Na rozkaz najwyżej postawionych francuskich polityków przeprowadzane są zabójstwa na zlecenie oraz inne tajne operacje, mające na celu eliminację jej wrogów. Czy usprawiedliwieniem dla zabójstwa może być interes kraju? Na to pytanie stara się odpowiedzieć materiał autorstwa Vincenta Nouzille’a, który wstrząsnął Francuzami.

„Zabójcy w imię republiki” Vincenta Nouzille’a, francuskiego tropiciela patologii politycznych, to pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią, wojskowością, a zwłaszcza funkcjonowaniem służb specjalnych. Autor tropi w nim mechanizmy rządzące francuską historią najnowszą, zwłaszcza te dotyczące starań mających utrzymać imperialną pozycję V Republiki na arenie międzynarodowej. Francja musi  poradzić sobie zarówno z zagrożeniem terrorystycznym, jak i intrygami politycznymi w obrębie własnego rządu. Wartka narracja i pogłębiona analiza wspomnianych zjawisk sprawiają, że ten reportaż polityczno-historyczny o zbrojnym ramieniu gasnącego imperium czyta się jak dobry kryminał. Poniżej zamieszczamy fragment książki.

Brudna robota w imię Francji

Kolejni prezydenci zlecali sekretne zabójstwa również z innych powodów, aniżeli strawne dla opinii publicznej prawo odwetu. Wiele operacji przeprowadzonych zostało przez lojalnych agentów, jednak z niejasnych powodów i z wykorzystaniem dyskusyjnych środków – spiski mające na celu zabójstwo głowy obcego państwa, eliminowanie oponentów zaprzyjaźnionych reżimów, represyjne uderzenia w despotów, masowe eliminacje buntowników, krwawe operacje antyterrorystyczne, niejawne wspieranie zbrodniarzy wojennych, zatrudnianie najemników…

W imię obrony swoich interesów Francja zlecała lub wspierała brudną robotę, do której trudno by się było przyznać. Na niektóre sytuacje patrzono przez palce, inne zyskiwały milczące przyzwolenie nawet przy ryzyku utraty kontroli. Charles de Gaulle i Georges Pompidou kryli niewygodne operacje w Algierii i Afryce, w tym zabójstwa na tle politycznym. Valéry Giscard d’Estaing dążył do eliminacji libijskiego przywódcy Muammara Kaddafiego. François Mitterrand zlecił dokonanie zamachu w Bejrucie. Za Chiraca wysyłano najemników, by ratować afrykańskich dyktatorów. Nicolas Sarkozy prowadził własną tajną wojnę w Libii – równoległą do oficjalnych działań wojskowych. François Hollande wysłał żołnierzy na zakończoną sukcesem operację Serval u boku malijskiej armii – skądinąd podejrzewanej o rozliczne nadużycia. Ten sam prezydent niekiedy dogaduje się z Amerykanami w kwestii użycia znanych ze strat ubocznych „zabójczych dronów”.

Prezydenci często przymykali oczy na to, co działo się za kulisami. Dawniej wszelkie poślizgi ukryte były za wygodną zasłoną tajemnicy. Dziś adnotacja „tajne” pozostaje nieodzownym parawanem służb wywiadowczych, które jednak mają narastające problemy, by ukryć się przed krzyżowym ostrzałem mediów. Pewną regulację działań narzucają także parlamentarny nadzór i zasady demokratycznej debaty. Poza tym coraz większa militaryzacja operacji – związana z faktem, że i konfliktów jest coraz więcej – zwiększa ryzyko i stawia pytania o to, kto, jak i dlaczego nimi steruje.