Stołeczny konserwator zabytków, podobnie jak jego odpowiednicy w innych miastach, nigdy nie był niezależny. Urząd ten wymyślony został po to, by samorządom łatwiej było forsować decyzje o wyburzaniu cennych obiektów pod opłacalne inwestycje, najczęściej deweloperskie.

Krzyk autorów „Gazety Stołecznej”, którzy straszą, że podporządkowanie konserwatora stołecznego wojewódzkiemu ogranicza jego niezależność, jest jakimś ponurym żartem.

We wrześniu 1998 r. odbyło się spotkanie Forum Gospodarczego Unii Wolności, podczas którego zaprezentowano siedem tez mających ułatwić inwestycje. W spotkaniu uczestniczył Paweł Piskorski. W siódmej tezie programu stwierdzono, iż „konieczne jest ograniczenie samowoli administracyjnej konserwatora zabytków i konserwatora przyrody” („Gazeta Wyborcza” nr 211 z 9.09.1998 r.). Dopatrywanie się przejawów „samowoli” (!) w działaniach urzędnika wykonującego sumiennie swoje obowiązki określało jednoznacznie intencje autorów tej tezy.

Urząd konserwatorski miał stać się fasadową instytucją, obsługującą bezstresowo inwestorów. Te same polityczne kręgi trzy lata później, a więc po wprowadzeniu instytucji stołecznego konserwatora zabytków (SKZ), stanowisko to obsadziły. Z pewnością nie kierowały się przy tym intencją stworzenia niezależnego urzędu.

Tekst ukazał się w Dodatku Warszawskim Gazety Polskiej Codziennie