie, o konieczności prania brudów we własnym domu. Ta próba podniesienia dulszczyzny do rangi racji stanu jest moralnie żałosna, jednak to, co jest ważniejsze, to oczywiście skazana na porażkę próba kwestionowania obecnego porządku prawnomiędzynarodowego”
– pisał w „Gazecie Wyborczej” 22 marca br.

Sędzia we własnej sprawie, czyli puszczański ekspert

Myli się ten, kto myśli, że Włodzimierz Cimoszewicz wypowiada się jedynie o sprawach prawnych oraz w kwestii polityki zagranicznej. Nie odmawia on komentarza także w kwestiach lokalnych. Ostatnio zabrał głos w sprawie Puszczy Białowieskiej. Oczywiście atakując rząd PiS-u i ostatnie działania w związku z gradacją kornika. Prawnik bez cienia wahania czy wątpliwości ocenia działania Jana Szyszki, profesora nauk leśnych specjalizującego się w sterowaniu dynamiką liczebności gatunków, autora ponad 100 publikacji naukowych z dziedziny ekologii i użytkowania zasobów przyrodniczych.

„Nie rozumie sensu ochrony naturalnego lasu. Martwy świerk to dla niego strata, a nie normalny składnik puszczy. Wykorzystuje niewiedzę większości społeczeństwa i wprowadza ludzi w błąd. Na przykład przedstawiając jako swoje ustępstwo powstrzymanie się od wycinki na jednej trzeciej powierzchni nadleśnictw, a to przecież są rezerwaty, gdzie z mocy prawa niczego nie można robić” – twierdzi w „Gazecie Wyborczej” Włodzimierz Cimoszewicz.

Mieszkający od lat w Puszczy Białowieskiej były szef MSZ powinien wiedzieć, że rezerwaty nie zajmują 1/3 gospodarczej części puszczy, a obszar ochrony biernej (bez udziału człowieka) został faktycznie zwiększony o ponad 5,5 tys. ha.

Oczywiście Cimoszewicz wie również, co jest lepsze dla mieszkańców Białowieży i okolic. „Puszcza jest w coraz większym stopniu żywicielką tych, którzy czerpią dochody z rozwijającej się turystyki. Tradycyjne zajęcia związane z eksploatacją lasu są wykonywane przez wielokrotnie mniejszą grupę mieszkańców. Puszcza jest o tyle atrakcyjna dla turystów, o ile jest dzika. Uporządkowane i posprzątane lasy ludzie mogą zobaczyć wszędzie” – mówi w „GW”.

Mówi to człowiek, który od 14 lat mieszka w PB, w leśniczówce należącej do Lasów Państwowych, do której wprowadził się blisko dekadę przed tym, zanim koalicja PO–PSL wstrzymała wycinkę i znacząco zmniejszyła etaty przewidziane w Planach Urządzania Lasu. Były premier dzierżawi od Nadleśnictwa Hajnówka urokliwą samotnię, tzw. Nieznany Bór. Żeby do niej trafić, trzeba zjechać z głównej drogi i pokonać blisko 2 km przez las.

Za działkę 0,25 ha, dom o powierzchni 218,29 m kw. i 227,64 m kw. budynków gospodarczych były premier płaci 778,26 zł miesięcznie. To mniej niż wynosi czynsz w mieszkaniu w Warszawie. Dodatkowo Nadleśnictwo Hajnówka musi utrzymywać w dobrym stanie 2 km drogi, aby były premier mógł spokojnie dojechać do swojej osady. Umowa jest zawarta na czas określony, więc faktycznie jest nie do ruszenia. Do roku 2022. Jak na razie Włodzimierz Cimoszewicz skupia się na obrażaniu leśników i gorliwie pracuje na to, by nie przedłużono mu dzierżawy. Liczne skargi składają również mieszkańcy. Wokół zabudowań Cimoszewicza hasa bowiem sfora agresywnych, półdzikich psów. Biegające wokół domów czworonogi są dumą byłego premiera, którego jeden z tabloidów określił mianem dr Dolittle.

Cały tekst w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"

Rozdział poświęcony Włodzimierzowi Cimoszewiczowi znajdzie się w trzecim tomie serii „Resortowe dzieci”, który zostanie poświęcony politykom. Książka autorstwa Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza ukaże się pod koniec bieżącego roku nakładem wydawnictwa Fronda.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Niemcy będą mieli droższy prąd

Zdjęcie ilustracyjne / fot. pixabay.com

  

W Niemczech w 2020 roku znowu wzrosną rachunki za prąd. Gospodarstwa domowe zapłacą od około 20 euro do ponad 50 euro więcej w skali roku. Ceny prądu w Niemczech dla klientów indywidualnych i tak należą do najwyższych w Unii Europejskiej.

Powodem kolejnej podwyżki jest planowane zwiększenie opłaty na wsparcie odnawialnych źródeł energii (tzw. EEG-Umlage). Jest ona uiszczana przez odbiorców w rachunkach za prąd i stanowi ok. 25 proc. całej ceny. O planowanym wzroście poinformowali we wtorek operatorzy największych sieci przesyłowych energii.

Obecnie wysokość EEG-Umlage za kilowatogodzinę wynosi 6,41 eurocenta. W 2020 roku będzie to o 5,5 proc. więcej - 6,76 eurocenta. Nie jest to jednak jedyny składnik podwyżki. Średnio o 9 proc. wzrosnąć ma też opłata sieciowa, która składa się na kolejną jedną czwartą końcowego rachunku.

Decyzja, czy przerzucić wyższe opłaty na odbiorców indywidualnych, należy co prawda do dostawców prądu, ale eksperci są zgodni, że do tego dojdzie.

Jak wyliczył tygodnik "Der Spiegel", jednoosobowe gospodarstwo domowe zapłaci w 2020 roku średnio o około 21 euro więcej w skali rocznej, gospodarstwo trzyosobowe - około 37 euro, a czteroosobowe - 53 euro.

Roczne rachunki za prąd czteroosobowego gospodarstwa domowego wynoszą w RFN około 1200 euro. Ceny energii elektrycznej w Niemczech i Danii należą do najwyższych w Unii Europejskiej.

Tabloid "Bild" w środę z oburzeniem skomentował zapowiedziane podwyżki.

"Wielka koalicja reklamowała swój pakiet klimatyczny, mówiąc o sprawiedliwości społecznej. Tymczasem wychodzi na to, że zapowiadane ulgi będą nic nie warte. Coś podobnego można życzliwie nazwać naginaniem liczb. Albo po prostu kłamstwem. Takie eksperymenty księgowe nie przekonają obywateli do ochrony klimatu. Nie może tak być, że na końcu to zawsze obywatel budzi się z ręką w nocniku"

- przekonuje najpoczytniejszy dziennik w RFN.

W ubiegłym tygodniu rząd Niemiec przyjął tzw. pakiet klimatyczny, czyli szereg projektów ustaw dotyczących ochrony klimatu. Wprowadza on m.in. wiążący prawnie cel ograniczenia emisji CO2 oraz zobowiązuje wszystkie ministerstwa, by do tego celu dążyły.

Zgodnie z przyjętymi projektami ustaw do 2030 roku Niemcy mają emitować o 55 proc. mniej gazów cieplarnianych niż w roku 1990. Do 2050 roku RFN ma stać się "neutralna klimatycznie", czyli osiągnąć zerowe emisje netto.

Oprócz promowania podróży transportem publicznym przewiduje się podniesienie cen biletów samolotowych oraz kosztów emisji CO2. Wszystkie zyski z nowego systemu wyceny emisji CO2 zgodnie z zapowiedziami mają być przeznaczone na ochronę klimatu lub wracać do obywateli w postaci ulg podatkowych.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl